Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Ernado nadal siedział przy pulpicie. Obrzucił spojrzeniem okolicę, przyjrzał się uważnie kuli prawdziwej Świątyni czerniejącej na tle horyzontu i zapytał:
– Serge, czy jest sens zatrzymywać się tak blisko Świątyni? Jeśli twoje domysły są słuszne, i Siew… Świątynie chcą pokrzyżować twoje plany, byłaby to dla nich doskonała okazja do kolejnej nieprzyjemności.
– Czy to nie ty mówiłeś, że dla Świątyni odległości nie istnieją?
Ernado z westchnieniem wyszedł spod wątpliwej osłony szalupy.
– Mamy list żelazny – uspokoił go nieoczekiwanie Lans. – Z jakiegoś powodu Dańka jest dla Świątyń nietykalny. Nawet bardziej niż książę. Pewnie dlatego tak naciskają, żeby odesłać go na Ziemię.
List żelazny?
Popatrzyłem na Dańkę.
Półtora metra wzrostu, niecałe czterdzieści kilo wagi. Ciekawskie spojrzenie spod miękkich, dawno niestrzyżonych włosów.
Czy rzeczywiście wykorzystujemy chłopca jako zakładnika? Niechby nawet nieświadomie?
– Cieszę się, że mogę powitać nowych gości Świątyni. – Głos pracownika muzeum, który do nas podbiegł, brzmiał całkiem szczerze. – Będę miał zaszczyt opowiedzieć wam o…
Nie słuchałem faceta. Patrzyłem na Dańkę i myślałem, że w następnym polowaniu na „Białego Raidera” chłopiec nie weźmie udziału. Choćby dlatego, że następnym razem technika Siewców może zawieść. No i nie należy walczyć, kryjąc się za plecami dziecka.
Bez pośpiechu weszliśmy do niezwykłego muzeum. Nie było tu zdjęć ani ekranów, tylko obrazy i rzeźby, przedstawiające Świątynię albo bardzo realistycznie, albo kompletnie abstrakcyjnie.
Ale gdzie odesłać smarkacza? Na Ziemię? Dopóki raider lata w przestrzeni, nie uwierzę w uspokajające perswazje Świątyń. Na Tara? Do księżniczki? Poczułem się nieswojo. Dzieciak jako załącznik do oschłych powinszowań z okazji świąt. Droga żono, dopóki nie wybrałaś odpowiedniego momentu do rozwodu, zaopiekuj się moim młodym przyjacielem. On też jest z planety Ziemia. Tej, którą twoi rodzice tak bardzo pragną zniszczyć.
Ale mimo wszystko to niezły pomysł. Księżniczka nie odmówi spełnienia takiej prośby.
Podobnie jak każdej innej.
– A oto jeden z najlepszych cyklów Dorna Sie, naszego znakomitego malarza – wyjaśniał z zachwytem muzealnik. – Świątynia jest przedstawiona na dwunastu płótnach, z maksymalną dokładnością oddających lustrzano-czarny wzór powierzchni. Żaden inny malarz…
Obrazy naprawdę były wspaniałe i ogromne – dwa na dwa metry każdy. Namalowano je zaskakująco jasnymi, żywymi barwami. Czysto symboliczne, krystalicznie błękitne tło nieba i błyszczące, czarne kule Świątyń. A raczej Świątyni – jednej, ale widzianej z różnych stron.
Świątynie nie pozwalały się sfotografować, ale te obrazy właściwie nie ustępowały zdjęciom.
– Po co nam ta wycieczka? – zapytał znowu Lans. Wzruszyłem ramionami. Pożegnalny prezent dla Dańki? Krótki wypoczynek przed biurokratyczną krzątaniną kosmoportu na Shedmonie? Chwilowy kaprys księcia?
Dańka przeszedł się po sali, poklepał makietę Świątyni – pstrokatą metrową kulę – i rzucił mimochodem:
– Rozmazany globus…
Ukłucie w piersi. Głupota, brednie…
– Lans, poproś przewodnika, żeby się zamknął i posiedział chwilę z boku.
Sam nie poznawałem swojego głosu. Tak nie mówił nawet Serge po powrocie z oddziałów specnazu, gdy pretendował na władcę dzielnicy; nawet pewny siebie, bezczelny lord z planety Ziemia nie rozmawiał tym tonem z Shorreyem Manhemem. Nigdy tak naprawdę nie umiałem rozkazywać.
– Redrak, Ernado, ochraniajcie wejście. Dańka, za mną… Podbiegłem do terminalu komputera – standardowego elementu wyposażenia, który był tu tak samo na miejscu jak w kajucie „Terry”. Odsunąłem biały panel peryferyjnego oprzyrządowania na żłobkowanym boku procesora. Wyjąłem przezroczystą płytkę czujnika optycznego. Przesunąłem dłonią po sensorze uruchomienia. Ekran się rozjaśnił. Chwała Siewcom, komputer gotów był pracować z każdym, do jego programu nie wprowadzono kontroli użytkownika.
– Tryb pracy optyczny i dźwiękowy! – prawie krzyczałem, zachłystując się słowami, pogrążony nieoczekiwanym domysłem. – Wprowadzenie informacji do głównego programu z przenośnego detektora optycznego. Źródło informacji: dwanaście obrazów malarza Dorna Sie, pokaz każdego zostanie poprzedzony dźwiękową komendą: zdjęcie obrazu. Proces pracy: synteza holograficznego modelu z dwunastu obrazów obiektu kulistego. Wskazówki szczególne:
maksymalna dokładność w rozmieszczeniu czarnych i lustrzanych fragmentów na powierzchni kuli. Wyprowadzenie informacji w trybie holograficznym pod kontrolą dźwiękową. Czy zadanie jest zrozumiałe?
– Zadanie przyjęte – odpowiedział komputer miękkim, przyjemnym głosem, bez cienia emocji z powodu nietypowego zadania. To nawet lepiej…
Skierowałem czujnik optyczny w stronę pierwszego obrazu.
– Zdjęcie – poleciłem.
– Hej, co macie zamiar zrobić? – odezwał się pracownik muzeum, usadzony przez Lansa na jednym z miękkich foteli dla odwiedzających. – Porwanie?
– Nie – odparłem łagodnie, przechodząc do następnego obrazu. – Zdjęcie.
– No to dlaczego mnie trzymacie pod lufą? Wybryki z komputerem to drobiazg, ale atak na…
– Dańka, jeśli facet nie przestanie gadać, uśpij go na dwie godzinki… Zdjęcie!
Zapadła cisza. Obszedłem długi rząd obrazów, wróciłem do komputera i nakazałem:
– Rozpocząć syntezę.
– Zadanie w trakcie wykonywania – oznajmiła uprzejmie maszyna. – Pozostało dwanaście sekund… jedenaście sekund… dziesięć…
– Książę, mam nadzieję, że wiesz, co robisz – odezwał się półgłosem Ernado. – Świątynia to świętość. Nikt z nią nie żartuje… z jej muzeum również.
– Trzy… dwie… jedna… Synteza zakończona. Podobieństwo do oryginału dziewięćdziesiąt dwa procent. W celu uzyskania obrazu wyższej jakości niezbędne jest przedstawienie obrazu fotograficznego lub innego materiału dokumentalnego.
– Pokazać obraz – poleciłem drżącym głosem.
Nad terminalem komputera zawisła lustrzano-czarna kopia Świątyni. Półmetrowa kula ciemności i blasku. Jakby kierowany intuicją, a może po prostu odwzorowując tło obrazów, komputer otoczył kulę błękitną mgiełką. Rozmazany globus…
– Skala standardowa. Korekta niezbędna?
– Nie. Niezbędny jest ruch obrotowy.
Tym razem komputer mnie nie zrozumiał.
– Proszę o sprecyzowanie zadania.
– Świątynia… to znaczy kula powinna obracać się wokół własnej osi, umieszczonej pionowo… za oś można przyjąć kolumnę oporową przedstawioną na obrazach.
– Prędkość obrotu?
Wzruszyłem ramionami. Skąd miałbym wiedzieć? Głupstwa robi się intuicyjnie, a nie na podstawie szczegółowych wyliczeń.
– Jeden obrót na sekundę. Przyspieszenie o jeden obrót co dwie sekundy aż do komendy „stop”.
Kula zaczęła się obracać. Lustrzano-czarne plamy zamigotały przed oczami. Ernado i Lans patrzyli na to z daleka, Redrak podszedł bliżej. Zniewolony kustosz wyciągnął szyję.
Kula wirowała coraz szybciej. Czarne plamy i lustrzane pasy zlewały się w dziwny, nieoczekiwanie płynny i zamaszysty wzór.
– Globus – powiedział Dańka cichym, niepewnym głosem. Dla niego w całym wszechświecie istniał tylko jeden globus – model planety o nazwie Ziemia.
Trochę niewyraźna, rozmazana, czarno-biała, rodem z ekranu starego telewizora, wirowała przed nami Ziemia. Czarne kontury kontynentów i punkty wysp, lustrzane, białe tafle mórz i oceanów. Bezbarwna kopia mojej planety wisząca w delikatnej błękitnej mgle. Kiedy kula zwalniała, mapa nabierała ostrości. Potem globus drgnął i zaczął wirować w drugą stronę. Efekt stroboskopowy. Właściwości niedoskonałego ludzkiego wzroku. Wszystko razem.