Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Niezwykły czarno-lustrzany wzór kryjący w sobie oblicze Ziemi.
– Stop – poleciłem.
– Prędkość obrotowa: dwadzieścia pięć obrotów na sekundę – oznajmił komputer nieproszony.
– Zostawić dwadzieścia cztery.
– Wykonano.
Globus znowu był wyraźny.
Odwróciłem się – za moimi plecami stali Lans i Ernado, Redrak i Dańka, a także zapominany przez wszystkich kustosz muzeum.
– Pozwólcie, że zaprezentuje wam prawdziwe oblicze Świątyni Siewców – powiedziałem z ukrytą złością. – I jednocześnie globus planety Ziemia.
– Po co… Po co Siewcy mieliby kopiować przeklęty świat… planetę, której nie ma? – zapytał drewnianym głosem kustosz. – Właśnie na naszej planecie, na Shedmonie… taka hańba…
– Uspokój się, przyjacielu – powiedziałem, znowu przyłapując się na zdenerwowaniu. – Na wszystkich planetach Świątynia wygląda jednakowo. Siewcy kopiowali swój ojczysty świat. Ziemię.
Lans siąknął nosem i zapytał z nieoczekiwaną nieśmiałością: – Książę… a więc Siewcy żyli wcześniej na waszej planecie?
Dlatego zamknęli ją… przed odpadkami?
Szarpnąłem się jak uderzony prądem. Skąd ten strach, ta uniżoność przed Siewcami?
– Myślę, że prawda jest znacznie bardziej złożona – powiedział w zadumie Ernado.
Skinąłem głową, w myślach dziękując mu za jego spokój. Powiedziałem, podnosząc głos, choć wiedziałem, że nie ma takiej potrzeby:
– Prawdę zaraz nam wyjaśnią.
– Kto? – zapytał głupio Lans.
– Ty. Albo Ernado… albo Redrak, albo nasz miły przewodnik. Ten, kogo Świątynie wykorzystają w charakterze tuby Ernado drgnął, Lans cofnął się o krok. Obaj wiedzieli, co to znaczy być marionetką.
– Czekam na odpowiedź – obrzuciłem spojrzeniem otaczających mnie ludzi. – Kontrolujecie mnie przez cały czas, wiecie, że żyję. Więc odpowiedzcie!
– Moim zdaniem oni się schowali – powiedział Dańka. – Albo zrobiło im się wstyd.
Wszyscy się mimo woli uśmiechnęli. Lans i Ernado byli wyraźnie rozluźnieni. Redrak ostrożnie pogłaskał Dańkę po głowie.
– Zuch chłopak – powiedział. – To całkiem niezła wersja.
Zdumiewające, ale pozbawiony psychokodu Redrak był znacznie bardziej sympatyczny. Jakby spod przesłodzonej akwareli wyłonił się rysunek piórkiem. Prosty, surowy, ale harmonijny.
– Oni nie znają pojęcia wstydu – skrzywiłem się, wspominając zimny, pozbawiony emocji dialog Świątyń. – Po prostu zaszedł przypadek nieprzewidziany przez program.
– Co proponujesz, Serge? – Ernado wyraźnie demonstrował mi swoje poparcie.
– Przechadzkę po Świątyni. Chyba nie zrobi nam krzywdy. Drugie prawo jest zredukowane do połowy, ale bez pierwszego Siewcy nie mogli się obejść.
– O czym ty mówisz, Serge?
Uśmiechnąłem się złośliwie.
– O trzech mądrych prawach, Ernado. Wydaje mi się, że budowniczy Świątyń dobrze je znali. Ale najpierw… Ma pan lek nasenny?
– zwróciłem się do kustosza. – A może wystarczy alkohol? Alternatywą jest paralizator.
Wydawało się, że pracownik muzeum nawet się ucieszył.
– Paralizator nic tu nie da, muzeum ma generator pola – wyjaśnił z niejaką dumą. – Ale… zgadzam się na alkohol. Butelka jest w szafce, w pokoju obok.
Redrak przyniósł litrową butlę z podejrzaną cieczą i kolorową etykietką. Po drodze odkorkował ją, łyknął trochę i uśmiechnął się zadowolony.
– Nalewka orzechowa… co najmniej czterdzieści procent. Wypijesz połowę.
Wzdrygnąłem się, ale pracownik bez sprzeciwów przypiął się do butelki. Przerwał, złapał oddech i przyssał się znowu.
– Gwarantowana i humanitarna metoda piratów – powiedział niemal wesoło Redrak.
Dańka wyciągnął z kieszeni małą tabliczkę w połyskującej folii – miejscowy ekwiwalent czekolady – i podał kustoszowi:
– Niech pan weźmie.
Kustosz, dławiąc się, żuł czekoladę. Jego wzrok mętniał powoli.
– Kontynuujmy…
Spojrzałem na Lansa. Chłopiec wyraźnie nie mógł się wyrwać spod wpływu autorytetu Siewców.
– Dla ciebie mam szczególne zadanie. Bardzo ważne.
Lans popatrzył na mnie uważnie, jakby oceniając, ile prawdy jest w moich słowach.
– Świątynie i ci, którzy za nimi stoją, muszą wiedzieć, że nie zasłaniamy się Dańką. Weźmiesz chłopca i dostarczysz go do kosmoportu…
– Zdrajca! – krzyknął Dańka z bezradną rozpaczą w głosie.
– Tam połączysz się z planetą Tar i przekażesz moją prośbę do księżniczki, żeby chłopiec przez jakiś czas pobył pod jej opieką… i twoim osobistym nadzorem.
– Czy to ostatnie jest konieczne? – zapytał pochmurnie Lans.
– Nie – powiedziałem po chwili zastanowienia. – Nie jest. Jeśli nie wrócimy, a sekciarze zostaną zniszczeni, księżniczka powinna odesłać chłopca na Ziemię. Pod ochroną i z wiarygodnym wyjaśnieniem jego długotrwałej nieobecności. Czy to jasne?
– Zdrajca – powtórzył bezsilnie Dańka. Potem, niespodziewanie drewnianym głosem zapytał: – Nie masz zamiaru wrócić na Ziemię?
– Nie… – zacząłem i urwałem, wstrząśnięty dziwną zmianą jego głosu.
Dańka pokręcił głową i powiedział ze zdumieniem:
– Wiesz co, Siergiej, będę musiał cię zabić.
2. Maestro
Widziałem, jak ręka Ernada sunie do blastera przy pasie… i zatrzymuje się. Pole neutralizujące… A Dańka miał w ręku wibronóż. Broń przebijającą człowieka nawet przy słabym rzucie. Jedynym ratunkiem był włączony kombinezon bojowy. Mój był akurat wyłączony.
Lans zrobił ruch w stronę Dańki. Stał za jego plecami i do skoku brakowało mu kilku metrów. Umiejętność zabijania gołymi rękami to obowiązkowy przedmiot w szkole oficerskiej na Tarze.
– Wszyscy stać – powiedziałem cicho. – Nie ruszajcie się. Nie róbcie krzywdy Dańce.
Chłopiec kołysał się lekko, nie odrywając ode mnie obcego, sennego i jednocześnie czujnego spojrzenia.
– To sprawka psychokodu – wymamrotał Redrak. – To już nie chłopiec, to maszyna do zabijania. Uprzedzałem…
– Daniił, z tobą wszystko w porządku? – zapytałem cicho.
Chłopiec mrugnął i powtórzył bardziej świadomie.
– Rozumiesz, co się dzieje? – zapytałem. – Dostałeś hipnotyczny rozkaz, żeby zabić mnie w razie zagrożenia sekty. Posłuchasz? Jeśli tak, może zginąć cała Ziemia.
– Pamiętam – powiedział wyraźnie Dańka. – Pamiętam, jak mnie porwali i wydali rozkaz… zabić cię, jeśli pojawi się niebezpieczeństwo, jeśli spróbują mnie usunąć…
– Posłuchasz? – zapytałem z bezgraniczną ciekawością. Skok i cios w rękę… gwarantujący złamanie przedramienia. Ale to nic, kości u dzieci zrastają się szybko.
– Nie! – W głosie Dańki zabrzmiało wyraźne zdumienie. – Czy ja jestem idiotą o słabej woli? Siergiej, wiesz, że wśród sekciarzy najważniejsza jest imperatorowa Tara? A ona nie może wydać rozkazu, żeby cię zabić. Opuścił wibronóż.
– Książę, ostrożnie! – Redrak wyciągnął z pochwy miecz płaszczyznowy. – Psychokodu nie można pokonać! Chłopak udaje!
W milczeniu ruszyłem do przodu. Krok. Jeszcze jeden. Ująłem rękę Dańki z zaciśniętym w niej nożem. Przystawiłem ostrze do swojej piersi. Chłopiec patrzył na mnie przerażony.
– Zostaniesz odesłany na Tara, a następnie na Ziemię – powiedziałem, wyraźnie akcentując każde słowo. – Sekciarze zostaną zniszczeni. Przysięgam.
W oczach Dańki błysnęły łzy.
– Zdrajca – powtórzył żałośnie. – Razem przegrywaliśmy, a wygrywać chcesz sam.
Opuścił rękę z nożem i odwrócił się. Usłyszałem głośne westchnienie ulgi Redraka i jego stropiony głos:
– Nie można pokonać psychokodu…
Objąłem Dańkę – był spięty, ale się nie wyrywał – i zapytałem:
– Redrak, Ernado, jesteście specjalistami. Czy kodowanie psychiczne zostało opracowane na podstawie metod Siewców?
– Tak – powiedział Ernado. – Pierwsze doświadczenia… – To nieistotne… Zapamiętajcie: broń Siewców zawsze sama wybiera sobie wrogów i przyjaciół.
– I nie działa przeciwko swoim panom… – wybełkotał kustosz muzeum. Cielęco uśmiechnięty, uniósł się z miękkiego fotela, rozłożył ręce i opadł z powrotem. Tym razem chyba nie wstanie do rana.
Obrzuciłem przyjaciół szybkim spojrzeniem. Strach, strach, strach. Irracjonalny lęk, stropiona obawa w spojrzeniach. Chyba tak samo wyglądałby każdy starożytny Grek, gdyby zetknął się z bogiem wojny Aresetn.
– Odwołuję rozkaz – powiedziałem z narastającą wściekłością. – Wszyscy idziemy do Świątyni. Dańka, zostaniemy razem do końca. Czy to jasne?
– Tak jest, kapitanie – powiedział z zachwytem chłopiec. Chyba tylko on nic nie zrozumiał.
Świątynia wyglądała tak samo jak na Tarze, Klenie czy innej tlenowej planecie. Świątynia Siewców na Shedmonie – kilometrowa kula z lustrzanych i czarnych płytek, nietykalna, starożytna jak sama planeta. Świętość budząca przerażenie pierwotnych plemion; pałac bogów zgodnie z wierzeniami średniowiecznymi, spadek po cywilizacji – założycielce niemal jedynej w galaktyce religii. Pod jej murami modlono się i przeklinano wroga; lustrzane kwadraty odbijały strumienie krwi ludzkich ofiar i kwiaty w rękach nowożeńców. Świątynię obrzucano kamieniami i ostrzeliwano z dział wielkiego kalibru, u jej stóp składano różnobarwne girlandy i naczynia z drogocennymi pachnidłami.
I przez tysiące lat Świątynia chroniła tajemnicę swojego wzoru, tajemnicę leżącą dosłownie na powierzchni. Globus – ogromny model i malutka kopia Ziemi.
Planety, której nie ma.
Podeszliśmy do podstawy Świątyni – cienkiej, odlanej z metalu kolumny. Rozwarta dłoń lekko podtrzymywała kulę o kilometrowej średnicy.
Nikt nie powiedział ani słowa. Przodem szedł w milczeniu Ernado; Lans kroczył ostrożnie, patrząc pod nogi, jakby pamiętał pajęczynowe miny wokół Świątyni na Tarze; Redrak kulał bardziej niż zwykle, ledwie nadążając za pozostałymi. Ja i Dańka szliśmy w środku. Z każdym krokiem chłopiec przytulał się do mnie coraz mocniej.
– Myślę, że lepiej będzie, jeśli ty to zrobisz – powiedziałem mu, gdy znaleźliśmy się obok kolumny. Kula przytłaczała swoim ogromem. Choć była absolutnie nieruchoma, wydawało się, że kołysze się nad nami, gotowa spaść w każdej chwili.
– Co zrobię? – zapytał nieśmiało Dańka.
– Przyłóż rękę do słupa i poproś… to znaczy rozkaż, żeby zaniesiono nas do góry. Do sali informatorium.
– Posłucha?
– Tak.
Dańka westchnął i pogłaskał dłonią metalową kolumnę. Powiedział cicho:
– Przenieście nas do góry, do sali informatorium… Proszę. Przez chwilę nic się nie działo. Nagle uświadomiłem sobie z przerażającą jasnością, że wszystkie moje nadzieje to kompletna bzdura. Świątynia nie posłucha Dańki i nie wykona mojego polecenia. Przecież nie wiem, dlaczego Świątynie boją się wyrządzić nam krzywdę. Sam globus jeszcze niczego nie dowodzi. Sekciarze dotrą do Ziemi, a kwarkowa bomba spadnie na dach mojego rodzinnego domu. Obłok szarego pyłu zamiast trzeciej planety od Słońca…
Podrzuciło nas w górę miękkim, ale silnym szarpnięciem. Przeszliśmy przez nieprzenikalne ściany Świątyni niczym przez mgłę. I znowu poczułem znajomy, wilgotny oddech przenikanych ścian… Troskliwe objęcia chmury żółtego światła.
Świątynia posłuchała rozkazu Dańki. Chłopca z planety, której nie ma.