Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 173
Перейти на страницу:

– Ge­ne­rał Gen­no La­skol­nyk?

Ileż już razy sły­sza­ła taki ton, zwłasz­cza w gło­sach żoł­nie­rzy, któ­rzy słu­ży­li w me­ekhań­skiej jeź­dzie. La­skol­nyk, ten La­skol­nyk, dla więk­szo­ści ka­wa­le­rzy­stów wciąż był dru­gim czło­wie­kiem po ce­sa­rzu. A dla nie­któ­rych za­pew­ne pierw­szym przed.

– Kha-dar Gen­no La­skol­nyk. Kto pyta?

– Star­szy po­rucz­nik Ka­ne­wen-fel-Kon­set, Trze­cia Cho­rą­giew Ósme­go Puł­ku. Ge­ne­rał He­wen­rol­le prze­sy­ła po­zdro­wie­nia.

– Aweln? Jesz­cze żyje? Co u nie­go?

– Ra­zem z puł­kiem sta­cjo­nu­je te­raz w Omer-kla. Pyta, czy pa­mię­ta pan o Elo­wins.

– He, he, he. I to jesz­cze jak! Na­praw­dę ka­zał wam o tym wspo­mnieć?

– Po­wie­dział, że bę­dzie pan roz­ba­wio­ny. Tyl­ko tyle.

– He, he, miał ra­cję, a... Co to?

– Na­sze za­bez­pie­cze­nie, ge­ne­ra­le.

Coś w gło­sie ofi­ce­ra ule­gło zmia­nie. Po­ja­wi­ła się ja­kaś po­nu­ra, bez­na­mięt­na pew­ność, któ­ra za­zwy­czaj to­wa­rzy­szy lu­dziom trzy­ma­ją­cym in­nym nóż na gar­dle. Sły­sząc ten ton, Ka­ile­an po­czu­ła ciar­ki na grzbie­cie. Po­ło­ży­ła się na zie­mi i ostroż­nie wyj­rza­ła jesz­cze raz za róg bu­dyn­ku. Pil­nu­ją­cy koni żoł­nierz nie wy­glą­dał już na znu­dzo­ne­go, stał od­wró­co­ny do niej bo­kiem i uważ­nie lu­stro­wał oko­li­cę. W dło­ni trzy­mał lek­ką ku­szę z krót­kim ło­żem i nie­wiel­kim łu­czy­skiem. Ide­al­na broń do ukry­cia pod płasz­czem. Wzrok straż­ni­ka za­ha­czył o kuź­nię. Ka­ile­an za­mar­ła, żeby ruch nie zwró­cił jego uwa­gi, i mo­gła tyl­ko słu­chać, co dzie­je się we­wnątrz.

– To nie wy­glą­da na woj­sko­wą ku­szę – ode­zwał się La­skol­nyk.

– Je­dzie­my! – Po­ry­wacz nie miał za­mia­ru wda­wać się w dys­ku­sje. – Na ze­wnątrz cze­ka osio­dła­ny koń.

– Ni­g­dzie się nie wy­bie­ram.

Szczęk­nę­ła broń i roz­legł się krót­ki, urwa­ny krzyk. Ktoś upadł. Na zie­mię po­sy­pa­ły się me­ta­lo­we przed­mio­ty.

– Bę­dzie żył – głos nie zmie­nił się ani na jotę. – A je­śli szyb­ko otrzy­ma po­moc, to może na­wet nie bę­dzie ku­lał do koń­ca ży­cia. Ge­ne­ra­le, otrzy­ma­łem roz­kaz, żeby do­star­czyć pana na miej­sce ży­we­go albo pra­wie ży­we­go. O in­nych nie było mowy, więc je­śli...

– Naj­pierw go opa­trzę.

– Te­raz ten.

– Stój!

Pra­wie to wi­dzia­ła, wi­dzia­ła, jak La­skol­nyk rzu­ca się i sta­je mię­dzy za­bój­cą a dru­gim z Wo­za­ków. Kim był pierw­szy? And’ewers czy Der’eko? Ża­den na­wet się nie ode­zwał, cho­ler­na ver­dań­ska duma. Nie oka­zuj stra­chu, nie oka­zuj bólu, wróg to pył w two­ich oczach, i inne du­pe­re­le.

– Tra­fi­łeś go w udo, krew sika, więc pew­nie bełt prze­szył tęt­ni­cę. Żyje tyl­ko dla­te­go, że grot po­zo­sta­je w ra­nie, ale umrze w cią­gu kwa­dran­sa, je­śli ktoś nie za­ło­ży mu opa­trun­ku. Więc wy­bie­raj: albo i mnie za­strze­lisz na miej­scu, albo dasz mi trzy mi­nu­ty, żeby oca­lić mu ży­cie.

La­skol­nyk mó­wił spo­koj­nie i ci­cho. Nie po­sta­wi­ła­by zła­ma­ne­go mie­dzia­ka na ży­cie tego żoł­nie­rza. Przez kil­ka se­kund trwa­ła ci­sza.

– Trzy mi­nu­ty. Ty, sta­ry, stań tam w ką­cie.

Sta­ry. Po­strze­li­li Der’eko. Trzy mi­nu­ty.

Te my­śli za­go­ści­ły jej w gło­wie jed­no­cze­śnie. Straż­nik od­wró­cił się do niej ple­ca­mi, lu­stru­jąc oko­li­cę, i mo­gła się cof­nąć. Ro­zej­rza­ła się, je­dy­nym wo­zem, któ­re­go nie wi­dział żoł­nierz pil­nu­ją­cy koni, była kuch­nia. Po­de­rwa­ła się na nogi i w kil­ku su­sach do­pa­dła drzwi.

Dwie i pół mi­nu­ty.

Wpa­dła do środ­ka i na­po­tka­ła za­cie­ka­wio­ne spoj­rze­nia Eso’bara i ciot­ki.

– Ty jesz­cze tu­taj? – Vee’ra uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko.

Ka­ile­an prze­szła na ni­ską mowę. Za­ma­cha­ła dłoń­mi.

„Wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo. Źli lu­dzie. Po­strze­li­li Dera. Po­ry­wa­ją La­skol­ny­ka. Wuj zdro­wy”.

To była głów­na za­le­ta ana­ho’la, kil­ka ge­stów i w cał­ko­wi­tej ci­szy, bez okrzy­ków ani za­mie­sza­nia, prze­ka­za­ła cał­kiem skom­pli­ko­wa­ną wia­do­mość.

Dwój­ka w wo­zie za­mar­ła na ude­rze­nie ser­ca. Po­tem ciot­ka spoj­rza­ła na Ka­ile­an wzro­kiem ob­cej ko­bie­ty. Ta­kiej, któ­ra prze­je­cha­ła z mę­żem cały Krwa­wy Marsz.

„Ilu? Czas?”.

„Pię­ciu. Trzy­dzie­ści dłu­go­ści”.

Ana­ho’la nie do­ro­bił się me­ekhań­skich od­po­wied­ni­ków cza­su. Zo­sta­ło oko­ło dwóch mi­nut, w dwie mi­nu­ty ver­dań­ski wóz miesz­kal­ny, wę­dru­jąc zwy­kłym tem­pem, prze­bę­dzie oko­ło trzy­dzie­stu swo­ich dłu­go­ści.

„Kto?”.

„Fał­szy­wi żoł­nie­rze”.

Na­wet jej przez myśl nie prze­szło, że po­ry­wa­cza­mi mo­gli oka­zać się re­gu­lar­ni ka­wa­le­rzy­ści.

Ciot­ka się­gnę­ła do naj­bliż­szej szaf­ki i wy­cią­gnę­ła dłu­gi nóż.

„Broń”.

Ka­ile­an ski­nę­ła gło­wą. Sły­sza­ła raz, jak sta­ry Bett śmiał się, że je­dy­ne miej­sce w jego za­jeź­dzie, gdzie jest wię­cej bro­ni niż w zam­ko­wej zbro­jow­ni, to kuch­nia. Wła­ści­wie do­ty­czy­ło to każ­dej kuch­ni. Tej rów­nież. Noże, ta­sa­ki, dłu­gie wi­del­ce i ostre szpi­kul­ce do roż­na na­zy­wa­no przy­bo­ra­mi ku­chen­ny­mi tyl­ko dla za­cho­wa­nia ja­kie­goś roz­róż­nie­nia. Bo wiel­ko­ścią ani ostro­ścią nie ustę­po­wa­ły więk­szo­ści na­rzę­dzi uży­wa­nych na woj­nie.

Pół­to­rej mi­nu­ty.

Je­śli do­brze zna­ła La­skol­ny­ka, to nie zaj­mo­wał się tyl­ko ta­mo­wa­niem krwo­to­ku u Dera. Na pew­no coś kom­bi­no­wał. Ale ona wi­dzia­ła tych lu­dzi, to nie była przy­pad­ko­wa ban­da. Mu­szą do­trzeć do kha-dara, za­nim spró­bu­je zro­bić coś głu­pie­go, a oni go za­bi­ją.

Od­wró­ci­ła się, sły­sząc od­głos ścią­ga­nia z pie­ca gara z zupą. Ciot­ka owi­nę­ła jego uchwy­ty ja­ki­miś szma­ta­mi i ze stęk­nię­ciem po­sta­wi­ła na pod­ło­dze. Wy­ję­ła mniej­szy, na oko dwu­ga­lo­no­wy ko­cio­łek, i prze­la­ła do nie­go wrzą­cy płyn.

„Dwie ko­bie­ty. Nio­są je­dze­nie mę­żo­wi. Nie­groź­ne”, ge­sty­ku­lo­wa­ła spo­koj­nie. „Po­zwo­lą po­dejść”.

– Albo za­strze­lą. Mają ku­sze – mruk­nę­ła ci­cho Ka­ile­an, trzy­ma­jąc w każ­dej ręce cięż­ki nóż.

Po chwi­li wy­bra­ła ten nie­co krót­szy, sze­ro­ki i zę­ba­ty, oraz czter­dzie­sto­ca­lo­wy, że­la­zny szpi­ku­lec do roż­na. Tyl­ko jak go ukryć?

Ciot­ka ski­nę­ła z uzna­niem gło­wą i wsu­nę­ła szpi­ku­lec w uchwyt ko­tła.

„Ła­twiej nieść. Ukry­ta broń. Trzy­maj rę­ko­jeść”.

Vee’ra wsu­nę­ła je­den nóż za pa­sek, za­kry­ła bluz­ką, dru­gi ukry­ła w rę­ka­wie. Spoj­rza­ła na syna.

– My od przo­du, ty od tyłu – prze­szła na zwy­kłą mowę. – Wy­cho­dzisz pierw­szy. Cze­kaj, aż się za­cznie. Uwa­żaj.

Mi­nu­ta.

Eso’bar ski­nął gło­wą, po­pra­wił ka­vayo tkwią­cy za pa­skiem, po czym bez sło­wa wy­szedł z wozu i po­mknął w stro­nę kuź­ni. Vee’ra przy­mknę­ła oczy, po­chy­li­ła na chwi­lę gło­wę, wzię­ła głę­bo­ki wdech.

1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)