Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Generał Genno Laskolnyk?
Ileż już razy słyszała taki ton, zwłaszcza w głosach żołnierzy, którzy służyli w meekhańskiej jeździe. Laskolnyk, ten Laskolnyk, dla większości kawalerzystów wciąż był drugim człowiekiem po cesarzu. A dla niektórych zapewne pierwszym przed.
– Kha-dar Genno Laskolnyk. Kto pyta?
– Starszy porucznik Kanewen-fel-Konset, Trzecia Chorągiew Ósmego Pułku. Generał Hewenrolle przesyła pozdrowienia.
– Aweln? Jeszcze żyje? Co u niego?
– Razem z pułkiem stacjonuje teraz w Omer-kla. Pyta, czy pamięta pan o Elowins.
– He, he, he. I to jeszcze jak! Naprawdę kazał wam o tym wspomnieć?
– Powiedział, że będzie pan rozbawiony. Tylko tyle.
– He, he, miał rację, a... Co to?
– Nasze zabezpieczenie, generale.
Coś w głosie oficera uległo zmianie. Pojawiła się jakaś ponura, beznamiętna pewność, która zazwyczaj towarzyszy ludziom trzymającym innym nóż na gardle. Słysząc ten ton, Kailean poczuła ciarki na grzbiecie. Położyła się na ziemi i ostrożnie wyjrzała jeszcze raz za róg budynku. Pilnujący koni żołnierz nie wyglądał już na znudzonego, stał odwrócony do niej bokiem i uważnie lustrował okolicę. W dłoni trzymał lekką kuszę z krótkim łożem i niewielkim łuczyskiem. Idealna broń do ukrycia pod płaszczem. Wzrok strażnika zahaczył o kuźnię. Kailean zamarła, żeby ruch nie zwrócił jego uwagi, i mogła tylko słuchać, co dzieje się wewnątrz.
– To nie wygląda na wojskową kuszę – odezwał się Laskolnyk.
– Jedziemy! – Porywacz nie miał zamiaru wdawać się w dyskusje. – Na zewnątrz czeka osiodłany koń.
– Nigdzie się nie wybieram.
Szczęknęła broń i rozległ się krótki, urwany krzyk. Ktoś upadł. Na ziemię posypały się metalowe przedmioty.
– Będzie żył – głos nie zmienił się ani na jotę. – A jeśli szybko otrzyma pomoc, to może nawet nie będzie kulał do końca życia. Generale, otrzymałem rozkaz, żeby dostarczyć pana na miejsce żywego albo prawie żywego. O innych nie było mowy, więc jeśli...
– Najpierw go opatrzę.
– Teraz ten.
– Stój!
Prawie to widziała, widziała, jak Laskolnyk rzuca się i staje między zabójcą a drugim z Wozaków. Kim był pierwszy? And’ewers czy Der’eko? Żaden nawet się nie odezwał, cholerna verdańska duma. Nie okazuj strachu, nie okazuj bólu, wróg to pył w twoich oczach, i inne duperele.
– Trafiłeś go w udo, krew sika, więc pewnie bełt przeszył tętnicę. Żyje tylko dlatego, że grot pozostaje w ranie, ale umrze w ciągu kwadransa, jeśli ktoś nie założy mu opatrunku. Więc wybieraj: albo i mnie zastrzelisz na miejscu, albo dasz mi trzy minuty, żeby ocalić mu życie.
Laskolnyk mówił spokojnie i cicho. Nie postawiłaby złamanego miedziaka na życie tego żołnierza. Przez kilka sekund trwała cisza.
– Trzy minuty. Ty, stary, stań tam w kącie.
Stary. Postrzelili Der’eko. Trzy minuty.
Te myśli zagościły jej w głowie jednocześnie. Strażnik odwrócił się do niej plecami, lustrując okolicę, i mogła się cofnąć. Rozejrzała się, jedynym wozem, którego nie widział żołnierz pilnujący koni, była kuchnia. Poderwała się na nogi i w kilku susach dopadła drzwi.
Dwie i pół minuty.
Wpadła do środka i napotkała zaciekawione spojrzenia Eso’bara i ciotki.
– Ty jeszcze tutaj? – Vee’ra uśmiechnęła się szeroko.
Kailean przeszła na niską mowę. Zamachała dłońmi.
„Wielkie niebezpieczeństwo. Źli ludzie. Postrzelili Dera. Porywają Laskolnyka. Wuj zdrowy”.
To była główna zaleta anaho’la, kilka gestów i w całkowitej ciszy, bez okrzyków ani zamieszania, przekazała całkiem skomplikowaną wiadomość.
Dwójka w wozie zamarła na uderzenie serca. Potem ciotka spojrzała na Kailean wzrokiem obcej kobiety. Takiej, która przejechała z mężem cały Krwawy Marsz.
„Ilu? Czas?”.
„Pięciu. Trzydzieści długości”.
Anaho’la nie dorobił się meekhańskich odpowiedników czasu. Zostało około dwóch minut, w dwie minuty verdański wóz mieszkalny, wędrując zwykłym tempem, przebędzie około trzydziestu swoich długości.
„Kto?”.
„Fałszywi żołnierze”.
Nawet jej przez myśl nie przeszło, że porywaczami mogli okazać się regularni kawalerzyści.
Ciotka sięgnęła do najbliższej szafki i wyciągnęła długi nóż.
„Broń”.
Kailean skinęła głową. Słyszała raz, jak stary Bett śmiał się, że jedyne miejsce w jego zajeździe, gdzie jest więcej broni niż w zamkowej zbrojowni, to kuchnia. Właściwie dotyczyło to każdej kuchni. Tej również. Noże, tasaki, długie widelce i ostre szpikulce do rożna nazywano przyborami kuchennymi tylko dla zachowania jakiegoś rozróżnienia. Bo wielkością ani ostrością nie ustępowały większości narzędzi używanych na wojnie.
Półtorej minuty.
Jeśli dobrze znała Laskolnyka, to nie zajmował się tylko tamowaniem krwotoku u Dera. Na pewno coś kombinował. Ale ona widziała tych ludzi, to nie była przypadkowa banda. Muszą dotrzeć do kha-dara, zanim spróbuje zrobić coś głupiego, a oni go zabiją.
Odwróciła się, słysząc odgłos ściągania z pieca gara z zupą. Ciotka owinęła jego uchwyty jakimiś szmatami i ze stęknięciem postawiła na podłodze. Wyjęła mniejszy, na oko dwugalonowy kociołek, i przelała do niego wrzący płyn.
„Dwie kobiety. Niosą jedzenie mężowi. Niegroźne”, gestykulowała spokojnie. „Pozwolą podejść”.
– Albo zastrzelą. Mają kusze – mruknęła cicho Kailean, trzymając w każdej ręce ciężki nóż.
Po chwili wybrała ten nieco krótszy, szeroki i zębaty, oraz czterdziestocalowy, żelazny szpikulec do rożna. Tylko jak go ukryć?
Ciotka skinęła z uznaniem głową i wsunęła szpikulec w uchwyt kotła.
„Łatwiej nieść. Ukryta broń. Trzymaj rękojeść”.
Vee’ra wsunęła jeden nóż za pasek, zakryła bluzką, drugi ukryła w rękawie. Spojrzała na syna.
– My od przodu, ty od tyłu – przeszła na zwykłą mowę. – Wychodzisz pierwszy. Czekaj, aż się zacznie. Uważaj.
Minuta.
Eso’bar skinął głową, poprawił kavayo tkwiący za paskiem, po czym bez słowa wyszedł z wozu i pomknął w stronę kuźni. Vee’ra przymknęła oczy, pochyliła na chwilę głowę, wzięła głęboki wdech.