Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Uciekł pan?
– Popędziłem zbierać pieniądze – odrzekł ze smutkiem Efraim Lejbowicz.
– Jest to historia, rzecz jasna, efektowna, ale mojego problemu nie dotyczy – wyrzekł Berdyczowski.
– Jeśli nie rabin wykupił Racewicza, to kto w takim razie?
Lichwiarz wzruszył ramionami.
– Pieniądze wpłynęły na moje konto z kijowskiego oddziału Rosyjskiego Banku Handlowo-Przemysłowego.
– I nie wiadomo, od kogo? – zapytał niepewnym głosem Matwiej Bencjonowicz.
– Nie wiadomo. Rzecz jasna, próbowałem ustalić, ale Rosyjski Handlowo-Przemysłowy to bank gojski, nie mam tam żadnych znajomych. Zresztą! – Efraim Lejbowicz filozoficznie wzruszył ramionami.
– Alboż to moja sprawa? Kiesza, czy skończył pan wreszcie?
Sekretny znak
Prokurator wyszedł ponownie na Małą Wileńską w całkowitym pomieszaniu. Wyglądało na to, że wyprawę do Żytomierza podjął na próżno, że niepotrzebnie utracił drogocenny czas.
Obydwie wersje, jedna lepsza od drugiej, zawiodły go donikąd. Znalazło się niewielkie zaczepienie, które prowadziło do kijowskiego banku, ale to żadna pociecha. Berdyczowski wiedział doskonale, czym jest tajemnica bankowa, i traktował ją z należnym uszanowaniem. Można, rzecz jasna, wysłać za pośrednictwem prokuratury oficjalne zapytanie, ale to pisanina nie na jeden tydzień, a poza tym rezultat może i tak okazać się znikomy. Jeśli przekazujący pieniądze chciał zachować incognito, to zawsze potrafi je utrzymać.
Matwiej Bencjonowicz stanął niepewnie, nie bardzo wiedząc, co miałby teraz robić i dokąd się udać. Czyżby śledztwo osiągnęło kres? A co z Pelagią?
Nagle z tyłu odezwał się łagodny tenorek:
– Proszę pana... No jakże... pan Berdyczowski! Odwróciwszy się, radca stanu ujrzał sympatycznego subiekta Kieszę.
– Czy może pan tak sobie zostawić kasę? – zdziwił się prokurator. – Czy pan Gołosowker już wyszedł?
– Zamyka osobiście sejf. – Blondyn uśmiechnął się nieznacznie. – Ja w takich chwilach muszę być na zewnątrz.
– Czego pan sobie życzy? Czy chciałby pan coś mi powiedzieć?
Kiesza jakoś niepewnie skłonił głowę i jąkając się, zapytał:
– Proszę posłuchać... Przecież nie jest pan właścicielem spółki pożyczkowo-kredytowej.
– Co panu przyszło do głowy?
Berdyczowski patrzył na subiekta z coraz większą uwagą.
– Tak naprawdę to interesuje pana Racewicz, domyśliłem się. I zdaje się, że wiem dlaczego.
– To dlaczego?
Tu młody człowiek zrobił dziwny gest: ujął lewą dłoń Matwieja Bencjonowicza i połaskotał ją małym palcem.
Zaskoczony prokurator wzdrygnął się i już chciał się oburzyć na tak niesłychaną familiarność, jednak się powstrzymał. Dziwaczne łaskotanie przypominało jakiś sekretny znak.
– Aha, wiedziałem – skinął Kiesza i roześmiał się cichutko. – Teraz jasne jest, dlaczego chce pan wiedzieć, kto wykupił Racewicza. W interesującym pana przedmiocie mam dosyć wiarygodne przypuszczonka.
Tyle że nie jestem Żydem i bezpłatnych rad nie udzielam.
– Ile? – schrypniętym z podniecenia głosem zapytał Berdyczowski.
XI
MIASTO SZCZĘŚCIA
Żydowskie szczęście I
Przemówień nad trumną nie wygłaszano. I nie płakano. Tak się członkowie komuny umówili. Zresztą sama Rochele, zanim zaczęła bredzić w przedśmiertnej malignie, poprosiła: „Nie płaczcie".
Malaria była czymś zupełnie innym, niż sądziła Małke. Rankiem Rochele wstała jak zwykle, wydoiła krowy, potem usiadły sortować nasiona i śpiewały na dwa głosy Nie trzeba wspomnień, gdy nagle powiedziała: „Jakoś pociemniało mi w oczach, zaraz przejdzie". A po półgodzinie płonęła już żywym ogniem.
Małke zaprowadziła ją do chanu, Rochele zaś wciąż powtarzała: „Ja sama, ja sama, a ty idź, bo chłopaki wrócą z pola, a tu obiad niegotowy".
Przybiegł Magellan, przyłożył dłoń do jej czoła i popędził konno do Zichron-Jaakow po doktora Szermana. A przed nocą, kiedy przybył lekarz, Rochele już nie żyła. Okazało się, że malaria może rozwijać się błyskawicznie.
Najlepszą i najpiękniejszą pochowali ciemną nocą przy świetle pochodni. Małke umyła nieskostniałe jeszcze ciało – niewiarygodnie białe, bez jednego choćby pieprzyka – ubrała nieboszczkę w jedwabną suknię, włożyła szykowne pantofelki, których Rochele nie zdążyła nawet ponosić.
Grób wykopali nad brzegiem rzeczki, pod eukaliptusem, który posadzili zaledwie tydzień temu. Drzewko było całkiem malutkie, ale kiedyś stanie się wielkie i potężne.
Nieopodal stała gromadka Arabów z sąsiedniej wioski, którzy przyszli pogapić się na żydowski pogrzeb.
Niczego szczególnego Arabowie nie zobaczyli.
Wystąpił Magellan i powiedział: „To pierwsza śmierć, ale będą też następne. Nie możemy się roztkliwiać".
Ciało, zawinięte w prześcieradło, zasypali ziemią i wrócili do chanu.
Stypy zaś nie było w ogóle, bo picie zakazane, a poza tym – jak powiedział Magellan – nie ma o czym mówić.
Małke trzymała się, dopóki mogła, ale kiedy poczuła, że dłużej już nie da rady, pochwyciła wiadro i wyszła – że niby idzie po wodę.
Uciekła jak najdalej za ogrodzenie i tam rozszlochała się na dobre.
Kiedy wracała, usłyszała, że w krzakach ktoś ciężko wzdycha i pochlipuje. Kto? Zapewne Sienia Lewin, który zawsze wpatrywał się w Rochele. Chociaż mógłby to być ktokolwiek z pozostałych dwudziestu pięciu. Nawet sam Magellan.
Małke prześlizgnęła się obok krzaków niczym myszka.
Komuna „Nowe Megiddo" świętowała właśnie miesiąc swego istnienia. W tym krótkim czasie udało im się wiele zrobić.
Przede wszystkim wyremontowali i pomalowali opuszczony chan, który dostał im się wraz z ziemią. Chan to dom – twierdza: umocniony prostokąt z pojedynczą bramą. Wewnątrz, wzdłuż jednej ze ścian, ciągną się pomieszczenia mieszkalne, wzdłuż drugiej – chlew; trzecia to magazyn dla inwentarza, a czwarta to spiżarnia.
Agronom Misza wskazał, gdzie najlepiej siać pszenicę, gdzie sadzić drzewka pomarańczowe i kukurydzę, a gdzie urządzić pastwisko. Ziemia, zakupiona nad brzegami rzeki Kisson, była naprawdę dobra i urodzajna.
Mądrala Magellan wszystko przewidział. Załatwił nawet zawczasu sadzonki eukaliptusów – żeby usuwały z zabagnionej gleby nadmiar wody. A ile pieniędzy udało mu się zebrać na komunę! Czarodziej! Wystarczyło nie tylko na dużą działkę, ale także na niezbędne wyposażenie, zapasy, na dwie bryczki, cztery konie, dwie krowy i na najprostszy mechaniczny młyn.
Zgodnie z Kartą majątek był wspólny i niepodzielny. Wszyscy komunardzi byli równi i wszystko rozkładało się na nich po równo. W czasie pierwszego zgromadzenia postanowili: żadnych flirtów ani romansów. Nie z powodu obłudy, ale dlatego, że dwie dziewczyny przypadały na dwudziestu pięciu chłopaków, a brakowałoby jeszcze tego, żeby pojawiły się dramaty na podłożu miłosnym. Poza tym rodzina oznacza dzieci – a to dla Miasta Szczęścia byłoby na razie przedwczesne. Miłość odłożyli więc na później, kiedy urządzą się i kiedy przybędzie z Rosji więcej kobiet.
Dla Małke i Rochele wydzielili osobny kąt – oto i cała segregacja. Ubierały się podobnie jak mężczyźni i żadnych ustępstw nie uzyskały, bo i o coś podobnego nie prosiły.