Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Luka-wer-Klytus wzruszył ramionami, posłał jej kolejny porozumiewawczy uśmieszek i rozdarł się na całe gardło:
— Ruszamy! Oczy zasłonić! Koniarze na konie, ludzie pieszo!
Ha. To było prawie zabawne. Zawiązując oczy i wskakując na konia, Kailean myślała o dziewczynie, która spędziła całe lata, ryjąc tunele w żyłach złotonośnej rudy, i siwowłosym mężczyźnie, który zszedł do kopalni i znalazł stos dziecięcych kości. Laskolnyk kazał sprawdzać, jacy ludzie tworzą armię niewolników.
Właśnie tacy. Na cycki Laal, właśnie tacy.
* * *
Gdy tylko wyjechali z najgęstszego lasu, pozwolono im ściągnąć opaski, więc mogli się nieco porozglądać. Obóz niewolniczej armii był wielki. Widzieli go z grzbietu jednego z licznych w tej okolicy wzgórz, choć Kailean mogła tylko z grubsza ocenić jego rozmiar, bo całość składała się z kilkunastu olbrzymich, ogrodzonych wałami kręgów, które rozsiadły się na szczytach najbliższych wzniesień, i bogowie wiedzieli ilu tysięcy namiotów, szałasów i prymitywnych chat poniżej. Jakby każdy krąg był warowną osadą mającą własne podgrodzie.
Nie dało się stwierdzić, czy całość została tak zaplanowana, czy raczej wyrosła niczym dziki krzak, w miarę jak między te wzgórza przybywały kolejne oddziały buntowników. Wzgórza były dość strome, dobre do obrony, ale z pewnością nie mogły pomieścić wszystkich niewolników, a ilu ich właściwie było? Sto tysięcy? Sto pięćdziesiąt? Nie dała rady tego oszacować, bo ich przewodnicy prowadzili czaardan tak, by omijać największe skupiska ludzi. Ponoć dla bezpieczeństwa swoich „gości”, bo każdy, kto nie nosił na szyi śladów po niewolniczej obroży, mógł skończyć z nożem w plecach. Kailean nie dała się nabrać. A sądząc po minie Laskolnyka, on także nie, choć trzeba przyznać, że za bardzo nie protestował. Najwyraźniej nawet nazwisko sławnego pogromcy koczowników nie było tu furtką do zdobycia zaufania. No, ale w końcu kha-darowi towarzyszyła ona, Janne, Lea oraz Daghena. Zaczynała podejrzewać, że generał nie zabrał ich tylko ze względu na bezpieczeństwo.
Zresztą, gdy prowadzono ich do największego obozowiska, i tak zdążyła się rozejrzeć. Tutejszy las był rzadszy niż ten, przez który przedzierali się ostatnimi godzinami, a na dodatek nieźle go przekarczowano. W pozornie chaotycznym gąszczu namiotów i szałasów dostrzegła wyznaczone, wyłożone drewnem ścieżki, wykopane studnie, grządki, na których rosły jakieś bulwy i inne warzywa, małe kurniki z gdaczącym ptactwem, a nawet rzędy latryn, i to najwyraźniej karnie używanych, bo Berdeth nie znalazł nigdzie poza nimi ludzkich szczyn ani gówna. Nie żeby specjalnie ich szukała, ale ten czworonogi drań robił jej czasem takie numery. Zauważyła też, że nawet śmieci wysypywano w przeznaczone do tego dziury. Wszędzie panował meekhański porządek i czystość, jak na obozowisko buntowników ukryte w dżungli, oczywiście.
Przejechali też obok kilku ogrodzonych placów, gdzie młodzi chłopcy i dziewczęta wspólnie ćwiczyli się w używaniu łuków, proc i oszczepów. Wyglądało na to, że niewolnicza armia była bardziej egalitarna niż jej imperialny odpowiednik.
Wreszcie wspięli się pod sam obóz i wjechali do środka przez bramę umocnioną i ukoronowaną wieżami strażniczymi. Szczyt wzgórza ogołocono i wyrównano, tworząc coś w rodzaju wielkiego wojskowego placu garnizonowego. Wszędzie stały namioty, uszyte z różnych materiałów, ale jednakowej wielkości, a alejki między nimi były proste jak drzewce strzały. Na oko namiotów było ze dwieście pięćdziesiąt, co Kocimiętka skwitował krótko:
— Mają tu cały pieprzony pułk — i zaraz zamilkł pod karcącym spojrzeniem Laskolnyka. Kha-dar nie życzył sobie, by jego ludzie cokolwiek komentowali ani o czymkolwiek rozmawiali. Przynajmniej w tej chwili.
Główna droga przez obóz poprowadziła ich do największego namiotu, który wyglądał, jakby był pozszywany z kawałków jedwabnych zasłon. Luka-wer-Klytus zatrzymał się przed jego wejściem i powiedział, znikając w środku:
— Zostańcie tu, zaproszą was.
Laskolnyk, nie czekając na pozwolenie, zeskoczył z konia, reszta czaardanu za nim. Dobrze było rozprostować kości po kilku godzinach jazdy stępa. No i tutaj, na szczycie wzgórza, było naprawdę przyjemnie, lekki wiatr chłodził skórę, a i owadów krążyło jakby mniej.
Kailean poklepała Toryna po szyi.
— Dobrze się spisałeś. Wkrótce odpoczniesz. — Koń szturchnął ją przyjaźnie łbem, więc wyjęła wędziło, sięgnęła do sakwy i wsunęła mu do pyska kawałek marchwi. Co tam, niech ma.
Pamiętając o poleceniu dowódcy, ruszyła najbliższą ścieżką, rozglądając się bezczelnie. W końcu tego można się było spodziewać po jakiejś ciekawskiej młódce, prawda?
Przed namiotami siedzieli, stali lub trenowali mężczyźni, w większości zbyt młodzi, by zaliczać się do weteranów wojny z Se-kohlandczykami – choć i tych nie brakowało – ale zdecydowanie starsi niż młodzież ćwicząca na placach poniżej. Być może byli z pokolenia, które trafiło na Dalekie Południe jako dzieci, podrostki oderwane od rodzin. Teraz czyścili uzbrojenie – widziała trochę włóczni, mieczy, szabel i toporów, przeważały jednak siekiery, jakieś długie, rozszerzające się na końcach tasaki i coś, co wyglądało jak sierpy i kosy osadzone na sztorc na krótkich drzewcach. Improwizowana broń, dobrze znana komuś, kto dorastał na niespokojnym pograniczu, gdzie widły i cepy ratowały czasem życie. Zresztą tutaj też dostrzegła sporo jednych i drugich.
Przed niektórymi namiotami leżały również pęki długich na piętnaście stóp bambusowych pik, zaostrzonych i utwardzonych w ogniu. Ci mężczyźni, którzy nie zajmowali się bronią, gotowali coś w małych kociołkach, cerowali ubrania, reperowali buty albo ćwiczyli walkę – jeden na jednego, dwóch na dwóch, czterech na czterech.
Zerknęła do najbliższego namiotu i, tak jak się spodziewała, zobaczyła dziesięć posłań.
Dziesięcioosobowe drużyny, śpiące w jednym namiocie, walczące ramię w ramię, jedzące z jednego kociołka. Niewolnicy przenieśli tu żywcem sposoby szkolenia i taktykę meekhańskiej armii. Ale nie mieli jej uzbrojenia. Jak zauważyła, większość powstańców nie nosiła hełmów, używała za to czegoś na kształt turbanów, a rolę pancerzy pełniły pikowane kaftany, napierśniki z utwardzonej skóry albo kamizele z wielu warstw materiałów. Tarcze też w większości wyglądały na improwizowane osłony sklecone z deszczułek albo wikliny obciągniętej suknem lub skórą. Na środku każdej był jednak wymalowany szkarłatny pysk jakiejś bestii.