Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 210
Перейти на страницу:

Luka-wer-Kly­tus wzru­szył ra­mio­na­mi, po­słał jej ko­lej­ny po­ro­zu­mie­waw­czy uśmie­szek i roz­darł się na całe gar­dło:

— Ru­sza­my! Oczy za­sło­nić! Ko­nia­rze na ko­nie, lu­dzie pie­szo!

Ha. To było pra­wie za­baw­ne. Za­wią­zu­jąc oczy i wska­ku­jąc na ko­nia, Ka­ile­an my­śla­ła o dziew­czy­nie, któ­ra spę­dzi­ła całe lata, ry­jąc tu­ne­le w ży­łach zło­to­no­śnej rudy, i si­wo­wło­sym męż­czyź­nie, któ­ry zszedł do ko­pal­ni i zna­lazł stos dzie­cię­cych ko­ści. La­skol­nyk ka­zał spraw­dzać, jacy lu­dzie two­rzą ar­mię nie­wol­ni­ków.

Wła­śnie tacy. Na cyc­ki Laal, wła­śnie tacy.

* * *

Gdy tyl­ko wy­je­cha­li z naj­gęst­sze­go lasu, po­zwo­lo­no im ścią­gnąć opa­ski, więc mo­gli się nie­co po­roz­glą­dać. Obóz nie­wol­ni­czej ar­mii był wiel­ki. Wi­dzie­li go z grzbie­tu jed­ne­go z licz­nych w tej oko­li­cy wzgórz, choć Ka­ile­an mo­gła tyl­ko z grub­sza oce­nić jego roz­miar, bo ca­łość skła­da­ła się z kil­ku­na­stu ol­brzy­mich, ogro­dzo­nych wa­ła­mi krę­gów, któ­re roz­sia­dły się na szczy­tach naj­bliż­szych wznie­sień, i bo­go­wie wie­dzie­li ilu ty­się­cy na­mio­tów, sza­ła­sów i pry­mi­tyw­nych chat po­ni­żej. Jak­by każ­dy krąg był wa­row­ną osa­dą ma­ją­cą wła­sne pod­gro­dzie.

Nie dało się stwier­dzić, czy ca­łość zo­sta­ła tak za­pla­no­wa­na, czy ra­czej wy­ro­sła ni­czym dzi­ki krzak, w mia­rę jak mię­dzy te wzgó­rza przy­by­wa­ły ko­lej­ne od­dzia­ły bun­tow­ni­ków. Wzgó­rza były dość stro­me, do­bre do obro­ny, ale z pew­no­ścią nie mo­gły po­mie­ścić wszyst­kich nie­wol­ni­ków, a ilu ich wła­ści­wie było? Sto ty­się­cy? Sto pięć­dzie­siąt? Nie dała rady tego osza­co­wać, bo ich prze­wod­ni­cy pro­wa­dzi­li cza­ar­dan tak, by omi­jać naj­więk­sze sku­pi­ska lu­dzi. Po­noć dla bez­pie­czeń­stwa swo­ich „go­ści”, bo każ­dy, kto nie no­sił na szyi śla­dów po nie­wol­ni­czej ob­ro­ży, mógł skoń­czyć z no­żem w ple­cach. Ka­ile­an nie dała się na­brać. A są­dząc po mi­nie La­skol­ny­ka, on tak­że nie, choć trze­ba przy­znać, że za bar­dzo nie pro­te­sto­wał. Naj­wy­raź­niej na­wet na­zwi­sko sław­ne­go po­grom­cy ko­czow­ni­ków nie było tu furt­ką do zdo­by­cia za­ufa­nia. No, ale w koń­cu kha-da­ro­wi to­wa­rzy­szy­ła ona, Jan­ne, Lea oraz Da­ghe­na. Za­czy­na­ła po­dej­rze­wać, że ge­ne­rał nie za­brał ich tyl­ko ze wzglę­du na bez­pie­czeń­stwo.

Zresz­tą, gdy pro­wa­dzo­no ich do naj­więk­sze­go obo­zo­wi­ska, i tak zdą­ży­ła się ro­zej­rzeć. Tu­tej­szy las był rzad­szy niż ten, przez któ­ry prze­dzie­ra­li się ostat­ni­mi go­dzi­na­mi, a na do­da­tek nie­źle go prze­kar­czo­wa­no. W po­zor­nie cha­otycz­nym gąsz­czu na­mio­tów i sza­ła­sów do­strze­gła wy­zna­czo­ne, wy­ło­żo­ne drew­nem ścież­ki, wy­ko­pa­ne stud­nie, grząd­ki, na któ­rych ro­sły ja­kieś bul­wy i inne wa­rzy­wa, małe kur­ni­ki z gda­czą­cym ptac­twem, a na­wet rzę­dy la­tryn, i to naj­wy­raź­niej kar­nie uży­wa­nych, bo Ber­deth nie zna­lazł ni­g­dzie poza nimi ludz­kich szczyn ani gów­na. Nie żeby spe­cjal­nie ich szu­ka­ła, ale ten czwo­ro­no­gi drań ro­bił jej cza­sem ta­kie nu­me­ry. Za­uwa­ży­ła też, że na­wet śmie­ci wy­sy­py­wa­no w prze­zna­czo­ne do tego dziu­ry. Wszę­dzie pa­no­wał me­ekhań­ski po­rzą­dek i czy­stość, jak na obo­zo­wi­sko bun­tow­ni­ków ukry­te w dżun­gli, oczy­wi­ście.

Prze­je­cha­li też obok kil­ku ogro­dzo­nych pla­ców, gdzie mło­dzi chłop­cy i dziew­czę­ta wspól­nie ćwi­czy­li się w uży­wa­niu łu­ków, proc i oszcze­pów. Wy­glą­da­ło na to, że nie­wol­ni­cza ar­mia była bar­dziej ega­li­tar­na niż jej im­pe­rial­ny od­po­wied­nik.

Wresz­cie wspię­li się pod sam obóz i wje­cha­li do środ­ka przez bra­mę umoc­nio­ną i uko­ro­no­wa­ną wie­ża­mi straż­ni­czy­mi. Szczyt wzgó­rza ogo­ło­co­no i wy­rów­na­no, two­rząc coś w ro­dza­ju wiel­kie­go woj­sko­we­go pla­cu gar­ni­zo­no­we­go. Wszę­dzie sta­ły na­mio­ty, uszy­te z róż­nych ma­te­ria­łów, ale jed­na­ko­wej wiel­ko­ści, a alej­ki mię­dzy nimi były pro­ste jak drzew­ce strza­ły. Na oko na­mio­tów było ze dwie­ście pięć­dzie­siąt, co Ko­ci­mięt­ka skwi­to­wał krót­ko:

— Mają tu cały pie­przo­ny pułk — i za­raz za­milkł pod kar­cą­cym spoj­rze­niem La­skol­ny­ka. Kha-dar nie ży­czył so­bie, by jego lu­dzie co­kol­wiek ko­men­to­wa­li ani o czym­kol­wiek roz­ma­wia­li. Przy­naj­mniej w tej chwi­li.

Głów­na dro­ga przez obóz po­pro­wa­dzi­ła ich do naj­więk­sze­go na­mio­tu, któ­ry wy­glą­dał, jak­by był po­zszy­wa­ny z ka­wał­ków je­dwab­nych za­słon. Luka-wer-Kly­tus za­trzy­mał się przed jego wej­ściem i po­wie­dział, zni­ka­jąc w środ­ku:

— Zo­stań­cie tu, za­pro­szą was.

La­skol­nyk, nie cze­ka­jąc na po­zwo­le­nie, ze­sko­czył z ko­nia, resz­ta cza­ar­da­nu za nim. Do­brze było roz­pro­sto­wać ko­ści po kil­ku go­dzi­nach jaz­dy stę­pa. No i tu­taj, na szczy­cie wzgó­rza, było na­praw­dę przy­jem­nie, lek­ki wiatr chło­dził skó­rę, a i owa­dów krą­ży­ło jak­by mniej.

Ka­ile­an po­kle­pa­ła To­ry­na po szyi.

— Do­brze się spi­sa­łeś. Wkrót­ce od­pocz­niesz. — Koń szturch­nął ją przy­jaź­nie łbem, więc wy­ję­ła wę­dzi­ło, się­gnę­ła do sa­kwy i wsu­nę­ła mu do py­ska ka­wa­łek mar­chwi. Co tam, niech ma.

Pa­mię­ta­jąc o po­le­ce­niu do­wód­cy, ru­szy­ła naj­bliż­szą ścież­ką, roz­glą­da­jąc się bez­czel­nie. W koń­cu tego moż­na się było spo­dzie­wać po ja­kiejś cie­kaw­skiej młód­ce, praw­da?

Przed na­mio­ta­mi sie­dzie­li, sta­li lub tre­no­wa­li męż­czyź­ni, w więk­szo­ści zbyt mło­dzi, by za­li­czać się do we­te­ra­nów woj­ny z Se-koh­land­czy­ka­mi – choć i tych nie bra­ko­wa­ło – ale zde­cy­do­wa­nie star­si niż mło­dzież ćwi­czą­ca na pla­cach po­ni­żej. Być może byli z po­ko­le­nia, któ­re tra­fi­ło na Da­le­kie Po­łu­dnie jako dzie­ci, pod­rost­ki ode­rwa­ne od ro­dzin. Te­raz czy­ści­li uzbro­je­nie – wi­dzia­ła tro­chę włócz­ni, mie­czy, sza­bel i to­po­rów, prze­wa­ża­ły jed­nak sie­kie­ry, ja­kieś dłu­gie, roz­sze­rza­ją­ce się na koń­cach ta­sa­ki i coś, co wy­glą­da­ło jak sier­py i kosy osa­dzo­ne na sztorc na krót­kich drzew­cach. Im­pro­wi­zo­wa­na broń, do­brze zna­na ko­muś, kto do­ra­stał na nie­spo­koj­nym po­gra­ni­czu, gdzie wi­dły i cepy ra­to­wa­ły cza­sem ży­cie. Zresz­tą tu­taj też do­strze­gła spo­ro jed­nych i dru­gich.

Przed nie­któ­ry­mi na­mio­ta­mi le­ża­ły rów­nież pęki dłu­gich na pięt­na­ście stóp bam­bu­so­wych pik, za­ostrzo­nych i utwar­dzo­nych w ogniu. Ci męż­czyź­ni, któ­rzy nie zaj­mo­wa­li się bro­nią, go­to­wa­li coś w ma­łych ko­cioł­kach, ce­ro­wa­li ubra­nia, re­pe­ro­wa­li buty albo ćwi­czy­li wal­kę – je­den na jed­ne­go, dwóch na dwóch, czte­rech na czte­rech.

Zer­k­nę­ła do naj­bliż­sze­go na­mio­tu i, tak jak się spo­dzie­wa­ła, zo­ba­czy­ła dzie­sięć po­słań.

Dzie­się­cio­oso­bo­we dru­ży­ny, śpią­ce w jed­nym na­mio­cie, wal­czą­ce ra­mię w ra­mię, je­dzą­ce z jed­ne­go ko­cioł­ka. Nie­wol­ni­cy prze­nie­śli tu żyw­cem spo­so­by szko­le­nia i tak­ty­kę me­ekhań­skiej ar­mii. Ale nie mie­li jej uzbro­je­nia. Jak za­uwa­ży­ła, więk­szość po­wstań­ców nie no­si­ła heł­mów, uży­wa­ła za to cze­goś na kształt tur­ba­nów, a rolę pan­ce­rzy peł­ni­ły pi­ko­wa­ne ka­fta­ny, na­pier­śni­ki z utwar­dzo­nej skó­ry albo ka­mi­ze­le z wie­lu warstw ma­te­ria­łów. Tar­cze też w więk­szo­ści wy­glą­da­ły na im­pro­wi­zo­wa­ne osło­ny skle­co­ne z desz­czu­łek albo wi­kli­ny ob­cią­gnię­tej suk­nem lub skó­rą. Na środ­ku każ­dej był jed­nak wy­ma­lo­wa­ny szkar­łat­ny pysk ja­kiejś be­stii.

1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)