Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- W życiu tego świństwa więcej nie wezmę - kontynuował stróż. - Ciągle mi strasznie niedobrze. Nie wiem, jak długo dochodziłem do siebie, ale akurat kiedy się wyswobodziłem z więzów, nadeszli nasi ludzie.
Niedaleko drzwi dostrzegłem koce i porzucone plecaki z widocznymi wewnątrz kształtami butelek. Siedzieli tu we trzech, pilnowali opium, nudzili się i popijali. Normalka. Na zewnątrz żadnych śladów nie udało mi się odkryć, ziemia tam była zbyt mocno ubita.
- No dobra, tyle mi wystarczy. - Zakończyłem oględziny. - Bawcie się dobrze. - Machnąłem ręką na pożegnanie Duvalovi.
- Mamy wyjaśnić, kto to zrobił. Znaczy co, rozwiązałeś całą sprawę w ciągu tych paru chwil? - zapytał elegant. - Bandarillo mówił, że jesteś niebezpieczny, a tu okazuje się, że ty również jesteś dokładnie tak mądry, na jakiego wyglądasz.
- Wy go sobie znajdziecie, a ja go zabiję - wyjaśniłem mu moją koncepcję całej operacji.
Pokręcił tylko głową.
- Będę musiał powiedzieć Bandarillowi, że z idiotami po prostu nie da się współpracować. - Splunął na ziemię tuż pod moje nogi.
Przy tym upale nie było to nic innego, tylko marnotrawienie wody. Od razu zrozumiałem, że nigdy nie zapuścił się głębiej w pustynię. Kiedy go mijałem po drodze do wyjścia, posłałem na ziemię krótkim, lewym hakiem. Nie mogłem zrozumieć, skąd mu przyszło do głowy, że chciałem współpracować.
Wieczorem w moim pokoju zjawił się pan Łasiczka. Wyglądał jak zawsze. Drobny, niepozorny człowieczek o tak ostrych rysach, że i goła czaszka mogłaby mu pozazdrościć. Przeszliśmy już razem niejedno, choć tak naprawdę każdy z nas kroczył po zupełnie innej ścieżce i jedynie od czasu do czasu te ścieżki się przecinały.
Natychmiast zwrócił uwagę na stojące na stole butelki z gorzałką, ale nijak ich nie skomentował. Zamiast tego postawił im do towarzystwa solidny dzban piwa. Widząc rosę na kamionce, zgadywałem, że zimnego piwa. Bez słowa podał mi dzban, a ja nie tyle się napiłem, co opróżniłem z jednej czwartej zawartości.
- Co nowego? - spytał.
- Handel narkotykami kwitnie. Bez oglądania się na ostatnie cesarskie ukazy - wyjaśniłem pokrótce i oddałem panu Łasiczce dzban.
Jak na kogoś tak drobnego, miał zaskakujące i budzące szacunek możliwości. Tak oto znaleźliśmy się w połowie dzbana.
Spoglądaliśmy na siebie w milczeniu. Ostatni raz przerabialiśmy tę grę w Saxpolis, ale wtedy akurat mieliśmy do dyspozycji przyzwoite zasoby piwa i tytoniu. Tamtym razem odezwałem się pierwszy, bo skończył się napitek i zrobiłem się głodny. Dzisiaj piwa przyniósł tak mało, że nie było sobie czym zawracać głowy, a do tego przed paroma chwilami się najadłem. Zawziąłem się, że wygram, choćbym miał przy tym schudnąć dziesięć kilo.
Łasiczka zręcznie skręcił sobie papierosa, zapalił i ze smakiem się zaciągnął. Podczas naszego poprzedniego spotkania palił fajkę, a jeszcze wcześniej cygara. Widać ciągle w życiu próbował czegoś nowego.
- Wygraliście, poddaję się - powiedział zaledwie po dwóch machach.
Bardzo mnie tym zaskoczył.
- Ostatnim razem milczeliśmy dzień i noc, a wyście nie chcieli ustąpić, choćby się waliło i paliło. Co wam się dziś takiego stało?
- W boju jesteście najniebezpieczniejszym człowiekiem, jakiego w całym swoim życiu widziałem. To jest zwyczajnie wasz sposób na przeżycie. Ja mam inny. Muszę dokładnie oszacować swoje szanse, zanim się w cokolwiek wplączę, i pod tym kątem się przygotować. Dzisiaj bym po prostu nie wygrał.
Chwilę się nad tym zastanawiałem. Pan Łasiczka kłamał ciałem i słowem. Wydawał się niepozorny, w tłumie praktycznie niedostrzegalny. A przecież byłem świadkiem, jak zabił więcej ludzi, niż się to zdawało możliwe. Z drugiej strony, miał rację. Na arenie nie miałby szans. Każdy ma swoje własne sposoby, dokładnie tak jak powiedział.
- Strumień narkotyków, głównie opium, płynie ku obrzeżom coraz szerszy, przez co ceny spadają - zaczął.
- No to się ćpuny powinni cieszyć. - Wzruszyłem ramionami i podałem Łasiczce dzban z ostatnią ćwiartką piwa.
- Przez co również zaczyna palić coraz więcej osób - dodał.
Tyle potrafiłem zrozumieć bez trudu.
- Tu jednak zaczyna się problem.
Tego już nie łapałem. Są pieniądze - jest zabawa. Ludzie wydają na picie, hulanki, burdele, co im tam akurat sprawia radochę. A jak pieniędzy nie ma, to się koncentrują na bardziej podstawowych potrzebach i tyle…
- Wygląda na to, że opium, które obecnie przychodzi ze wschodniego pobrzeża, jest dużo silniejsze niż dawniej. Po pół roku palenia człowiek wygląda jak wcześniej po dwudziestu latach.
To brzmiało ciekawie.
- Zawsze się trafi ktoś, kto na narkotyki lub gorzałę kiepsko reaguje. Kiedyś, kiedy jeszcze piłem, tułałem się z jednym gościem przez dobry miesiąc po gospodach. Jak nam się skończyły pieniądze, umarł w kilka dni. Delirium tremens czy jakoś tak to ten felczer nazwał.
Łasiczka pokręcił głową.
- Książę posłał nas tutaj bezpośrednio na skutek mojego raportu. Przez ostatnie dwa miesiące rozmawiałem może z tysiącem rozmaitych ćpunów. Połowa z nich ledwo już ciągnęła, a wśród nich połowa nie paliła dłużej niż rok.
Czyli że jednak nie była to kwestia kilku gówniarzy chcących zakosztować przyjemności, na które zwyczajnie mieli za słabe organizmy. Ktoś pchał na rynek mocniejszy towar.
- A tak właściwie to co to K. przeszkadza? - spytałem.
Łasiczka dokończył piwo, wstał, sięgnął za drzwi i wyciągnął kolejny dzban owinięty mokrym ręcznikiem. Więcej piwa. Wyglądało na to, że wieczór nie upłynie nam jednak pod znakiem nieugaszonego pragnienia, jak to się z początku zapowiadało.
- Maleją zyski - odpowiedział, kiedy już wygodnie się rozsiadł.
Zyski nic dla mnie nie znaczyły. Odkąd spłaciłem mój dług, złoto przestało mieć dla mnie jakąkolwiek wartość, choć, o ironio, miałem go teraz więcej, niż mi było potrzeba.
- Książę prowadzi na wschodnim pobrzeżu wiele różnorakich interesów.
W to łatwo uwierzyłem. K. był bogatszy, niż większość ludzi potrafiłaby sobie wyobrazić.
- Prawdę powiedziawszy, niektóre z tych przygranicznych księstewek to on praktycznie posiada, w związku z czym jeśli produkt krajowy brutto idzie im w dół, to jemu ubywa z kieszeni.
Spojrzałem na Łasiczkę. Wydawał się zamyślony.
- Nie mam nawet pojęcia, co to jest produkt krajowy brutto - wyznałem.
- Za dużo czasu spędzam z Estalainem… - Pokręcił głową. - To po prostu pieniądze, jakie w ciągu roku zarabia cały kraj. Z danin, z dzierżawy majątków, z wydawanych licencji…
To już rozumiałem. Estalain to był taki nudny, suchy facet od pieniędzy. Też pracował dla K.
- A czemu jest tych pieniędzy mniej?
- Bo coraz więcej i więcej ludzi bierze. I bardzo szybko przestaje im zależeć na czymkolwiek. W ciągu zaledwie kilku miesięcy staczają się na samo dno.
Chwilę się zastanawiałem, ilu ludzi musi zemrzeć albo przynajmniej skończyć w rynsztoku z wypalonym mózgiem, aby to zabolało państwową kasę. Jakakolwiek to była liczba, właśnie z taką, jak widać, mieliśmy do czynienia.
- Ile trwa - zaciekawiłem się - zanim to człowieka ukatrupi?
Piwo w dzbanie w dalszym ciągu było przyjemnie chłodne. Łasiczka potrafił się zorganizować. Z drugiej strony, aż tak strasznie mi nie zależało. Równie dobrze mógłbym popijać ciepłą wodę. Kiedy to sobie uświadomiłem, aż mną wstrząsnęło z zaskoczenia.
- Tak dokładnie to nie wiem, ale rozmawiałem z sześcioma takimi, co dopiero zaczęli palić opium. Będzie z jakieś pięć miesięcy temu. Z tych sześciu trzech już gryzie glebę.
To znaczyło, że pan Łasiczka zajmował się tą sprawą już całkiem długo. Co z kolei znaczyło, że draka była większa, niż myślałem.