Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— W imię Boga! — rzekł — wysłuchaj mnie: czekałem na kogoś, kto nie przychodzi, i umieram z niepokoju. Czy w okolicy zdarzyło się jakieś nieszczęście? Mów.
Okno otworzyło się i ukazała się ta sama twarz, tylko bledsza niż poprzednio.
D’Artagnan opowiedział z prostotą całą historię nie wymieniając jedynie nazwisk. Mówił o tym, że miał się spotkać z młodą kobietą przed pawilonem; widząc, że nie nadchodzi, wdrapał się na lipę i ujrzał w świetle lampy nieład w pokoju.
Starzec słuchał z uwagą, kiwając potakująco głową. Potem, gdy d’Artagnan skończył, zwiesił głowę, a mina jego nie wróżyła nic dobrego.
— Co chcesz powiedzieć? — zawołał d’Artagnan. — Na miłość boską, wyjaśnij mi, o co chodzi.
— Och, panie — rzekł starzec — nie pytaj mnie o nic; biada mi, jeślibym ci powiedział, co widziałem.
— Więc coś widziałeś! — podjął d’Artagnan. — W takim razie mów, na Boga — rzekł rzucając mu pistola — mów, co widziałeś, a daję ci słowo szlachcica, że wszystko, co powiesz, zachowam w tajemnicy.
Starzec wyczytał tyle szczerości i cierpienia na twarzy d’Artagnana, że dał mu znak, żeby słuchał, i rzekł cichym głosem:
— Była mniej więcej dziewiąta, kiedy usłyszałem hałas na ulicy. Chciałem się dowiedzieć, co się dzieje, podszedłem do drzwi i zauważyłem, że ktoś usiłuje wejść. Ponieważ jestem biedny i nie boję się kradzieży, otworzyłem i ujrzałem kilku mężczyzn. W cieniu stała zaprzężona karoca, obok niej wierzchowce. Te konie należały zapewne do trzech mężczyzn, którzy byli w strojach do konnej jazdy.
— Ach, moi zacni panowie — zawołałem — czego chcecie?
— Masz zapewne drabinę? — rzekł jeden z nich, wyglądający na dowódcę.
— Tak, panie, służy mi do zbierania owoców.
— Daj nam drabinę i wracaj do domu, masz talara za fatygę. Pamiętaj jednak, że jeśli piśniesz słowo o tym, co zobaczysz i usłyszysz (ponieważ będziesz patrzył i słuchał, żebyśmy ci nie wiem jak grozili), jesteś zgubiony. Mówiąc te słowa rzucił mi talara, którego podniosłem, i wziął drabinę. W samej rzeczy, ledwie zamknąłem za nimi furtkę w żywopłocie, udałem, że wracam do domu, ale wyszedłem natychmiast tylnymi drzwiami i prześlizgując się w cieniu, doszedłem do krzaka bzu, skąd mogłem widzieć wszystko nie będąc widziany. Trzej mężczyźni kazali podjechać cicho karocy, wyciągnęli z niej małego, grubego i siwego człowieczka odzianego ubogo w ciemne suknie, który wszedł ostrożnie na drabinę, zajrzał do pokoju, zszedł cichutko i szepnął:
— To ona.
Natychmiast ten, co ze mną rozmawiał, zbliżył się do drzwi pawilonu, otworzył je kluczem, który miał przy sobie, zamknął drzwi i znikł; jednocześnie dwaj inni weszli na górę po drabinie. Mały grubas pozostał przy drzwiczkach karocy, woźnica siedział na koźle, a służący trzymał wierzchowce za uzdy. Nagle głośne krzyki rozległy się w pawilonie, jakaś kobieta podbiegła do okna i otworzyła je, jak gdyby chciała wyskoczyć. Ale ledwo zobaczyła dwóch mężczyzn, rzuciła się do tyłu; tamci dwaj skoczyli do środka.
Potem nic już nie widziałem, słyszałem tylko trzask łamanych mebli. Kobieta krzyczała i wzywała pomocy. Ale wkrótce jej krzyki ucichły; trzej mężczyźni zbliżyli się do okna niosąc kobietę w ramionach; dwaj zeszli po drabinie i zanieśli ją do karocy, dokąd mały grubas wszedł za nią. Ten, który został w pawilonie, zamknął okno, wyszedł po chwili przez drzwi i upewnił się, że kobieta jest w karocy; dwaj towarzysze czekali już na koniach. Wskoczył na siodło, służący usiadł obok woźnicy; karoca oddaliła się galopem pod eskortą trzech jeźdźców i wszystko było skończone. Od tej chwili nic nie widziałem, nic nie słyszałem.
D’Artagnan, zdruzgotany tą straszliwą nowiną, stał nieruchomy i niemy, a wszystkie demony gniewu i zazdrości wyły w jego sercu.
— Ale, mój szlachetny panie — rzekł starzec, na którym ta niema rozpacz wywarła zapewne większe wrażenie, niż uczyniłyby to krzyki i łzy — nie upadaj na duchu, przecież ci jej nie zabili, a to jest najważniejsze.
— Czy wiesz — rzekł d’Artagnan — kim jest człowiek, co stał na czele tej pięknej wyprawy?
— Nie znam go.
— Ale skoro z tobą mówił, mogłeś go widzieć.
— Ach, pan żąda ode mnie opisu?
— Tak.
— Wysoki, szczupły, o smagłej cerze, czarny wąs, czarne oko, postawa szlachcica.
— To on! — zawołał d’Artagnan. — Znowu on! Wiecznie on! To chyba mój demon! A drugi?
— Który?
— Ten mały.
— Och, to żaden pan, jestem tego pewien; zresztą nie miał szpady i tamci traktowali go bez żadnego szacunku.
— Jakiś służący — mruknął d’Artagnan. — Ach, biedna, biedna kobieta! Co z nią zrobili?
— Przyrzekł mi pan dochować tajemnicy — rzekł starzec.
— I ponawiam moją obietnicę raz jeszcze. Szlachcic nie ma nic prócz honoru, a ja dałem ci słowo.
D’Artagnan z rozpaczą w duszy skierował się ku promowi. Chwilami nie mógł uwierzyć, że to była pani Bonacieux, i miał nadzieję, że nazajutrz odnajdzie ją w Luwrze, to znów obawiał się intrygi miłosnej z kim innym, kto uprowadził ją powodowany zazdrością. Gubił się w domysłach, trapił się, rozpaczał.
— Ach, gdybyż tu byli moi przyjaciele! — zawołał. — Miałbym przynajmniej jakąś nadzieję, że ją znajdę, ale kto wie, co się z nimi samymi stało!
Była mniej więcej północ, trzeba było znaleźć Plancheta. D’Artagnan pukał do wszystkich szynków, w których zauważył światło, ale w żadnym go nie znalazł.
W szóstym z kolei pomyślał sobie, że to, co czyni, nie ma wielkiego sensu. Kazał przyjść służącemu o szóstej rano i do tego czasu Planchet miał prawo rozporządzania swoją osobą.
Poza tym młodemu człowiekowi przyszło na myśl, że pozostając blisko miejsca, gdzie dokonano porwania, może dowie się czegoś o tajemniczej sprawie, W szóstym więc szynku, jak powiedzieliśmy, zatrzymał się, zamówił butelkę najlepszego wina, usiadł w najciemniejszym kącie i postanowił tak czekać do rana; ale i tym razem zawiodły go nadzieje i choć nastawiał uszu, wśród przekleństw, obelg i wymyślań, jakie wymieniali między sobą robotnicy, służba i obieżyświaty — zacna kompania zgromadzona w gospodzie — nie usłyszał nic, co mogłoby go naprowadzić na trop nieszczęsnej kobiety. Toteż kiedy już wypił swoją butelkę, nie miał nic lepszego do roboty (a nie chciał budzić podejrzeń), niż umieścić się możliwie najwygodniej i zdrzemnąć się trochę. D’Artagnan, jak pamiętamy, miał dwadzieścia lat, a w tym wieku sen ma swe niewzruszone prawa i potężnie tych praw dochodzi, nawet jeśli serce jest zatroskane.
Około szóstej nad ranem d’Artagnan obudził się czując się kiepsko, jak to zazwyczaj się zdarza po źle spędzonej nocy. Nie trzeba mu było dużo czasu, żeby się ogarnąć: sprawdził, czy nie skorzystano z jego snu, by go okraść, i znalazłszy diament na palcu, sakiewkę w kieszeni, a pistolety za pasem, wstał, zapłacił za wino i wyszedł, by się przekonać, czy nie poszczęści mu się bardziej ze znalezieniem służącego w dzień niż w nocy. Poprzez wilgotną i szarawą mgłę od razu ujrzał zacnego Plancheta: trzymając dwa konie za uzdy czekał przy drzwiach szyneczku wątpliwego autoramentu, obok którego d’Artagnan przechodził nie podejrzewając nawet jego istnienia.
Rozdział XXV
PORTOS
Zamiast udać się od razu do domu, d’Artagnan pośpieszył wpierw do pałacu pana de Tréville i szybko wszedł na schody. Tym razem postanowił opowiedzieć mu wszystko, co się zdarzyło. Bez wątpienia pan de Tréville udzieli mu dobrej rady; poza tym kapitan niemal co dzień widywał królową i mógłby od Jej Królewskiej Mości dowiedzieć się czegoś o nieszczęsnej kobiecie, która tak drogo zapłaciła za wierność swej pani.