Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Tymczasem d’Artagnan skręciwszy w boczną ścieżkę szedł dalej i wkrótce znalazł się w Saint-Cloud; ale zamiast główną ulicą, ruszył pustą uliczką za pałacem i za chwilę był już naprzeciw oznaczonego pawilonu, w zupełnym pustkowiu. Ów pawilon znajdował się na rogu wielkiego muru wznoszącego się z jednej strony uliczki; z drugiej żywopłot bronił przechodniom wstępu do niewielkiego ogródka z nędzną chałupką w głębi.
Tak więc przybył na spotkanie, a ponieważ nie kazano mu oznajmiać o swym przybyciu żadnym sygnałem, czekał.
Panowała głęboka cisza; zdawało się, że Saint-Cloud jest oddalone o sto mil od stolicy. D’Artagnan oparł się o żywopłot, rzuciwszy wpierw okiem za siebie.
Za żywopłotem, ogródkiem i chatą ciemna mgła spowijała ogromną przestrzeń, na której rozciągał się Paryż, pustą, szeroką przestrzeń, gdzie świeci kilka jasnych punktów, smutnych gwiazd tego piekła.
Ale d’Artagnan widział wszystko w różowych barwach, każda myśl zdawała się doń uśmiechać, ciemności były przejrzyste. Za chwilę miała wybić godzina spotkania.
Rzeczywiście, po kilku minutach z grzmiącej i szerokiej paszczy dzwonu w Saint-Cloud wydobyło się powoli dziesięć uderzeń.
W tym spiżowym głosie było coś ponurego, skarga zabrzmiała w nocnych ciemnościach.
Oczy d’Artagnana były utkwione w małym pawilonie znajdującym się na rogu muru; wszystkie jego okna, oprócz okna na pierwszym piętrze, zasłaniały okiennice.
W tym oknie migotało łagodne światło srebrząc drżące listowie kilku lip rosnących tuż za murem. Zapewne za tym wdzięcznie oświetlonym oknem czekała pani Bonacieux.
Ukołysany tą słodką myślą d’Artagnan czekał pół godziny bez najmniejszej niecierpliwości, nie spuszczając oka z czarującego pokoju, którego sufit ze złoconym gzymsem, mówiącym o elegancji całego wnętrza, mógł jedynie dostrzec.
Dzwon w Saint-Cloud wydzwonił wpół do jedenastej.
Tym razem d’Artagnana przebiegł dreszcz, choć sam nie wiedział dlaczego. Być może poczuł chłód i brał za doznanie psychiczne wrażenie bez wątpienia fizyczne.
Potem przyszło mu na myśl, że źle przeczytał list i spotkanie było wyznaczone dopiero na jedenastą.
Zbliżył się do okna, stanął tak, by padało na niego światło, wyjął list z kieszeni i przeczytał; jednak nie omylił się, spotkanie było wyznaczone na dziesiątą.
Wrócił na swoje miejsce dość zaniepokojony tą ciszą i samotnością. Wybiła jedenasta.
D’Artagnan poczuł naprawdę obawę, czy coś się nie przydarzyło pani Bonacieux.
Klasnął trzykrotnie w dłonie, zwykły sygnał zakochanych; nikt mu nie odpowiedział, nawet echo.
Potem pomyślał z niejaką goryczą, że młoda kobieta zasnęła czekając na niego.
Zbliżył się do muru i spróbował się wspiąć; ale mur był świeżo otynkowany i d’Artagnan daremnie łamał sobie paznokcie.
W tej chwili spojrzał na drzewa, których liście wciąż srebrzyło światło; jedno z nich pochylało się nad drogą; pomyślał, że spośród gałęzi będzie mógł zajrzeć do wnętrza pawilonu.
Wdrapać się na to drzewo nie było rzeczą trudną. D’Artagnan miał zaledwie dwadzieścia lat i dość dobrze pamiętał chłopięce czasy. W mgnieniu oka znalazł się na drzewie i przez przejrzyste szyby zajrzał do wnętrza pawilonu.
Zadrżał od stóp do głów: to łagodne światło, ten spokojny blask ukazywał scenę pełną przerażającego nieładu; jedna szyba była stłuczona, wybite i na wpół złamane drzwi wisiały na zawiasach; stół, zastawiony zapewne wykwintną wieczerzą, był przewrócony, odłamki butelek i rozdeptane owoce zaścielały podłogę; wszystko mówiło o tym, że w pokoju toczyła się gwałtowna i rozpaczliwa walka. D’Artagnanowi wydało się nawet, że w tym dziwacznym pomieszaniu przedmiotów rozróżnia strzępy ubrania; kilka krwawych plam znaczyło obrus i firanki.
Z największym pośpiechem zszedł na ulicę; serce biło mu jak młotem, chciał sprawdzić, czy nie znajdzie innych śladów gwałtu.
Łagodne światełko płonęło wciąż w ciszy nocnej. D’Artagnan dostrzegł wówczas, na co nie zwrócił uwagi przedtem, ponieważ nic go do tego nie skłaniało, że na ziemi widać pomieszane ślady stóp ludzi i koni. Poza tym koła powozu, który przybył chyba z Paryża, pozostawiły w miękkiej ziemi głębokie bruzdy biegnące w stronę pawilonu i zawracające potem do Paryża.
Wreszcie d’Artagnan szukając dalej znalazł przy murze rozdartą damską rękawiczkę. Była to jedna z tych uperfumowanych rękawiczek, które kochankowie tak lubią zdejmować z pięknej dłoni, nieskazitelnie świeża, prócz kilku miejsc, gdzie zatknęła się z błotem.
W miarę jak d’Artagnan czynił dalsze poszukiwania, pot coraz obfitszy i zimniejszy pokrywał jego czoło, oddychał nierówno i przerywanie, a serce ściskała straszliwa obawa; jednak pocieszał się powtarzając sobie, że może ten pawilon nie ma nic wspólnego z panią Bonacieux, że młoda kobieta wyznaczyła mu spotkanie przed pawilonem, a nie wewnątrz, i że mogła ją zatrzymać w Paryżu służba czy zazdrość męża.
Lecz uczucie bólu ogarniające nas w pewnych okolicznościach bez reszty i wołające wielkim głosem, każdą cząstką naszego ciała i duszy, że nieszczęście zawisło nad nami, rozbiło, zdruzgotało, obróciło wniwecz to rozumowanie.
Wówczas d’Artagnana ogarnęło niemal szaleństwo: wybiegł na główny trakt i tą samą drogą, którą przyszedł, pośpieszył w stronę promu, by wypytać przewoźnika.
O siódmej wieczór przewoźnik przeprawił przez rzekę kobietę otuloną w czarny płaszcz; zdawało się, że zależy jej niezmiernie na tym, by nie zostać rozpoznaną, ale właśnie z tego powodu wzbudziła zainteresowanie przewoźnika, który stwierdził, że jest ona młoda i ładna.
W owych czasach, tak samo jak dzisiaj, wiele ładnych i młodych kobiet udawało się do Saint-Cloud i żadna z nich nie chciała być rozpoznana, d’Artagnan nie wątpił jednak ani przez chwilę, że była to pani Bonacieux.
Skorzystał ze światła lampy palącej się w chatce przewoźnika, by przeczytać raz jeszcze bilet pani Bonacieux i stwierdzić, że się nie omylił, że spotkanie było wyznaczone w Saint-Cloud, a nie gdzie indziej, przed pawilonem pana d’Estrées, nie zaś na innej ulicy.
Wszystko dowodziło, że przeczucia go nie zmyliły i że stało się wielkie nieszczęście.
Pobiegł z powrotem w stronę pałacu; zdawało mu się, że podczas jego nieobecności zdarzyło się może co nowego w pawilonie i że tam znajdzie wyjaśnienie.
Uliczka była wciąż pusta i to samo spokojne i łagodne światło padało z okna.
D’Artagnan przypomniał sobie wtedy niemą i ślepą chatkę, która na pewno coś widziała i chyba coś nawet mogłaby powiedzieć.
Furtka była zamknięta, ale przeskoczył przez żywopłot i mimo szczekania psa łańcuchowego zbliżył się do chatki.
Na jego pukanie nikt nie odpowiedział. Śmiertelna cisza panowała tu tak samo, jak w pawilonie; nie ustępował jednakże, ta chatka była jego ostatnią nadzieją.
Wkrótce wydało mu się, że dobiegają go jakieś odgłosy z wewnątrz, ale bardzo stłumione, jak gdyby ktoś się obawiał, że zostanie usłyszany.
Wtedy d’Artagnan przestał pukać i zaczął prosić, ale głosem tak pełnym niepokoju, obietnic, lęku i serdeczności, że mógł dodać ducha najbardziej bojaźliwemu człowiekowi. Wreszcie stara, spróchniała okiennica otworzyła się lub raczej na wpół wypadła z okna i zamknęła się natychmiast, gdy tylko światło nędznej lampy, płonącej w kącie, padło na pendent, gardę szpady i kolby pistoletów d’Artagnana. Jakkolwiek wszystko to stało się w mgnieniu oka, d’Artagnan zdołał ujrzeć głowę starca.