Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Proszę, jeszcze jeden dowód! De Wardes, człowiek kardynała, krewniak Rocheforta. Posłuchaj, przyjacielu, mam pomysł.
— Powiedz, panie.
— Na twoim miejscu tak postąpiłbym...
— Jak?
— Podczas gdy Jego Eminencja szukałby mnie w Paryżu, wyruszyłbym po cichu do Pikardii, by zasięgnąć języka o swoich trzech towarzyszach. Tam do licha, zasługują przecie na odrobinę uwagi z twej strony.
— Rada jest dobra, panie, jutro jadę.
— Jutro! A dlaczego nie dziś wieczór?
— Dziś wieczór, panie, zatrzymuje mnie w Paryżu ważna sprawa.
— Ach, młodzieńcze, młodzieńcze! Jakaś miłostka? Miej się na baczności, powtarzam: to kobieta zgubiła nas wszystkich i gubić nas będzie po wieki. Usłuchaj mnie, jedź dziś wieczór.
— Niemożliwe, panie.
— Dałeś słowo?
— Tak, panie.
— W takim razie to co innego, ale przyrzeknij mi, że jeśli nie zostaniesz zabity tej nocy, wyjedziesz jutro.
— Przyrzekam.
— Czy trzeba ci pieniędzy?
— Mam jeszcze pięćdziesiąt pistoli. To akurat tyle, ile mi trzeba.
— A twoi towarzysze?
— Myślę, że i im nie brak pieniędzy. Wyjechaliśmy z Paryża każdy z siedemdziesięcioma pięcioma pistolami w kieszeni.
— Czy zobaczę cię przed twoim wyjazdem?
— Nie sądzę, panie, chyba że zdarzyłoby się coś nowego.
— A zatem szczęśliwej podróży!
— Dziękuję panu.
D’Artagnan pożegnał pana de Tréville, wzruszony bardziej niż kiedykolwiek jego ojcowską troską o muszkieterów.
Udał się kolejno do Atosa, Portosa i Aramisa. Żaden z nich nie wrócił do domu. Ich służący również byli nieobecni i nie otrzymano żadnej wiadomości ni o jednych, ni o drugich. Mógłby dowiedzieć się czegoś od ich kochanek, ale nie znał ani kochanki Portosa, ani Aramisa, Atos zaś nie miał kochanki.
Przechodząc obok pałacu gwardii zajrzał do stajni: były tam już trzy konie z darowanych czterech. Osłupiały ze zdumienia Planchet czyścił je właśnie; zabierał się do trzeciego konia.
— Ach, panie — rzekł Planchet patrząc na d’Artagnana — jakże się cieszę, że pana widzę!
— A to dlaczego? — zapytał młody człowiek.
— Czy ufa pan imć panu Bonacieux, naszemu gospodarzowi?
— Ja? Ani trochę.
— I słusznie, panie.
— Ale dlaczego mnie o to pytasz?
— Obserwowałem go, kiedy rozmawiał z panem, nie słuchając waszej rozmowy: panie, twarz jego zmieniła barwę dwa albo trzy razy.
— I cóż z tego?
— Pan tego nie zauważył zajęty listem, ale ja zauważyłem, dziwny bowiem sposób, w jaki list dostał się do domu, obudził we mnie podejrzliwość i nie spuszczałem ani przez chwilę z oka fizjonomii gospodarza.
— I jaka ci się wydała?
— Zdradziecka, panie.
— Doprawdy?
— Poza tym, kiedy pan odszedł i znikł za rogiem ulicy, pan Bonacieux wziął kapelusz, zamknął drzwi i pobiegł w przeciwną stronę.
— W samej rzeczy, masz słuszność, mój drogi, to wydaje mi się dość szczególne; ale bądź spokojny, nie zapłacimy mu ani grosza, póki wszystko nie zostanie dokładnie wyjaśnione.
— Pan sobie żartuje, ale pan jeszcze zobaczy.
— No cóż, co się ma stać, to się stanie.
— Więc pan się nie wyrzeka wieczornej przechadzki?
— Wprost przeciwnie, Planchet, im bardziej mam na pieńku z panem Bonacieux, tym chętniej pójdę na spotkanie, które przyrzeka mi list tak ciebie niepokojący.
— Więc pan już postanowił...
— Nieodwołalnie, mój przyjacielu; a zatem o dziewiątej bądź tu gotów, przyjdę po ciebie.
Planchet widząc, że nie ma sposobu, by odwieść pana od jego zamiaru, westchnął głęboko i zaczął czyścić trzeciego konia.
Natomiast d’Artagnan, w gruncie rzeczy chłopiec bardzo ostrożny, zamiast wrócić do domu, udał się na obiad do owego gaskońskiego księdza, który, gdy czterej przyjaciele znajdowali się w tarapatach, zaprosił ich na czekoladę.
Rozdział XXIV
PAWILON
O godzinie siódmej d’Artagnan był w pałacu gwardii; Plancheta zastał w pogotowiu. Czwarty koń przybył już na miejsce.
Planchet był uzbrojony w muszkiet i pistolet.
D’Artagnan miał u boku szpadę i zatknął za pas dwa pistolety; obaj dosiedli koni i wyjechali po cichu. Noc była ciemna i nikt ich nie widział. Planchet jechał za panem w odległości dziesięciu kroków.
D’Artagnan przeciął bulwary nadbrzeżne, wyjechał przez bramę Conférence[*] i skierował się do Saint-Cloud drogą piękniejszą podówczas niż dzisiaj.
Jak długo byli w mieście, Planchet z szacunku przestrzegał dystansu dzielącego go od pana, ale kiedy droga stała się bardziej pusta i ciemna, przybliżył się powoli: w Lasku Bulońskim jechał już u boku d’Artagnana. Nie powinniśmy bowiem ukrywać, że kołysanie się wielkich drzew i księżycowe światło padające na ciemne krzaki napawały go żywym niepokojem. D’Artagnan zauważył, że z jego służącym dzieje się coś niezwykłego.
— Hola, mości Planchet — zapytał — co tobie?
— Czy nie uważa pan, proszę pana, że lasy są jak kościoły?
— A to dlaczego, mój Planchet?
— Dlatego, że ani tu, ani tam nikt nie waży się głośno mówić.
— Dlaczego nie mówisz głośno? Boisz się?
— Boję się, żeby mnie nie usłyszano, panie.
— Żeby cię nie usłyszano! Przecież w naszej rozmowie nie ma nic zdrożnego i nikt nie miałby jej nic do zarzucenia.
— Ach, panie — rzekł Planchet wracając do myśli, która wciąż nie dawała mu spokoju — ten pan Bonacieux ma coś ponurego w brwiach i taki niemiły grymas ust.
— Po kiego licha myślisz o panu Bonacieux?
— Panie, człowiek myśli o tym, o czym musi myśleć, a nie o tym, na co ma ochotę.
— Bo jesteś tchórzem, Planchet.
— Panie, nie mieszajmy przezorności z tchórzostwem; przezorność jest cnotą.
— A ty jesteś cnotliwy, prawda, Planchet?
— Panie, czy to nie lufa muszkietu błyszczy tam w dali? A może byśmy pochylili głowy?
— Do kroćset — mruknął d’Artagnan, któremu przyszły na pamięć zalecenia pana de Tréville — do kroćset, to bydlę doprowadzi mnie w końcu do strachu.
I ruszył kłusem naprzód.
Planchet poszedł w ślady swego pana, jak gdyby był jego cieniem, i kłusował obok niego.
— Czy będziemy tak jechać przez całą noc, proszę pana? — zapytał.
— Nie, Planchet, ponieważ ty jesteś już na miejscu.
— Jak to ja jestem na miejscu? A pan?
— Ja pojadę jeszcze kilka kroków.
— I zostawi mnie pan tu samego?
— Boisz się, Planchet?
— Nie, ale chciałbym zwrócić panu uwagę na fakt, że noc będzie bardzo zimna, że chłód rodzi reumatyzm, a służący cierpiący na reumatyzm jest żałosnym służącym, zwłaszcza dla kogoś tak gorącego jak pan.
— Dobrze więc, Planchet, skoro jest ci zimno, idź do gospody, jednej z tych, które tam widzisz, i jutro o szóstej rano czekaj na mnie przed drzwiami.
— Panie, przepiłem już i przejadłem, uczciwszy pana, talara, którego dałeś mi dziś rano; nie mam teraz przy duszy ani złamanego szeląga, by pokrzepić się na wypadek zimna.
— Oto masz pół pistola. Do jutra.
D’Artagnan zsiadł z konia, rzucił lejce Planchetowi i ruszył szybko, owijając się w płaszcz.
— Boże, jak mi zimno! — zawołał Planchet, zaledwie stracił pana z oczu, a ponieważ śpieszyło mu się do rozgrzewki, co szybciej zapukał do drzwi domu ozdobionego godłami gospody podmiejskiej.