Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Trzej muszkieterowie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Trzej muszkieterowie

Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:

Najsłynniejsza powieść Aleksandra Dumasa ojca, której akcja toczy się w XVII wieku za panowania Ludwika XIII. Bohater książki, ubogi gaskoński szlachcic d’Artagnan i jego trzej przyjaciele: Atos, Portos i Aramis przeżywają mnóstwo zaskakujących przygód w świecie pełnym intryg, pojedynków, zdrad, miłosnych namiętności... Ze wszystkich opresji wychodzą obronną ręką, bowiem postępują wedle skutecznej zasady: “Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.
1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 167
Перейти на страницу:

— Proszę, jeszcze jeden dowód! De Wardes, człowiek kardynała, krewniak Rocheforta. Posłuchaj, przyjacielu, mam pomysł.

— Powiedz, panie.

— Na twoim miejscu tak postąpiłbym...

— Jak?

— Podczas gdy Jego Eminencja szukałby mnie w Paryżu, wyruszyłbym po cichu do Pikardii, by zasięgnąć języka o swoich trzech towarzyszach. Tam do licha, zasługują przecie na odrobinę uwagi z twej strony.

— Rada jest dobra, panie, jutro jadę.

— Jutro! A dlaczego nie dziś wieczór?

— Dziś wieczór, panie, zatrzymuje mnie w Paryżu ważna sprawa.

— Ach, młodzieńcze, młodzieńcze! Jakaś miłostka? Miej się na baczności, powtarzam: to kobieta zgubiła nas wszystkich i gubić nas będzie po wieki. Usłuchaj mnie, jedź dziś wieczór.

— Niemożliwe, panie.

— Dałeś słowo?

— Tak, panie.

— W takim razie to co innego, ale przyrzeknij mi, że jeśli nie zostaniesz zabity tej nocy, wyjedziesz jutro.

— Przyrzekam.

— Czy trzeba ci pieniędzy?

— Mam jeszcze pięćdziesiąt pistoli. To akurat tyle, ile mi trzeba.

— A twoi towarzysze?

— Myślę, że i im nie brak pieniędzy. Wyjechaliśmy z Paryża każdy z siedemdziesięcioma pięcioma pistolami w kieszeni.

— Czy zobaczę cię przed twoim wyjazdem?

— Nie sądzę, panie, chyba że zdarzyłoby się coś nowego.

— A zatem szczęśliwej podróży!

— Dziękuję panu.

D’Artagnan pożegnał pana de Tréville, wzruszony bardziej niż kiedykolwiek jego ojcowską troską o muszkieterów.

Udał się kolejno do Atosa, Portosa i Aramisa. Żaden z nich nie wrócił do domu. Ich służący również byli nieobecni i nie otrzymano żadnej wiadomości ni o jednych, ni o drugich. Mógłby dowiedzieć się czegoś od ich kochanek, ale nie znał ani kochanki Portosa, ani Aramisa, Atos zaś nie miał kochanki.

Przechodząc obok pałacu gwardii zajrzał do stajni: były tam już trzy konie z darowanych czterech. Osłupiały ze zdumienia Planchet czyścił je właśnie; zabierał się do trzeciego konia.

— Ach, panie — rzekł Planchet patrząc na d’Artagnana — jakże się cieszę, że pana widzę!

— A to dlaczego? — zapytał młody człowiek.

— Czy ufa pan imć panu Bonacieux, naszemu gospodarzowi?

— Ja? Ani trochę.

— I słusznie, panie.

— Ale dlaczego mnie o to pytasz?

— Obserwowałem go, kiedy rozmawiał z panem, nie słuchając waszej rozmowy: panie, twarz jego zmieniła barwę dwa albo trzy razy.

— I cóż z tego?

— Pan tego nie zauważył zajęty listem, ale ja zauważyłem, dziwny bowiem sposób, w jaki list dostał się do domu, obudził we mnie podejrzliwość i nie spuszczałem ani przez chwilę z oka fizjonomii gospodarza.

— I jaka ci się wydała?

— Zdradziecka, panie.

— Doprawdy?

— Poza tym, kiedy pan odszedł i znikł za rogiem ulicy, pan Bonacieux wziął kapelusz, zamknął drzwi i pobiegł w przeciwną stronę.

— W samej rzeczy, masz słuszność, mój drogi, to wydaje mi się dość szczególne; ale bądź spokojny, nie zapłacimy mu ani grosza, póki wszystko nie zostanie dokładnie wyjaśnione.

— Pan sobie żartuje, ale pan jeszcze zobaczy.

— No cóż, co się ma stać, to się stanie.

— Więc pan się nie wyrzeka wieczornej przechadzki?

— Wprost przeciwnie, Planchet, im bardziej mam na pieńku z panem Bonacieux, tym chętniej pójdę na spotkanie, które przyrzeka mi list tak ciebie niepokojący.

— Więc pan już postanowił...

— Nieodwołalnie, mój przyjacielu; a zatem o dziewiątej bądź tu gotów, przyjdę po ciebie.

Planchet widząc, że nie ma sposobu, by odwieść pana od jego zamiaru, westchnął głęboko i zaczął czyścić trzeciego konia.

Natomiast d’Artagnan, w gruncie rzeczy chłopiec bardzo ostrożny, zamiast wrócić do domu, udał się na obiad do owego gaskońskiego księdza, który, gdy czterej przyjaciele znajdowali się w tarapatach, zaprosił ich na czekoladę.

Rozdział XXIV

PAWILON

O godzinie siódmej d’Artagnan był w pałacu gwardii; Plancheta zastał w pogotowiu. Czwarty koń przybył już na miejsce.

Planchet był uzbrojony w muszkiet i pistolet.

D’Artagnan miał u boku szpadę i zatknął za pas dwa pistolety; obaj dosiedli koni i wyjechali po cichu. Noc była ciemna i nikt ich nie widział. Planchet jechał za panem w odległości dziesięciu kroków.

D’Artagnan przeciął bulwary nadbrzeżne, wyjechał przez bramę Conférence[*] i skierował się do Saint-Cloud drogą piękniejszą podówczas niż dzisiaj.

Jak długo byli w mieście, Planchet z szacunku przestrzegał dystansu dzielącego go od pana, ale kiedy droga stała się bardziej pusta i ciemna, przybliżył się powoli: w Lasku Bulońskim jechał już u boku d’Artagnana. Nie powinniśmy bowiem ukrywać, że kołysanie się wielkich drzew i księżycowe światło padające na ciemne krzaki napawały go żywym niepokojem. D’Artagnan zauważył, że z jego służącym dzieje się coś niezwykłego.

— Hola, mości Planchet — zapytał — co tobie?

— Czy nie uważa pan, proszę pana, że lasy są jak kościoły?

— A to dlaczego, mój Planchet?

— Dlatego, że ani tu, ani tam nikt nie waży się głośno mówić.

— Dlaczego nie mówisz głośno? Boisz się?

— Boję się, żeby mnie nie usłyszano, panie.

— Żeby cię nie usłyszano! Przecież w naszej rozmowie nie ma nic zdrożnego i nikt nie miałby jej nic do zarzucenia.

— Ach, panie — rzekł Planchet wracając do myśli, która wciąż nie dawała mu spokoju — ten pan Bonacieux ma coś ponurego w brwiach i taki niemiły grymas ust.

— Po kiego licha myślisz o panu Bonacieux?

— Panie, człowiek myśli o tym, o czym musi myśleć, a nie o tym, na co ma ochotę.

— Bo jesteś tchórzem, Planchet.

— Panie, nie mieszajmy przezorności z tchórzostwem; przezorność jest cnotą.

— A ty jesteś cnotliwy, prawda, Planchet?

— Panie, czy to nie lufa muszkietu błyszczy tam w dali? A może byśmy pochylili głowy?

— Do kroćset — mruknął d’Artagnan, któremu przyszły na pamięć zalecenia pana de Tréville — do kroćset, to bydlę doprowadzi mnie w końcu do strachu.

I ruszył kłusem naprzód.

Planchet poszedł w ślady swego pana, jak gdyby był jego cieniem, i kłusował obok niego.

— Czy będziemy tak jechać przez całą noc, proszę pana? — zapytał.

— Nie, Planchet, ponieważ ty jesteś już na miejscu.

— Jak to ja jestem na miejscu? A pan?

— Ja pojadę jeszcze kilka kroków.

— I zostawi mnie pan tu samego?

— Boisz się, Planchet?

— Nie, ale chciałbym zwrócić panu uwagę na fakt, że noc będzie bardzo zimna, że chłód rodzi reumatyzm, a służący cierpiący na reumatyzm jest żałosnym służącym, zwłaszcza dla kogoś tak gorącego jak pan.

— Dobrze więc, Planchet, skoro jest ci zimno, idź do gospody, jednej z tych, które tam widzisz, i jutro o szóstej rano czekaj na mnie przed drzwiami.

— Panie, przepiłem już i przejadłem, uczciwszy pana, talara, którego dałeś mi dziś rano; nie mam teraz przy duszy ani złamanego szeląga, by pokrzepić się na wypadek zimna.

— Oto masz pół pistola. Do jutra.

D’Artagnan zsiadł z konia, rzucił lejce Planchetowi i ruszył szybko, owijając się w płaszcz.

— Boże, jak mi zimno! — zawołał Planchet, zaledwie stracił pana z oczu, a ponieważ śpieszyło mu się do rozgrzewki, co szybciej zapukał do drzwi domu ozdobionego godłami gospody podmiejskiej.

1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 167
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)