Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Skinął głową.
— Rozumiem. Zapakuję to wszystko do tornistra.
Odwrócił się od drzwi i ruszył do kuchni.
Pognałem do palarni. Nebogipfel już założył szkolną czapkę. Zebrał swoje notatki i wsuwał je do tekturowej teczki. Filby — biedny staruszek! — klęczał pod ramą okienną. Przycisnął kolana do zapadłej piersi i zakrył twarz rękoma, jakby przyjął obronną pozycję boksera.
Uklęknąłem przed nim.
— Filby, stary przyjacielu... — Wyciągnąłem do niego rękę, ale odsunął się ode mnie. — Musisz z nami pójść. Tu nie jest bezpiecznie.
— Bezpiecznie? A z wami będzie bezpieczniej? Ty... magiku, ty szarlatanie. — Jego oczy, załzawione od kurzu, błyszczały jak okienne szyby i obrzucił mnie tymi słowami, jakby to była najcięższa obelga, jaką można sobie wyobrazić. — Pamiętam cię... kiedy przestraszyłeś nas wszystkich na śmierć tą swoją upiorną sztuczką, w tamto Boże Narodzenie. Nie dam się oszukać po raz drugi!
Powstrzymałem się, by nim nie potrząsnąć.
— Pomyśl logicznie, człowieku! Podróżowanie w czasie to nie żadna sztuczka... i na pewno nie jest nią też ta wasza zażarta wojna!
Poczułem dotyk na ramieniu. To była ręka Nebogipfela; jego blade palce wydawały się jarzyć w odpryskach światła wpadającego przez okno.
— Nie możemy mu pomóc — powiedział łagodnie.
Filby ukrył głowę w drżących rękach poznaczonych wątrobowymi plamami i byłem przekonany, że już mnie nie słyszy.
— Przecież nie możemy go tak zostawić!
— A co zrobisz? Sprowadzisz go z powrotem do roku 1891? 1891 rok, ten który pamiętasz, już nawet nie istnieje... może jedynie w jakimś nieosiągalnym wymiarze.
Do palarni wpadł Moses z małym, wypchanym plecakiem w ręku. Założył epolety i do pasa miał przypiętą maskę przeciwgazową.
— Jestem gotowy — wysapał. Nebogipfel i ja nie odpowiedzieliśmy od razu i Moses po kolei na nas spojrzał. — o co chodzi? Na co czekacie?
Wyciągnąłem rękę i uścisnąłem ramię Filby’ego. Przynajmniej nie wzbraniał się i uznałem to za ostatnią, szczątkową oznakę przyjaźni między nami.
Już nigdy więcej go nie widziałem.
Wyjrzeliśmy na ulicę. Zgodnie z moimi wspomnieniami była to względnie spokojna część Londynu, ale dzisiaj ludzie tłoczyli się na Queen’s Gate Terrace, biegając, potykając się i wpadając na siebie. Mężczyźni i kobiety po prostu wylewali się z domów i miejsc pracy. Większość z nich nosiła maski przeciwgazowe, ale na twarzach, które zdołałem dojrzeć, zobaczyłem ból, cierpienie i strach.
Wszędzie widać było dzieci — przeważnie w szarawych mundurkach szkolnych, z małymi maskami przeciwgazowymi dopasowanymi do twarzy — gdyż szkoły najwidoczniej pozamykano. Dzieci włóczyły się po ulicy, wołając rodziców. Wyobraziłem sobie udrękę matki szukającej dziecka w olbrzymim mrowisku, którym stał się Londyn i wzdrygnąłem się na tę myśl.
Niektórzy ludzie dźwigali atrybuty roboczego dnia: aktówki i torebki, znajome i bezużyteczne, a inni już zapakowali swój dobytek i nieśli go w wypchanych walizach lub tobołkach sporządzonych z zasłon i prześcieradeł. Zobaczyliśmy jednego chudego, energicznego człowieka, który potykał się, pchając ogromny kredens kuchenny wypełniony bez wątpienia cennymi przedmiotami i wsparty na kierownicy oraz siodełku roweru. Koło roweru obijało się o plecy i nogi ludzi idących przed nim.
— Dalej! Naprzód! — wołał ten człowiek.
Nie dostrzegłem żadnych przedstawicieli władz, nikt nie panował nad tym chaosem. Jeżeli byli tam policjanci lub żołnierze, musieli zostać zasypani lub zdarli odznaki i przyłączyli się do tłumu. Jakiś człowiek w mundurze Armii Zbawienia stał na schodach i wrzeszczał:
— Wieczność! Wieczność!
— Proszę spojrzeć. — Moses wskazał ręką. — Wyrwa w kopule biegnie w kierunku wschodnim, ku Stepney. To tyle, jeżeli chodzi o niezniszczalność tej cudownej kopuły!
Miał rację. Wyglądało to tak, jakby potwornie silna bomba zrobiła olbrzymią dziurę w betonowej skorupie, blisko horyzontu na wschodzie. Ponad tym głównym uszkodzeniem kopuła pękła niczym skorupka jajka i widać było wielką, koślawą wstęgę błękitnego nieba, która ciągnęła się aż do punktu znajdującego się bezpośrednio nad moją głową. Dostrzegłem, że to jeszcze nie koniec, gdyż gruzy — niektóre wielkości domów — spadały na cały ten obszar miasta, i wiedziałem, że zniszczenia na ziemi i straty w ludziach muszą być olbrzymie.
W oddali — chyba na północy — usłyszałem serię głuchych, dudniących odgłosów podobnych do kroków jakiegoś olbrzyma. Wycie syren rozdarło powietrze, a pękająca nad nami kopuła głośno skrzypiała.
W wyobraźni spojrzałem z powierzchni kopuły na Londyn, który w ciągu kilku sekund przekształcił się z wylękłego, lecz funkcjonującego miasta, w siedlisko chaosu i przerażenia. Na wszystkich drogach prowadzących na zachód, północ lub południe, z dala od wyłomu w kopule, utworzyły się łańcuchy uchodźców, a każdym ogniwem tych łańcuchów był człowiek, znikoma cząstka fizycznego cierpienia i nieszczęścia — czy to zagubione dziecko, czy małżonek lub rodzic, którzy stracili bliskie osoby.
Moses musiał przekrzyczeć hałas na ulicy.
— Ta przeklęta kopuła lada chwila zwali się na nas wszystkich!
— Wiem. Musimy dotrzeć do Imperiał College. Chodźcie, rozpychajcie się łokciami! Nebogipfelu, pomagaj nam w miarę możliwości.
Wyszliśmy na środek zatłoczonej ulicy. Musieliśmy iść na wschód, pod prąd. Oślepiony przez światło dzienne Nebogipfel został prawie przewrócony przez biegnącego mężczyznę o okrągłej twarzy, który ubrany był w roboczy garnitur i miał epolety na ramionach. Mężczyzna pogroził Morlokowi pięścią. Po tym incydencie Moses i ja ustawiliśmy Nebogipfela między sobą i trzymaliśmy go mocno za chude ramiona. Zderzyłem się z rowerzystą, który nieomal spadł z roweru. Wrzasnął na mnie i machnął kościstą pięścią. Zrobiłem unik. Rowerzysta, z krawatem przewieszonym przez ramię, ruszył chwiejnie w dalszą drogę, wjeżdżając w tłum ludzi za mną. Teraz natknęliśmy się na grubą kobietę, która z trudem wycofywała się w górę ulicy, wlokąc za sobą zwinięty dywan. Miała spódnicę zadartą nad kolana, a jej łydki pokryte były smugami kurzu. Co kilka metrów inni uchodźcy przydeptywali jej dywan lub przejeżdżali po nim rowerzyści i kobieta potykała się. Przez gogle maski widziałem łzy, które płynęły jej z oczu, kiedy zmagała się z tym absurdalnym, nieporęcznym przedmiotem, który był dla niej tak ważny.
Gdy widziałem twarz człowieka, nie było tak źle, gdyż czułem więź z tym urzędnikiem o zaczerwienionych oczach, czy tamtą zmęczoną ekspedientką, natomiast w maskach przeciwgazowych i w tamtym na przemian jasnym i przyćmionym świetle tłum był anonimowy i przypominał rój owadów. Poczułem się, jakby jeszcze raz przetransportowano mnie z Ziemi na jakąś odległą planetę koszmarów.
Rozległ się nowy dźwięk — cienki, przenikliwy gwizd przeszył powietrze. Wydawało mi się, że dochodzi z tamtej wyrwy na wschodzie. Otaczający nas ludzie przestali się przepychać, jakby nasłuchując, co to jest. Moses i ja spojrzeliśmy po sobie, nie wiedząc, co ten nowy, groźny dźwięk oznacza.
Potem gwizd ucichł.
W grobowej ciszy ktoś wykrzyknął:
— Pocisk! To przeklęty pocisk...
Teraz domyśliłem się, co oznaczały tamte odległe kroki olbrzyma na północy: salwy artylerii.
Cisza została przerwana. Wokół nas wybuchła panika, jeszcze straszliwsza niż dotychczas. Wyciągnąłem rękę nad Nebogipfelem i chwyciłem Mosesa za ramię. Bezceremonialnie zepchnąłem ich obu na ziemię. Potem zakryła nas warstwa ciepłych, wijących się ciał ludzkich. W tamtej ostatniej chwili, kiedy uderzyły mnie w twarz kończyny innych ludzi, usłyszałem cienki głos członka Armii Zbawienia, który nadal wykrzykiwał: