Wróciliśmy do zdjęć i zaczęliśmy się zastanawiać nad ich sensem. Przypuszczaliśmy i zakładaliśmy; byćmożeliśmy, acojeżeliśmy i chybażeliśmy; aż wreszcie, kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły połyskiwać na śniegu i wlewać się do środka przez okiennice i szparę pod — drzwiami, uznaliśmy, że przynajmniej udało nam się rozpatrzyć sprawę ze wszystkich punktów widzenia.
Istniały trzy możliwe wyjaśnienia.
Całkiem sporo podwyjaśnień, rzecz jasna, ale na tym etapie woleliśmy nakreślić obraz sytuacji szerokimi pociągnięciami pędzla, dlatego zagarnęliśmy podwyjaśnienia na trzy główne stosy, które przedstawiały się następująco: on wciskał kit jej; ona wciskała kit jemu; żadne z nich nie wciskało kitu drugiemu, tylko po prostu się w sobie zakochali — dwoje Amerykanów spędzających ze sobą długie popołudnia w obcym mieście.
— Jeżeli ona wciska kit jemu — zacząłem po raz mniej więcej setny — jaki ma w tym cel? Co zamierza w ten sposób uzyskać?
Solomon pokiwał głową, zacisnął powieki i szybkim ruchem dłoni przetarł twarz.
— Chciała go skłonić do jakichś wyznań po odbyciu stosunku seksualnego? — wzdrygnął się, słysząc własne słowa. — Nagrywa je, filmuje czy coś w tym stylu i wysyła do „Washington Post”?
Nie bardzo mi się to podobało, jemu zresztą też.
— Powiedziałbym, że to niezbyt przekonujące.
Solomon ponownie pokiwał głową. Wciąż zgadzał się — ze mną częściej, niż na to zasługiwałem, prawdopodobnie z powodu ulgi, jaką odczuwał, widząc, że mój świat nie rozsypał się jak domek z kart — nie siedziałem na podłodze, zastanawiając się, co się stało z królem pik albo dziewiątką karo — i chciał z powrotem wzbudzić we mnie optymizm i zachęcić do racjonalnego myślenia.
— A więc to on wciska kit jej? — powiedział, przekrzywiając głowę, unosząc brwi, prowadząc mnie za rękę niczym pełen subtelności pies pasterski.
— No może — zastanawiałem się. — Uległy jeniec sprawia mniej kłopotów niż krnąbrny. A może naopowiadał — jej niestworzonych historii, zapewnił, że sytuacja jest pod kontrolą. „Po mojej interwencji sprawą zajął się sam prezydent”, coś w tym stylu.
To również nie brzmiało najlepiej.
W ten sposób została nam ewentualność numer trzy.
Z jakiego powodu kobieta taka, jak Sara Woolf, chciałaby związać się z mężczyzną takim, jak Russell P Barnes? Dlaczego miałaby z nim spacerować, śmiać się i robić najlepszy użytek z wszystkich czterech pośladków, jakimi razem dysponowali? A nie miałem większych wątpliwości, że to właśnie robili.
No, dobrze, był przystojny. Wysportowany. W głupi sposób inteligentny. Miał władzę. Dobrze się ubierał. Ale pomijając to, co jej się w nim podobało? Na litość boską, miał wystarczająco wiele lat, aby być skorumpowanym przedstawicielem jej rządu.
Wlokąc się z powrotem do hotelu, rozmyślałem nad seksualnymi urokami Russella R Barnesa. Świt zdążył już na dobre zagościć w alpejskiej stacji zimowej, a śnieg zaczął połyskiwać elektryzującą, świeżą bielą. Wchodził mi pod nogawki, skrzypiał pod butami, a ten leżący tuż przede mną wydawał się mówić: „Nie wchodź na mnie, proszę, nie wchodź… ojej”.
Russell Półdupek Barnes.
Dotarłem do hotelu i na palcach przeszedłem korytarzem do pokoju. Otworzyłem drzwi, wślizgnąłem się do środka i zastygłem w bezruchu z do połowy zdjętą wiatrówką. Po wędrówce przez śnieg, podczas której otaczało mnie jedynie alpejskie powietrze, wyczuwałem wszystkie niuanse zapachów wewnątrz budynku — zwietrzałe piwo z baru, szampon na dywanie, chlor z basenu w piwnicy, krem przeciwsłoneczny praktycznie ze wszystkich stron — a teraz dołączył do nich nowy zapach. Zapach czegoś, co z pewnością nie powinno się znajdować w moim pokoju.