Kręciliśmy się więc oddzielnie po miasteczku i gapiliśmy się razem z innymi ludźmi na nadlatujące helikoptery. Najpierw policja, później Czerwony Krzyż, a następnie, co nieuniknione, ekipy telewizyjne. Wiadomość o zabójstwie dotarła do miasteczka w ciągu piętnastu minut, ale większość turystów wydawała się zbyt zaszokowana, aby na ten temat rozmawiać. Błąkali się po ulicach, obserwowali, marszczyli brwi i nie pozwalali oddalać się dzieciom.
Szwajcarzy siedzieli w barach i szeptali między sobą; albo byli zdenerwowani, albo zaniepokojeni, jak cała sprawa wpłynie na ich interesy. Trudno powiedzieć. Oczywiście niepotrzebnie się niepokoili, ponieważ do zmroku we wszystkich barach i restauracjach zapanował największy ruch, jaki kiedykolwiek widziałem. Nikt nie chciał stracić choć jednej opinii, pogłoski, choć jednego pomysłu, który pozwoliłby zinterpretować tę potworną, okropną zbrodnię.
Przede wszystkim obwiniano Irakijczyków, co w dzisiejszych czasach wydaje się standardową procedurą. Ta teoria przetrwała mniej więcej godzinę, aż mądre głowy zasugerowały, że Irakijczycy nie mogli dokonać zamachu, ponieważ nie udałoby im się nawet niepostrzeżenie dostać do miasteczka. Akcent, kolor skóry, klękanie i ustawianie się w stronę Mekki — niemożliwe, aby takie sprawy działy się pod nosem statystycznego, przebiegłego Szwajcara, nie zwracając jego uwagi.
Następnie pojawiła się teoria pięcioboisty, który wyczerpany po trzydziestokilometrowym biegu przełajowym potknął się i upadł. Jego karabinek sportowy kaliber .22 wystrzelił, zabijając Herr Van Der Hoewe w wypadku o astronomicznie znikomym prawdopodobieństwie. Jakkolwiek dziwaczna była to teoria, znalazła sporą grupę zwolenników; głównie dlatego, że wykluczała zabójstwo z premedytacją, a premedytacja to coś, czego Szwajcarzy po prostu nie zamierzają tolerować w swoim zaśnieżonym raju.
Przez jakiś czas obie pogłoski funkcjonowały równolegle, aż w końcu zrodziła się z nich naprawdę cudaczna hybryda: Van Der Hoewe zginął z rąk irackiego pięcioboisty, — uznały niezbyt mądre głowy. Iracki pięcioboista (znajomy znajomego słyszał, jak wymienia się w tym kontekście imię Mustafa) oszalał z zazdrości o sukcesy Skandynawów podczas ostatnich zimowych igrzysk olimpijskich; a tak w ogóle, to zapewne nadal grasował gdzieś na zboczach góry, poszukując wysokich, blondwłosych narciarzy.
I wtedy nagle wszystko się uspokoiło. Bary się wyludniły, pozamykano restauracyjki, a kelnerzy zaczęli wymieniać zdziwione spojrzenia, oczyszczając talerze z resztek jedzenia.
Ja również dopiero po chwili zrozumiałem, co się stało.
Turyści uznali krążące po mieście wyjaśnienia za niesatysfakcjonujące i wycofali się do swoich pokoi w hotelach, gdzie uklęknęli, pojedynczo lub dwójkami, przed wszechpotężnym, wszystkowidzącym CNN, którego Terenowy Korespondent Tom Hamilton nawet o tej porze dzielił się ze światem „najświeższymi informacjami z miejsca zdarzenia”.
Siedzieliśmy z Latifą przed telewizorem w Zum Wilden Hirsch, z tuzinem pijanych Niemców za plecami, i słuchaliśmy wywodów Toma o tym, iż „zabójstwo zostało być może dokonane przez aktywistów”. Podejrzewam, że właśnie za takie teksty Tom dostaje dwieście tysięcy dolarów rocznie. Miałem ochotę zadać mu pytanie, na podstawie jakich przesłanek udało mu się całkowicie wykluczyć możliwość, że zamachu dokonali pasywiści. Tak naprawdę mógłbym to zrobić z łatwością, ponieważ Tom bawił się w dziennikarstwo w jaskrawym świetle wolframowych reflektorów niecałe dwieście metrów od nas. Ledwie dwadzieścia minut wcześniej obserwowałem, jak technik CNN usiłował przypiąć Tomowi mikrofon do krawatu. Tom odgonił go gestem i powiedział, że sam to zrobi, bo nie chce, żeby ktokolwiek popsuł mu węzeł.
Oświadczenie miało zostać wydane o dziesiątej czasu lokalnego. Jeżeli Cyrus wykonał zadanie i oświadczenie — dotarło do CNN o czasie, pracownicy stacji zajmowali się właśnie jego weryfikacją. A jeżeli choć trochę przypominali Toma, ograniczyli się raczej do jego przeczytania Francisco nalegał na użycie słowa „hegemonia”, co prawdopodobnie trochę ich zaskoczyło.
Wiadomość ostatecznie została wyemitowana dwadzieścia pięć minut po jedenastej. Prowadzący program dziennikarz Doug Rosę odczytał ją powoli, a język jego ciała dawał wyraźnie do zrozumienia: „Boże, ci ludzie budzą moje obrzydzenie”.
Miecz Sprawiedliwości.
Mamo, chodź tu szybko. To my. Mówią o nas w telewizji.
Myślę, że gdybym chciał, mógłbym się tej nocy przespać z Latifą.
Relacja CNN składała się poza tym z wielu materiałów archiwalnych dotyczących historii terroryzmu w ciągu wieków, cofając widzów pamięcią do początku poprzedniego tygodnia, kiedy grupa baskijskich separatystów podłożyła bombę w budynku rządowym w Barcelonie. Na wizji pojawił się facet z brodą, który starał się opchnąć egzemplarze swojej książki na temat fanatyzmu. Później wróciliśmy do głównego punktu programu stacji CNN: mówienia ludziom, którzy oglądają CNN, że powinni oglądać CNN. Najlepiej w hotelu o wyższym standardzie niż ten, w którym znajdują się obecnie.
Leżałem na łóżku w Eiger, jedną ręką wlewając w siebie whisky, a drugą zaciągając się papierosem. Zacząłem się zastanawiać, co by się stało, gdyby widz CNN rzeczywiście znajdował się w jednym z reklamowanych tam hoteli wysokiej klasy w chwili emisji jego reklamy. Czy znaczyłoby to, że umarł? Albo przeniósł się do równoległego wszechświata? A może od tego momentu czas zacząłby płynąć do tyłu?
Jak rozumiecie, robiłem się coraz bardziej pijany, dlatego nie od razu usłyszałem pukanie do drzwi. A jeżeli nawet usłyszałem je od razu, po prostu wmówiłem sobie, że nic nie słyszę. Pukanie rozlegało się przez dziesięć minut, może nawet dziesięć godzin, zanim mój mózg wyrwał się z CNN-owskiego odrętwienia. Zwlokłem się z łóżka.
— Kto tam?