Oczywiście mogłem wymyślić jakąś bajeczkę o konieczności odwiedzenia dziadków, siedmiorga dzieci lub doradcy w klinice chorób wenerycznych, ale ostatecznie uznałem zwykłe „spierdalaj” za najmniej skomplikowane.
Z Paryża poleciałem do Amsterdamu, posługując się paszportem Balfoura, następnie spędziłem godzinę, starając się zgubić Amerykanów, którzy mogliby nabrać ochoty do podążenia moim śladem. Nie żeby mieli ku temu jakiś szczególny powód. Zamach w Mürren przekonał większość z nich, że byłem zaufanym członkiem zespołu, poza tym Solomon zalecił, aby dali mi większą swobodę do czasu następnego kontaktu.
Mimo to chciałem, aby przez kilka następnych dni wszystkie pary brwi pozostały proste i nieuniesione, aby nikt nie powiedział: „No, no, a co to jest?”, przyglądając się czemuś, co robiłem, lub jakiemuś miejscu, do którego się udałem. Dlatego na lotnisku Schiphol kupiłem bilet do Oslo, wyrzuciłem go, następnie zaopatrzyłem się w nowy komplet ubrań i nową parę okularów przeciwsłonecznych, po czym udałem się z nimi do toalety. Po krótkim wahaniu wyłoniłem się z niej jako Thomas Lang, powszechnie znany jako kompletne zero.
Przyleciałem na Heathrow o szóstej wieczorem i zameldowałem się w hotelu Post House, który jest bardzo praktyczny, ponieważ znajduje się blisko lotniska; jest też strasznym miejscem, ponieważ znajduje się blisko lotniska.
Wziąłem długą kąpiel, zwaliłem się na łóżko z paczką papierosów oraz popielniczką i wykręciłem numer do Ronnie. Musiałem poprosić ją o przysługę — tego rodzaju — przysługę, do której trzeba najpierw drugą stronę urobić — więc przygotowałem się na długie posiedzenie.
Rozmawialiśmy długo, co sprawiło mi przyjemność; przyjemność w ogóle, ale szczególną przyjemność z tego powodu, że to Morderstone miał zapłacić za połączenie. Miał też zapłacić za szampana i stek, który zamówiłem u obsługi hotelowej, oraz lampę, którą rozbiłem, kiedy potknąłem się o krawędź łóżka. Widziałem oczywiście, że zarobienie takich pieniędzy prawdopodobnie zajmuje mu jedną setną sekundy, ale z drugiej strony, kiedy idzie się na wojnę, trzeba umieć żywić się tego rodzaju małymi zwycięstwami.
W oczekiwaniu na duże.
— Proszę spocząć, panie Collins.
Recepcjonistka przycisnęła guzik i powiedziała do nie — wiadomo kogo:
— Pan Collins do pana Barraclougha.
Oczywiście powiedziała to do kogoś. W gąszczu włosów miała ukryty maleńki mikrofon przyczepiony do słuchawek. Uświadomiłem sobie to jednak dopiero po pięciu minutach, podczas których poważnie zastanawiałem się, czy nie zadzwonić do kogoś z informacją, że recepcjonistka ma zwidy.
— Przyjdzie za minutkę — rzuciła. Nie jestem pewien, czy do mnie, czy do mikrofonu.
Znajdowaliśmy się w biurach Smeetsa Velde Kerkpleina, który dzięki swojemu nazwisku miałby przynajmniej szansę zapisać na swoim koncie sporo punktów w scrabble. Występowałem jako Arthur Collins, malarz z Taunton.
Nie wiedziałem, czy Philip będzie pamiętał Arthura Collinsa, ale nie miało to większego znaczenia. Potrzebowałem jednak najmniejszego punktu zaczepienia, aby dostać się do jego biura na dwunastym piętrze, a Collins — wydawał się najlepszym pomysłem. W każdym razie czymś lepszym od Gościa, Który Spal Kiedyś Z Twoja Narzeczoną.
Wstałem i zacząłem powoli krążyć po pokoju, przekrzywiając głowę na bok tak, jak to czynią malarze, i przyglądając się wiszącym na ścianach dziełom sztuki korporacyjnej. W większości były to ogromne szaroturkusowe bohomazy z dziwnymi — naprawdę bardzo dziwnymi — smugami szkarłatu. Obrazy wyglądały, jakby zaprojektowano je w laboratorium (i prawdopodobnie tak było) do zmaksymalizowania poczucia pewności siebie i optymizmu u osób, które po raz pierwszy inwestowały pieniądze w SVK.
Na końcu korytarza otworzyły się gwałtowanie żółte dębowe drzwi i pojawiła się w nich głowa Philipa. Przyglądał mi się przez chwilę badawczo, wyszedł na zewnątrz i zaprosił gestem do środka.
— Arthur — odezwał się z lekkim wahaniem. — Co słychać?
Miał na sobie jasnożółte szelki.
Philip stał odwrócony do mnie tyłem i nalewał filiżankę kawy.
— Nie mam na imię Arthur — powiedziałem, sadowiąc się na krześle.
Rzucił mi szybkie spojrzenie przez ramię i natychmiast wrócił do przerwanej czynności.
— Cholera — rzucił i zaczął ssać mankiet od koszuli. Odwrócił się i krzyknął w kierunku otwartych drzwi. — Jane, kochana, przynieś nam ścierkę, jeżeli możesz.
Przyjrzał się uważnie rozlanej kawie, mleku i nasiąkniętym nimi herbatnikom, uznał jednak, że tak błahe zdarzenie nie może rozpraszać jego uwagi.
— Przepraszam — mruknął, wciąż liżąc koszulę — nie dosłyszałem.