Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 87
Перейти на страницу:

— Jasne, Rick. Wal śmiało.

Zerknął na mnie i zapalił papierosa.

Zastanawiałem się przez długą, ciągnącą się, minnesotańską chwilę.

— Kto za to wszystko płaci?

Zanim odpowiedział, przejechaliśmy jakieś dwa kilometry.

Siedzieliśmy w alfie romeo należącej do Francisca, tylko we dwóch, pokonując stopniowo Autoroute de Soleil z Marsylii do Paryża. Czułem, że jeżeli jeszcze raz puści kasetę z Born In The USA, prawdopodobnie dostanę krwotoku z nosa.

Upłynęły trzy dni od zabójstwa Dirka Van Der Hoewe, a Miecz Sprawiedliwości czuł się niezwyciężony, ponieważ gazety zajęły się innymi sprawami, a policjanci drapali się po skomputeryzowanych, gromadzących dane wywiadowcze głowach z braku jakichkolwiek dobrych tropów.

— Kto za to wszystko płaci? — powtórzył w końcu Francisco, bębniąc palcami po kierownicy.

— No.

Autostrada buczała dookoła.

— Dlaczego pytasz?

Wzruszyłem ramionami.

— Po prostu… no wiesz… tak się zastanawiam.

Zaśmiał się niczym szalony rockandrollowiec.

— Ricky, przyjacielu, lepiej się nie zastanawiaj. Zajmij się działaniem. Jesteś dobry w działaniu. Trzymaj się tego.

Też się zaśmiałem, ponieważ Francisco uważał, że właśnie takimi słowami poprawi mi humor. Gdyby był piętnaście centymetrów wyższy, zmierzwiłby mi włosy niczym wielkoduszny starszy brat.

— No wiem. Tak się jednak zastanawiałem…

Przerwałem. Na trzydzieści sekund obaj wyprostowaliśmy się na siedzeniach, kiedy mijał nas ciemnoniebieski peugeot Gendarrne. Francisco zmniejszył odrobinę prędkość i go przepuścił.

— Tak się zastanawiałem — podjąłem — że jak na przykład płaciłem czekiem w hotelu… i pomyślałem, że to kupa pieniędzy… no wiesz… nasza szóstka… hotele i w ogóle… bilety lotnicze… kupa pieniędzy. I zacząłem się zastanawiać… skąd się one biorą? No bo przecież ktoś musi za to płacić, co nie?

Francisco pokiwał mądrze głową, jakby starał się pomóc mi w rozwiązaniu skomplikowanego problemu z dziewczyną.

— Jasne, Ricky. Ktoś za to płaci. Przez cały czas ktoś musi płacić.

— No właśnie. Tak sobie właśnie pomyślałem. Ktoś musi za to płacić. No więc zastanawiałem się właśnie… no wiesz… kto to jest?

Przez chwilę patrzył przed siebie, po czym powoli odwrócił się i obrzucił mnie przeciągłym spojrzeniem. Tak przeciągłym, że musiałem nieustannie zerkać na drogę przed nami, sprawdzając, czy nie zbliżamy się do konwoju skaczących z pasa na pas tirów.

Między tymi spojrzeniami, wpatrywałem się w niego najbardziej niewinnym wzrokiem głupka, na jaki tylko — mnie było stać. Starałem się w ten sposób powiedzieć, te Ricky nie jest niebezpieczny. Ricky to szczery żołnierz. Ricky to prosty człowiek, który po prostu chce się dowiedzieć, kto od kogo dostaje wypłatę. Ricky nie jest nigdy nie był i nie będzie — zagrożeniem.

Zachichotałem nerwowo.

— Może powinieneś patrzeć się na drogę — mruknąłem. — To znaczy… no wiesz.

Francisco przygryzł wargę, po czym niespodziewanie się zaśmiał i z powrotem odwrócił się przodem do kierunku jazdy.

— Pamiętasz Grega? — odezwał się radosnym, melodyjnym głosem.

Zmarszczyłem brwi, ponieważ poza sprawami, które zdarzyły się w trakcie kilku ostatnich godzin, Ricky nie był pewien, czy cokolwiek dobrze pamięta.

— Greg — powtórzył. — W porsche. Z cygarami. Zrobił ci zdjęcie do paszportu.

Odczekałem chwilę, po czym energicznie pokiwałem głową.

— No jasne, pamiętam Grega. Jeździł porsche.

Francisco uśmiechnął się. Może pomyślał, że nie ma — znaczenia, co mi powie, bo i tak wszystko zapomnę, zanim dojedziemy do Paryża.

— To właśnie on. Bo widzisz, Greg to przebiegły gość.

— Tak? — zdziwiłem się, jakbym pierwszy raz słyszał to określenie.

— No pewnie — powiedział Francisco. — Naprawdę przebiegły. Przebiegły gość z dużą ilością pieniędzy. Przebiegły gość z dużą ilością różnych rzeczy.

Przez chwilę zastanawiałem się nad jego słowami.

— A mnie się wydawało, że to dupek — stwierdziłem.

Francisco zerknął na mnie zaskoczony i zaraz potem — wybuchnął salwami radosnego śmiechu, raz za razem uderzając pięścią w kierownicę.

— Jasne, że to dupek — wykrzyknął. — Pieprzony dupek, tak właśnie.

Śmiałem się razem z nim, promieniejąc z dumy, że udało mi się rozbawić mistrza. W końcu się uspokoiliśmy, a Francisco nachylił się do magnetofonu i wyłączył Bruce'a Springsteena. O mało go nie ucałowałem.

— Greg współpracuje z jeszcze jednym gościem — powiedział Francisco, niespodziewanie poważnym tonem. — W Zurychu. Zajmują się finansami. Obracają pieniędzmi na duża skalę, robią interesy. Bardzo różne interesy. Rozumiesz?

Spojrzał na mnie, a ja posłusznie zmarszczyłem brwi, udając niezwykle skupionego. Wydawało mi się, że tego właśnie oczekiwał.

— W każdym razie do Grega trafiają te pieniądze. Dostaje polecenie, że ma zrobić z nimi to, zrobić tamto. Przetrzymać. Stracić. Cokolwiek.

— To znaczy, że mamy konto bankowe? — zapytałem, szczerząc zęby w uśmiechu.

Francisco również się uśmiechnął.

— Jasne, że mamy konto bakowe, Ricky. Mamy mnóstwo kont bankowych.

Potrząsnąłem głową ze zdumienia nad pomysłowością tego rozwiązania, po czym ponownie zmarszczyłem brwi.

— A więc Greg za nas płaci, zgadza się? Ale nie swoimi pieniędzmi?

— Nie, nie swoimi. Zajmuje się tym i bierze procent. Duży procent, jak sądzę, biorąc pod uwagę, że on jeździ porsche, a ja mam tylko pieprzona alfę. Ale pieniądze nie należą do niego.

— A więc do kogo? — zapytałem. Pewnie za szybko. — To znaczy do jednej osoby? Do kilku czy jak?

— Do jednej osoby — powiedział Francisco, po czym obrzucił mnie ostatnim, rozstrzygającym spojrzeniem, badając mnie, oceniając, próbując sobie przypomnieć — wszystkie momenty, kiedy go zirytowałem, i wszystkie momenty, kiedy był ze mnie zadowolony; rozważając, czy zasłużyłem na tę informację, której nie miałem prawa ani powodu usłyszeć. Pociągnął nosem, co robił zawsze, kiedy przygotowywał się do powiedzenia czegoś ważnego.

— Nie znam nazwiska — powiedział. — To znaczy prawdziwego. Tym niemniej używa pewnego nazwiska do załatwiania spraw finansowych. W bankach.

— Tak?

Starałem się, aby nie zauważył, że wstrzymuję oddech. Cisco droczył się ze mną, dla zabawy odwlekając odpowiedź.

— Tak? — powtórzyłem.

— Nazywa się Lucas — powiedział w końcu. — Michael Lucas.

Skinąłem głową.

— Fajnie.

Po chwili przyłożyłem głowę do szyby i udawałem, że śpię.

Coś się szykuje, myślałem, słuchając dudnienia kół na autostradzie wiodącej do Paryża, i Bóg jeden raczy wiedzieć co. Ktoś wciela w życie dziwną filozofię. Tyle tylko, że ja nie zdawałem sobie z tego wcześniej sprawy.

Zawsze przyjmowałem, że przykazanie „Nie zabijaj” znajduje się na szczycie listy. Jako to najważniejsze. Należało oczywiście wystrzegać się pożądliwego spoglądania na tyłki sąsiadek; podobnie cudzołóstwa, oddawania czci cudzym bogom, nie wolno też zapominać o czczeniu ojca swego i matki swojej.

Ale „Nie zabijaj” — to naprawdę prawdziwe Przykazanie. Takie, które wszyscy pamiętają, ponieważ wydaje się najsłuszniejsze, najsprawiedliwsze i najbardziej kategoryczne.

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)