Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Cisza.
Nie miałem broni ani specjalnej ochoty, żeby jakiejś użyć, więc otworzyłem drzwi szeroko i wystawiłem przez nie głowę. Co ma być, to będzie.
Na korytarzu stał bardzo niski mężczyzna. Na tyle niski, aby zapałać prawdziwą nienawiścią do osoby o moim wzroście.
— Herr Balfour?
Na chwilę ogarnęła mnie kompletna ciemność. Ten rodzaj ciemności, który często ogarnia tajnych agentów — kiedy wirujące talerze ześlizgują się z patyków, ludzie zaczynają gubić się w tym, kim powinni być, kim naprawdę są, w której ręce powinni trzymać pióro i jak działają klamki. Odkryłem, że picie whisky zwiększa częstotliwość takich sytuacji.
Miałem świadomość, że facet gapi się na mnie, więc udałem, że kaszlę, i w tym czasie usilnie starałem wziąć się w garść. Balfour — tak czy nie? Używałem nazwiska Balfour, ale w kontaktach z kim? Byłem Langiem dla Salomona, Rickym dla Francisca, Durrellem dla większości Amerykanów, ale Balfourem… no tak. Byłem Balfourem dla obsługi hotelu, a zatem byłem również Balfourem dla policji.
Skinąłem głową.
— Pójdzie pan ze mną.
Obrócił się na pięcie i odmaszerował korytarzem. Wziąłem marynarkę, klucz do pokoju i ruszyłem za nim, ponieważ Herr Balfour był dobrym obywatelem, który zawsze przestrzegał prawa i oczekiwał od innych, że — postąpią tak samo. W drodze do windy zerknąłem na jego stopy i przekonałem się, że nosi buty na platformach Naprawdę był niesamowicie niski.
Na zewnątrz padał śnieg (przyznaję, że śnieg zazwyczaj pada na zewnątrz, ale pamiętajcie, że dopiero zaczynałem trzeźwieć). Wielkie krążki białego puchu opadały, wirując, na ziemię, niczym pozostałości po niebiańskiej bitwie na poduszki. Pokrywały wszystko, łagodziły wszystko i sprawiały, że wszystko stawało się mniej istotne.
Maszerowaliśmy przez jakieś dziesięć minut, on robił siedem kroków na mój jeden, aż dotarliśmy do małego budynku na skraju miasteczka. Była to drewniana, jednopiętrowa budowla, być może bardzo stara, a być może nie. Światło wydobywało się przez nieszczelne okiennice, a ślady na śniegu wskazywały, że wiele osób złożyło tam niedawno wizytę. A może jedna osoba cały czas czegoś zapominała.
Dziwnie się czułem na myśl, że mam wejść do środka, ale podejrzewam, że miałbym ten problem również na trzeźwo. Miałem wrażenie, że powinienem był coś ze sobą przynieść; przynajmniej złoto lub kadzidło. Nie robiłem sobie specjalnych wyrzutów o mirrę, ponieważ jakoś nigdy nie byłem pewien, co to jest.
Bardzo Niski Mężczyzna zatrzymał się przy bocznych drzwiach, zerknął na mnie przez ramię i zapukał. Po, jak się wydawało, chwili ktoś odsunął zasuwę, potem następną i jeszcze następną i jeszcze następną, po czym drzwi nareszcie się otworzyły. Siwowłosa kobieta spoglądała przez chwilę badawczo na Bardzo Niskiego Mężczyznę, przez trzy chwile na mnie, wreszcie skinęła głową i odsunęła się, wpuszczając nas do środka.
Dirk Van Der Hoewe siedział na jedynym krześle w pomieszczeniu i przecierał okulary. Miał na sobie gruby — płaszcz, szyję owiniętą szalikiem, a jego tłuste stopy rozpychały buty do granic niemożliwości. Drogie buty, czarne oxfordy ze skórzanymi sznurowadłami. Zwróciłem na nie uwagę tylko dlatego, że on sam wydawał się studiować je uważnie.
— Panie ministrze, oto Thomas Lang — powiedział Solomon.
Dirk, nie spiesząc się, skończył przecierać okulary, po czym ze wzrokiem utkwionym w ziemię wsunął je ostrożnie na nos. Wreszcie podniósł głowę i spojrzał na mnie. Niezbyt przyjaźnie. Oddychał przez usta zupełnie jak dziecko starające się usilnie nie spróbować brokułów.
— Bardzo mi miło — wyciągnąłem rękę.
Dirk zerknął na Solomona, jakby nikt go nie ostrzegł, że będzie musiał mnie także dotknąć, po czym niechętnie podał mi coś wiotkiego, mokrego i z palcami.
Przez chwilę patrzyliśmy się sobie w oczy.
— Mogę już iść? — zapytał.
Solomon milczał przez chwilę ze smutną miną, jakby liczył, że posiedzimy sobie przez jakiś czas we trójkę i zagramy w wista.
— Oczywiście, sir — powiedział.
Dopiero gdy Dirk wstał, zobaczyłem, że chociaż był gruby — naprawdę, kurczę, gruby — to i tak nie mógł się równać z rozmiarami, jakie osiągnął po przyjeździe do Mürren.
Widzicie, tak to już jest z kamizelką kuloodporną LifeTec. To wspaniały produkt, na który można liczyć w kwestii utrzymania człowieka przy życiu. Problem w tym, że niekorzystnie wpływa na sylwetkę. Noszona pod kombinezonem narciarskim sprawia, że gruby człowiek wygląda bardzo grubo, a ktoś taki, jak Dirk, przybiera rozmiary balonu zaporowego.
Nie miałem pojęcia, jaką umowę zawarto z Dirkiem. A niewykluczone, że z samym rządem Holandii, jeżeli już — o tym mowa. Z pewnością nie zamierzali się wysilać, żeby mi o tym powiedzieć. Może zbliżał się termin jego urlopu naukowego, emerytury albo i tak mieli go wylać z pracy — a może przyłapali go w łóżku z tuzinem dziesięcioletnich dziewczynek. A może po prostu dali mu dużą sumę. Jak mniemam, to czasami działa na ludzi.
Jakkolwiek to załatwili, Dirk musiał się przyczaić na kilka miesięcy dla swojego, jak również mojego, dobra. Gdyby tydzień później pojawił się na międzynarodowej konferencji, zgłaszając potrzebę uelastycznienia kursów walutowych państw Europy Północnej, wyglądałoby to wyjątkowo dziwnie i zrodziło szereg pytań. Nawet CNN mogłoby zainteresować się tą sprawą.
Dirk wyszedł bez pożegnania. Siwowłosa kobieta przecisnęła go przez drzwi, po czym holenderski minister i Bardzo Niski Mężczyzna zniknęli w mroku.
— Jak się pan czuje, sir?
Tym razem to ja siedziałem na krześle, a Solomon, odebrawszy ode mnie meldunek, krążył powoli dookoła, badając moje morale, charakter i stopień upicia. Przyciskał palec do ust i udawał, że na mnie nie patrzy.
— Dziękuję, zupełnie dobrze, Dawidzie. A ty?
— Powiedziałbym panu, że czuję ulgę. Tak. Zdecydowanie czuję ulgę.
Zaległa cisza. Zdecydowanie więcej myślał, niż mówił.
— A tak przy okazji — odezwał się w końcu — chciałbym pogratulować panu wyśmienitego strzału, sir. Moi amerykańscy koledzy prosili, aby to panu przekazać.
Solomon uśmiechnął się do mnie nieco słabowicie, zupełnie jakby dotarł do dna Pudełka Z Miłymi Rzeczami Do Powiedzenia i dopiero miał otworzyć kolejne.
— No cóż, ogromnie się cieszę, że sprawiłem im radość — powiedziałem. — Co teraz?
Zapaliłem papierosa i próbowałem puszczać kółka z dymu, ale krążący dookoła Solomon wprowadzał zakłócenia w otaczającym mnie powietrzu. Przez chwilę śledziłem wzrokiem dym oddalający się w postaci nieregularnej i zniekształconej smugi, ale ostatecznie uświadomiłem sobie, że Solomon nie odpowiedział na moje pytanie.
— Dawidzie?
— No wiem, wiem, panie — odezwał się po krótkiej pauzie. — Co teraz? To z pewnością inteligentne, sensowne pytanie, które zasługuje na możliwie najpełniejszą odpowiedź.
Zdecydowanie coś było nie tak. Solomon normalnie nie mówi w ten sposób. Ja tak mówię, kiedy jestem pijany, ale Solomon nigdy.
— No więc? — powiedziałem. — Zamykamy sprawę? Robota wykonana, czarne charaktery złapane na gorącym uczynku, ciasteczka i tytuły szlacheckie dla wszystkich?
Przystanął gdzieś za moim prawym ramieniem.
— Sprawy potoczyły się w nieco dziwnym kierunku, panie.
Obróciłem się i spojrzałem na niego. Usiłowałem się uśmiechnąć. Nie odwzajemnił uśmiechu.
— Jakiego zatem przymiotnika należałoby według ciebie użyć do opisania kierunku, w jakim potoczyły się owe sprawy? No bo jeśli próba trafienia kogoś w środek kamizelki kuloodpornej nie jest czymś dziwnym…