Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Zauważyli go również pozostali goście w restauracji. Prawdopodobnie zauważyły go tysiące ludzi w Austrii, Włoszech i Francji. Ogólnie rzecz biorąc, dał pokaz żałosnej amatorszczyzny i gdyby w pobliżu znajdował się Francisco, trzepnąłby porządnie Hugona, jak to musiał wielokrotnie czynić podczas szkolenia. Ale Francisco znajdował się gdzie indziej, a Hugo zupełnie bez powodu robił z siebie wielokolorowego głupka, a ze mnie bełkoczący pod nosem wrak człowieka. Jedynym pozytywnym aspektem sytuacji był fakt, iż żaden z zaciekawionych gapiów nie był w stanie określić, do kogo konkretnie macha Hugo.
A to dlatego, że miał na nosie okulary przeciwsłoneczne.
Pierwszą część trasy pokonałem w spokojnym tempie. Z dwóch powodów: po pierwsze, w chwili oddania strzału chciałem mieć możliwie równy oddech, a po drugie i ważniejsze, bałem się — wprost panicznie się bałem — złamać nogę i zostać zniesionym na noszach z góry z dużą liczbą elementów karabinka snajperskiego ukrytych w różnych zakamarkach ubrania.
Zjeżdżałem zatem powoli, ześlizgując się bokiem na nartach, wykonując maksymalnie szerokie skręty, łagodnie trawersując najtrudniejsze odcinki stoku, aż w końcu dojechałem do granicy lasu. Ostrość nachylenia trochę mnie niepokoiła. Każdy głupi widział, że Dirk i Rhona nie jeździli na tyle dobrze, aby pokonać tę trasę bez ogromnej liczby upadków; być może nawet upadków, po których się nie wstaje. Na miejscu przyjaciela Dirka, czy nawet jakiegoś nieobojętnego przypadkowego narciarza, powiedziałbym Dirkowi, żeby dał sobie spokój. Zjedź na dół kolejką i znajdź jakiś łagodniejszy stok.
Ale Francisco nie miał wątpliwości, jaką decyzję podejmie Dirk. Był przekonany, że zna go wystarczająco dobrze. Przeprowadzona przez Francisca analiza wskazywała, że Dirk niechętnie sięgał do portfela — przypuszczam, że to jedna z pożądanych cech ministra finansów — tymczasem, gdyby zdecydowali się z żoną zrezygnować, musieliby zapłacić grube pieniądze za zjazd kolejką linową na dół.
Francisco zapewnił mnie, że Dirk zjedzie z góry na nartach.
Tak na wszelki wypadek polecił Latifie, aby wpadła poprzedniego wieczoru do baru w hotelu Edelweiss, w czasie gdy Dirk wlewał sobie tam do gardła kilka kieliszków brandy, i porozpływała się nad odwagą każdego, kto zmierzyłby się z trasą narciarską ze Schilthornu. Dirk wyglądał zrazu na nieco zaniepokojonego, ale trzepoczące rzęsy Latify i jej falujący biust sprawiły, że wziął się w garść i obiecał następnego wieczoru postawić jej drinka, jeżeli uda mu się zjechać na dół w jednym kawałku.
Latifa skrzyżowała palce za plecami i obiecała, że przyjdzie o dziewiątej.
Hugo zatrzymał się, wyznaczając pozycję celu, i stał tam teraz, paląc papierosa, uśmiechał się i generalnie fantastycznie bawił. Przejechałem obok niego i zatrzymałem się dziesięć metrów dalej między drzewami, również po to, by pokazać sobie i Hugonowi, że wciąż potrafię podejmować decyzje. Odwróciłem się i spojrzałem w kierunku szczytu, sprawdzając pozycję, kąty, osłonę, po czym dałem Hugonowi znak głową.
Wyrzucił papierosa, wzruszył ramionami i ruszył w dół, wykonując niepotrzebnie widowiskowy skok na muldzie i wzbijając tuman śniegu przy perfekcyjnym hamowaniu po drugiej stronie zjazdu około sto metrów dalej. Odwrócił się do mnie tyłem, rozpiął kombinezon i zaczął siusiać na skały.
Mnie również chciało się siusiu. Coś mi jednak mówiło, że jeżeli zacznę, to nigdy nie przestanę; będę siusiać, aż zostanie ze mnie tylko sterta ubrań.
Odczepiłem obiektyw aparatu fotograficznego, zdjąłem osłonę i spojrzałem przez okular w górę stoku. Szkło natychmiast zaparowało, w związku z tym rozpiąłem kurtkę i włożyłem pod nią lunetę, aby się ogrzała.
Było zimno i cicho. Słyszałem, jak drżą mi palce, kiedy zacząłem składać karabin.
Zobaczyłem go. Znajdował się może osiemset metrów ode mnie. Był równie tłusty, jak zawsze; typ sylwetki, o której marzą snajperzy. Jeżeli w ogóle miewają jakieś marzenia.
Nawet z tej odległości widać było, że Dirk przeżywa ciężkie chwile. Język ciała wypowiadał się krótkimi, zwięzłymi zdaniami. Nie. Przeżyję. Tego. Zjazdu. Tyłek wypięty, klatka piersiowa wysunięta do przodu, nogi sztywne ze strachu i wyczerpania; jechał w ślamazarnym tempie sunącego lodowca.
Rhona radziła sobie nieco lepiej, ale niewiele. Niezgrabnie, nerwowo, choć z coraz większą wprawą, sunęła w dół stoku jak tylko potrafiła najwolniej, starając się nie wysforować zanadto przed swojego żałosnego męża.
Czekałem.
Kiedy zbliżyli się na pięćset metrów, zacząłem szybko oddychać, nasycając krew tlenem, aby przygotować się do odciągnięcia kurka i przytrzymania go w takiej pozycji, kiedy znajdą się w odległości niecałych dwustu metrów. Wydychałem delikatnie powietrze kącikiem ust, aby nie zaparować ponownie lunety.
Kiedy zbliżyli się na niecałe czterysta metrów, Dirk wywrócił się po raz piętnasty i najwyraźniej nie miał zamiaru szybko się podnieść. Widząc, że nie może złapać oddechu, odciągnąłem radełkowany uchwyt zamka, odbezpieczając karabin. Zmieniająca pozycję iglica wydała potwornie głośny trzask. Jezus Maria, ale będzie huk. Nagle zacząłem rozmyślać o lawinach i musiałem powstrzymać się od snucia szalonych fantazji, w których leżałem przysypany tysiącami ton śniegu. A co, gdyby nikt nie znalazł mojego ciała przez dwa lata? Mogło się okazać, że anorak, który mam na sobie, okaże się koszmarnie niemodnym kawałkiem materiału, kiedy w końcu mnie odkopią. Zamrugałem pięć razy, starając się uspokoić oddech, wyobraźnię i narastającą panikę. Było za zimno, aby mogła zejść lawina. Do tego potrzeba ogromnej ilości śniegu, a następnie silnego słońca. Żaden z tych warunków nie został spełniony. Weź się w garść. Zmrużyłem oczy i spojrzałem przez lunetę. Dirk ponownie stanął na nogi.
Patrzył na mnie.
A przynajmniej patrzył na linię drzew, wycierając gogle ze śniegu.
Nie mógł mnie widzieć. To było niemożliwe. Siedziałem przyczajony za zaspą, w której wykopałem wąziuteńki rowek na karabin. Nieregularny gąszcz drzew zapewniał mi doskonały kamuflaż. Na pewno mnie nie widział.
Na co zatem patrzył?
Ostrożnie schyliłem głowę, chowając się za zaspą i rozejrzałem w poszukiwaniu samotnego przełajowca, zabłąkanej kozicy, zespołu rewiowego z musicalu No, No, Nanette — czegokolwiek, co mogło przykuć wzrok Dirka. Wstrzymałem oddech i powoli obróciłem głowę z lewej strony na prawą, starając się wychwycić jakikolwiek nietypowy dźwięk.
Cisza.
Pomalutku podniosłem się i mrużąc oczy, spojrzałem przez lunetę. W lewo, w prawo, w górę i w dół.
Dirk zniknął.
Niczym amator podskoczyłem, rozpaczliwie przeczesując wzrokiem szczypiącą w oczy, rozmazującą kształty — biel. Poczułem w ustach smak krwi, serce waliło mi jak młotem w oszalałej próbie wydostania się na zewnątrz.
Tam. Dwieście siedemdziesiąt metrów. Poruszał się szybciej. Zaczął odważnie szusować na wypłaszczonym odcinku stoku, przez co wyniosło go na drugą stronę nartostrady. Zamrugałem raz jeszcze, przytknąłem prawe oko do lunety i zamknąłem lewe.
Znajdował się w odległości stu osiemdziesięciu metrów. Wciągnąłem powietrze długim, spokojnym oddechem i znieruchomiałem, kiedy płuca napełniły się do trzech czwartych objętości.
Dirk trawersował stok. Trawersował stok i linię strzału. Z łatwością utrzymywałem go w polu widzenia lunety — mogłem wystrzelić w każdym momencie — ale wiedziałem, że muszę oddać najpewniejszy strzał w życiu. Oparłem palec na spuście, likwidując niewielki luz mechanizmu oraz luz między drugim a trzecim stawem palca, i czekałem.