Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Odonianin wstępował związek monogamiczny, tak jak podejmował inne wspólne przedsięwzięcie w zakładzie produkcyjnym, w balecie czy w mydlarstwie. Partnerstwo było takim samym dobrowolnie zawiązywanym związkiem jak każdy inny. Dopóki funkcjonowało — dopóty trwało; kiedy przestawało funkcjonować — rozpadało się. Nie było instytucją, lecz funkcją. Nie miało innej sankcji prócz sumienia jednostki.
Pozostawało to w pełnej zgodzie z teorią społeczną Odo. Ważność przyrzeczenia — nawet tego nie ograniczonego terminem — leżała u podstaw jej nauki; mogłoby się zdawać, że wolność zmiany, na którą kładła nacisk Odo, winna odbierać wagę idei przyrzeczenia i przysięgi — wolność jej składania przydawała jej w istocie znaczenia. Przyrzeczenie jest obraniem kierunku, samoograniczeniem się w wyborze. Jeśli nie obiera się żadnego kierunku — nauczała Odo — jeśli człowiek podąża donikąd, nie dokona się też żadna zmiana. Jego wolność wyboru i zmiany nie zostanie wykorzystana, zupełnie tak jak gdyby siedział w więzieniu — takim, które sam zbudował — lub tkwił w labiryncie, w którym żadna z dróg nie jest lepsza od innych. Odo uważała przyrzeczenie, przysięgę i wierność za najistotniejsze wśród zawiłych ścieżek wolności.
Wielu było zdania, że w odniesieniu do życia seksualnego idea wierności zastosowana została nietrafnie. Fakt, że Odo była kobietą — utrzymywano — zwiódł ją na manowce, każąc odrzucić prawdziwą wolność seksualną; pod tym względem, i nie tylko, idee Odo nie były dla ludzi. Krytycznie na ten temat wypowiadały się równie często kobiety, jak i mężczyźni, wydaje się więc, że Odo okazała tu niezrozumienie nie tyle płci męskiej, ale też całego typu czy odłamu ludzkości — tych mianowicie, dla których eksperyment jest duszą seksualnej rozkoszy.
Choć ich jednak nie rozumiała i uważała najpewniej za przejaw zaborczego odchylenia od normy — bo przecież przedstawiciele rodzaju ludzkiego, jeśli nie z natury już monogamiczni, przywiązują ‘C wszak do siebie okresowo — przychylniejszy grunt przygotowa1 dla rozwiązłych niż dla tych, którzy podejmowali próbę trwałego partnerstwa. Żadne prawa, ograniczenia, kary, grzywny czy dezaprobata nie krępowały seksualnej aktywności dowolnego rodzaju, wyjąwszy gwałt na dziecku lub kobiecie, za który to czyn sąsiedzi gwałciciela mogli niezwłocznie wymierzyć mu karę — o ile nie zdołał oddać się wcześniej w łagodniejsze ręce ośrodka terapeutycznego. Seksualne molestowanie należało jednak do rzadkości w społeczeństwie, w którym pełne zaspokojenie płciowej potrzeby uznawane było od wieku pokwitania za normę, jedynym zaś, jakkolwiek łagodnym ograniczeniem, jakim społeczeństwo obwarowało aktywność seksualną, był nacisk kładziony na jej prywatność — postulat skromności, narzucany przez życie we wspólnocie.
Z kolei ci, którzy podejmowali się zawiązania i utrzymania partnerstwa — czy to homo — czy heteroseksualnego — napotykali przeszkody nie znane tym, którzy kontentowali się przygodnym seksem. Musieli stawić czoło nie tylko zazdrości, żądzy posiadania oraz innym chorobom namiętności, dla których rozwoju związek monogamiczny stanowi grunt tak odpowiedni, ale i zewnętrznym naciskom organizmu społecznego. Para podejmująca partnerstwo czyniła to ze świadomością, że może zostać w każdej chwili rozdzielona przez wymogi podziału pracy.
Kompoprac — Komisariat Podziału Pracy — starał się nie rozdzielać par i łączyć je na ich prośbę, gdy tylko było to możliwe; ale to nie zawsze dawało się zrobić, szczególnie w przypadkach pilnych werbunków, nikt też nie oczekiwał od Kompopracu, że dla osiągnięcia tego celu będzie zmieniał spisy bądź przeprogramowywał komputery. Anarresyjczyk zdawał sobie sprawę, że aby przetrwać, osiągnąć coś w życiu, musi być gotów udać się tam, gdzie jest potrzebny, i wykonać pracę, którą wykonać trzeba.
Wzrastał ze świadomością, że podział pracy to w życiu rzecz najważniejsza, pilna i nieustająca potrzeba społeczna — partnerstwo zaś jest sprawą osobistą, wyborem, którego wolno dokonać jedynie w obrębie tego istotniejszego wyboru.
Gdy wyboru kierunku dokonuje się jednak z własnej woli i podąża obraną drogą z ochotą, człowiekowi wydaje się, że wszystko mu sprzyja. Podobnie możliwość rozłączenia sprzyjała często umocnieniu wierności partnerów. Szczere i niewymuszone jej dochowywanie w społeczeństwie, w którym nie przewidziano żadnych prawnych ani moralnych sankcji za niewierność, zachowywanie jej przez okres dobrowolnie podjętej rozłąki, która zacząć się mogła w każdej chwili i trwać lata, stanowiło coś w rodzaju wyzwania. A istota ludzka lubi podejmować wyzwania, wolności szuka w przeciwnościach losu.
W roku 164 wielu ludziom, którzy by sami z siebie nigdy wolności nie szukali, dano jej zakosztować — i spodobała im się, polubili smak próby i niebezpieczeństwa. Susza, która zaczęła się latem 163, nie zelżała i zimą. Latem 164 bieda była już wielka, groziła katastrofa, gdyby susza potrwała dłużej.
Obowiązywało ścisłe racjonowanie; pobór do pracy był przymusowy. Zmagania o wyprodukowanie dostatecznej ilości pożywienia i rozprowadzenie go przybrały charakter zaciętej, rozpaczliwej walki. A jednak ludzie nie popadali w rozpacz. Pisała Odo:
Dziecię wolne od grzechu posiadania i przymusu ekonomicznej rywalizacji wzrośnie przepełnione wolą czynienia tego, co niezbędne, zdolne czerpać radość z tego, co czyni. Tym, co zabija duszę, jest praca bezsensowna. Szczęście karmiącej matki, nauczyciela, wracającego z łupem myśliwego, dobrego kucharza, zręcznego rękodzielnika, każdego wreszcie, kto wykonuje pracę pożyteczną i wykonuje ją dobrze — ta trwała radość stanowi prawdopodobnie najgłębsze źródło ludzkiego zadowolenia i uczuć społecznych w ogóle. Tamtego lata w Abbenay tętniła podskórnym nurtem owa właśnie radość. Najcięższe prace wykonywano z uśmiechem, ludzie byli gotowi zapominać o wszelkich troskach ledwie ukończono coś, co ukończenia wymagało. Odżyło stare hasło solidarności.
Społeczna więź okazała się w istocie silniejsza od wszystkiego, co poddawało ją próbie — i to napawało radością.
Wczesnym latem KPR rozwiesiła plakaty sugerujące, by skracać dzień pracy średnio o godzinę, gdyż przydział białka w jadłodajniach przestał być wystarczający dla normalnego, pełnego wydatku energii. Ożywiona aktywność miejskich ulic i tak już zresztą zaczęła maleć. Ludzie, uporawszy się z pracą, wałęsali się po placach, grali w kule w obumarłych parkach, wysiadywali na progach warsztatów i nawiązywali rozmowy z przechodniami. Liczba mieszkańców miasta wyraźnie spadła, kilka tysięcy wyjechało bowiem — na ochotnika bądź otrzymawszy przydział — do pilnych Prac na farmach. Wzajemne zaufanie uśmierzało jednak przygnębienie i obawy. „Do zobaczenia po wszystkim” — pozdrawiano się ze spokojem. Tuż pod powierzchnią tętniły potężne pokłady żywotności. Gdy wyschły studnie na północnych przedmieściach, wykwalifikowani i niewykwalifikowani ochotnicy, dorośli i młodzież, pracując w wolnym czasie, doprowadzili w trzydzieści godzin prowizorycznymi rurociągami wodę z innych dzielnic.
Późnym latem Szevek dostał pilny przydział na farmę do wspólnoty w Czerwonych Źródłach w Południowyżu. Korzystając z odrobiny deszczu, jaka spadła w porze równikowych burz, usiłowano przed nawrotem suszy posiać holum i zebrać plon.
Spodziewał się przydziału w każdej chwili, bowiem skończyła się już praca na budowie i zarejestrował się na liście prac ogólnych jako pracownik do dyspozycji. Przez cale lato nie robił nic innego, jak tylko wykładał na kursach, czytał, stawiał się na wszystkie wezwania ochotników zarówno w ich bloku, jak i w mieście, a potem przychodził do domu, do Takver i dziecka. Takver wróciła po pięciu dekadach do pracy w laboratorium, chodziła tam jednak tylko rano. Jako karmiąca matka, była uprawniona do otrzymywania dodatkowych przydziałów białka i węglowodanów i zawsze z obydwu korzystała; przyjaciele już nie mogli dzielić się z nią nadwyżkami żywności, bo nadwyżek żywności nie było. Choć schudła, wyglądała kwitnąco; dziecko było drobne, ale zdrowe.