Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Po chwili stanęli zdumieni i wściekli; na Boga, liczyli na to, że łatwo im pójdzie? Pewnie tak. Miał dwa lata przerwy w praktyce, więc zaczynał już dostawać zadyszki. Jednak dzięki większej wadze trudniej go było zwalić z nóg. Trzech na jednego, małego, grubego kalekę z obcych krajów, co? Lubicie taką równowagę? No to chodźcie, mali kanibale. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, rozkładając zapraszająco ręce, a w jednej wciąż bezsensownie ściskał torebkę z piekarni.
Skoczyli na niego obaj, zdradzając każdy następny ruch. Wystarczyło kilka obronnych kata, a odbijali się od niego siłą własne go rozpędu jak piłki, by w końcu wylądować na ziemi. Oszołomieni potrząsali głowami — biedne ofiary własnej agresji. Mark poruszył szczęką, której dosięgną! niezdarny cios zadany tak marnie, że mógł go najwyżej lekko podrażnić lub wyrwać z drzemki. Następna runda miała mniej szczęśliwy przebieg; skończyła się na tym, że musiał się odczołgać poza zasięg ciosów, wypuszczając w końcu torebkę z ciastkami, którą natychmiast rozdeptała czyjaś stopa. Potem jeden z napastników zdołał go złapać i zakleszczyć jak zapaśnik, a reszta poczęła go bardzo nieprofesjonalnie bombardować pięściami. Coraz bardziej brakowało mu tchu. Zamierzał się wyswobodzić, blokując ciosy ramieniem, a potem pędem uciec w stronę ulicy. Na tym walka mogłaby się zakończyć, bo wszyscy mieli już dość, gdyby jeden z tych kretynów nie wyciągnął poobijanego paralizatora i nie usiłował go dźgnąć.
Mark wymierzył mu niemal śmiertelnego kopniaka w szyję; zdążył jednak osłabić nieco siłę ciosu, który na dodatek nie trafił idealnie w cel. Przez but poczuł, jak rozgniata tkankę. Przez jego ciało przebiegł dreszcz i ogarnęła go fala mdłości. Ze zgrozą patrzył, jak dzieciak leży na ziemi, charcząc. Nie, nie uczono mnie walczyć. Uczono mnie zabijać. Niech to szlag. Chyba nie zmiażdżył mu krtani. Miał nadzieję, że nie uszkodził chłopakowi tętnicy szyjnej. Dwaj pozostali napastnicy zastygli wstrząśnięci.
Zza rogu wybiegł z tupotem Ivan.
— Co ty, u diabła, wyprawiasz? — spytał ochrypłym głosem.
— Nie wiem — wydyszał Mark. Stał zgięty, opierając ręce na kolanach. Krew z nosa zaplamiła mu w wielu miejscach nową koszulę. Dopiero teraz zaczął się trząść. — Zaskoczyli mnie. — Sam ich sprowokowałem. Po co w ogóle to robił? Wszystko stało się tak szybko…
— Ten mutas jest z panem, panie żołnierzu? — spytał z niedowierzaniem i lękiem chudzielec.
Mark zauważył, że Ivan walczy z pokusą wyparcia się wszelkich związków z jego osobą.
— Tak — wykrztusił w końcu Ivan. Wysoki, który wciąż stał, wycofał się powoli, odwrócił i uciekł. Chudzielec musiał zostać ze względu na obecność rannego i staruszki, lecz wyglądał, jakby też miał ochotę stąd zmykać. Wiedźma, która podniosła się ze swoje go miejsca i przykuśtykała do swego znokautowanego zawodnika, zaczęła wykrzykiwać pod adresem Marka oskarżenia i groźby. Tylko na niej zielony mundur oficerski Ivana zdawał się nie robić wrażenia. Po chwili zjawiła się straż miejska.
Kiedy Mark upewnił się, że ktoś zajmie się rannym, zamknął usta, pozwalając załatwić całą sprawę Ivanowi. Ivan łgał jak… prosty żołnierz, ani razu nie wymieniając nazwiska „Vorkosigan”. Z kolei strażnicy, zorientowawszy się, kim Ivan jest, opanowali histerię staruszki i czym prędzej uwolnili ich z kłopotów. Mark odstąpił od oskarżeń o napaść, Ivan ani słowem nie musiał go do tego nakłaniać. Trzydzieści minut później siedzieli w samochodzie. Tym razem Ivan jechał o wiele wolniej; zapewne nie otrząsnął się jeszcze z panicznego strachu, że oto niemal stracił osobę powierzoną jego opiece.
— Gdzie, u diabła, ten człowiek, który miał być moim aniołem stróżem na zewnątrz? — spytał Mark, ostrożnie badając palcami twarz. Nos w końcu przestał krwawić. Ivan nie chciał Marka wpuścić do samochodu, nie upewniwszy się wcześniej, że krwawienie ustało i Mark nie zamierza wymiotować.
— A jak sądzisz, kto wezwał strażników miejskich? Ochrona na zewnątrz ma przecież zachowywać się dyskretnie.
— Aha. — Bolały go żebra, ale chyba żadne nie było złamane. W przeciwieństwie do swego pierwowzoru nigdy nie złamał sobie kości. Mutas. — Czy Miles też musiał znosić takie rzeczy? — Przecież nic nie zrobił tym ludziom, tylko chciał przejść obok nich. Czy gdyby Miles był ubrany tak jak on teraz i szedł samotnie, też by go zaatakowali?
— Miles na pewno nie byłby tak głupi, żeby tam w ogóle wchodzić!
Mark zmarszczył brwi. Z tego, co mówił mu Galen, wywnioskował, że stopień Milesa czyni go odpornym na uprzedzenia Barrayarczyków wobec mutantów. Czy Miles rzeczywiście ciągle musiał się zastanawiać, co jest dla niego bezpieczne, gdzie może spokojnie iść, co może zrobić?
— A gdyby był — ciągnął Ivan — potrafiłby ich tak zagadać, że nic by mu nie zrobili. Prześliznąłby się. Po co, do cholery, wdałeś się z nimi w bójkę? Jeśli masz ochotę, żeby ci ktoś zdrowo przyłożył, zawsze możesz przyjść do mnie. Z radością wyświadczę ci tę przysługę.
Mark wzruszył ramionami. Czy tego właśnie pragnął w głębi duszy? Kary? Dlatego wszystko potoczył się tak szybko i przybrało tak fatalny obrót?
— Sądziłem, że wszyscy jesteście wielkimi Vorami. Dlaczego mielibyście się obok nich prześlizgiwać? Nie możecie ich po prostu rozdeptać jak robactwa?
Ivan jęknął.
— Nie. I bardzo się cieszę, że nie będę twoim stałym ochroniarzem.
— Ja także, jeśli to miała być próbka twoich kwalifikacji — odburknął Mark. Dotknął lewego kła; dziąsło i warga opuchły, ale na szczęście ząb się nie chwiał.
Ivan tylko coś mruknął. Mark oparł się wygodniej, zastanawiając się, co się stało z dzieciakiem, któremu uszkodziłem gardło. Strażnicy miejscy zabrali go do lekarzy. Mark nie powinien z nim walczyć; o mały włos by go zabił. Mógł zresztą zabić wszystkich trzech. W końcu to byli tylko mali kanibale. Zdał sobie sprawę, że właśnie dlatego Miles mógłby ich zagadać i prześliznąć się; nie ze strachu, nie dlatego że noblesse oblige, ale dlatego że ci ludzie nie dorastali do jego klasy. Mark poczuł się bardzo źle. Barrayarczycy. Boże, miej mnie w swojej opiece.
Ivan zawiózł go do swojego mieszkania, które mieściło się w wieżowcu w jednej z lepszych dzielnic, niedaleko zupełnie nowych, współczesnych budynków rządowych, gdzie znajdowała się kwatera główna Cesarskich Sił Zbrojnych. Pozwolił tam Markowi umyć się i usunąć z koszuli ślady krwi przed powrotem do Domu Vorkosiganów. Rzucając Markowi wyjętą z suszarki koszulę, Ivan zauważył:
— Jutro będziesz miał ciało w kolorowe łaty. Po czymś takim Miles spędziłby w szpitalu co najmniej trzy tygodnie. Musiałbym go stamtąd wywlec na jakiejś desce.
Mark zerknął na czerwone plamy, które zaczynały już sinieć. Powoli sztywniało mu całe ciało. Pół tuzina naciągniętych mięśni protestowało przeciw torturom, jakim zostały poddane. Wszystko to mógł zasłonić, ale przyczyny śladów na twarzy będzie musiał wyjaśnić. Wytłumaczenie, że miał wypadek samochodowy z Ivanem, mogło brzmieć całkiem wiarygodnie, ale wątpił, by to kłamstwo długo przetrwało.
Ivan oddał Marka księżnej, skracając opowieść o jego przygodzie do niezbędnego minimum: