Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 116
Перейти на страницу:

Mnich uniósł się z chrzęstem zbroi i ujął mnie za ramię.

— Chodźmy.

Na zewnątrz świeciło oślepiające słońce i wisiało ogromne, błękitne niebo. Ze szczytu dziwnego, płaskiego wzgórza widzieliśmy daleki horyzont, niknący wśród świetlistej mgiełki. Niekończące się błotniste pustkowie i łagodne wzgórza majaczące z jednej strony, suchą jałową równinę pokrytą krzewami i skałami z drugiej, aż po wznoszące się w oddali rude, ponure szczyty gór.

— Wcale nie miałeś ochoty z nami zostać, prawda? — zapytał Mrok. Rozmowa z kimś skrytym nieustannie za migotliwą zasłoną była uciążliwa. Mnich nie miał twarzy. Nie wiadomo było, czy się uśmiecha, kpi, czy mówi serio. Był tylko głos. Spojrzałem na niego, ale nie odezwałem się.

— Po prostu sądziłeś, że powinieneś. Że to jest twoje miejsce. Tymczasem wszystko, co spotkało ciebie i twojego przyjaciela, sprawiło, że nie jesteś pewien, czy w ogóle chcesz być dalej Kirenenem.

— A kim mógłbym być? — zapytałem. — Jestem Kirenenem bez względu na to, co sobie myślę albo jakie mam samopoczucie. Jestem bardziej niż mógłbyś przypuszczać. Może bardziej niż ktokolwiek tutaj. To moja natura. To nie coś, co można wybrać.

— Tak, ale myślę, że teraz nadzieję daje ci tylko przekonanie, iż jest jeszcze wielu innych, którzy postępują inaczej niż my. Którzy trzymają się zasad cywilizacji i kodeksu wojny. Że my tutaj jesteśmy spaczeni. Musiałeś uciekać przez cały kraj i patrzeć na rzeczy, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Patrzyłeś i myślałeś: „Gdzieś tam jest inny świat. Jest mój naród, który nigdy by tak nie postąpił. Był kiedyś taki kraj. Gdybym tylko mógł trafić między nich, gdybym mógł odnaleźć moją ojczyznę". A teraz znalazłeś i pierwsze, co doświadczyłeś, to niewybaczalne okrucieństwo. Z ręki swoich.

— Och, przestań się mazać, wielebny — warknąłem. — Jesteś człowiekiem świątobliwym, ale gadasz jak Amitraj. Raz tak, raz owak, raz ci przykro, a raz uważasz się za sprawiedliwego. Miotasz się jak chorągiewka, zależnie, co poczujesz. Zdecydowaliście, że w waszej sytuacji wolno wam wydobywać wiadomości torturami, więc nie udawaj teraz, że to niewybaczalne. Jest wybaczalne, bo zdecydowaliście, że tak uczynicie. Wojna to tryumf konieczności! Kirenen zastanawia się, zanim zdecyduje. A kiedy zdecyduje, nie może tego już cofnąć. Musi stanąć twarzą w twarz ze swoim wyborem. Zdecydowaliście, że zrobicie coś, co zapaskudzi wam go-hanmi i będzie niegodne. Postanowiliście przyjąć to na siebie, bo stawka jest wysoka i jest to może konieczne. Więc unieś twarz i przyjmij ciężar, jaki wybrałeś. Nie dopominaj się o moje wybaczenie, bo jeszcze przed godziną robiłem pod siebie z bólu i przerażenia.

Umilkłem, bo Mrok położył glewię na ziemi i z chrzęstem skłonił przede mną pokrytą kolczugą głowę.

— Kodai massa, tohimon!

— Matagei — mruknąłem. A nagle usłyszałem lekkie dzwonienie stalowych kółek. Głowa mnicha drżała lekko i pomyślałem, że płacze, gdy zrozumiałem, że Mrok śmieje się bezgłośnie.

— Kpisz ze mnie? — zapytałem.

— Nie, synu Oszczepnika. Ale twoja reprymenda była tak naturalna, że w ustach chłopca aż nieoczekiwana. Nawykłeś do rozkazywania i to od dawna. Unikaj tego, bo to najgłupszy sposób, w jaki możesz się zdradzić. Miałbyś oczywiście rację, gdyby nie to, że nastąpiło nieporozumienie. Mówiłem tylko, że wiem, co czujesz i co sam czułbym na twoim miejscu. Ja patrzę na świat inaczej niż normalni ludzie. Jak każdy mnich jestem trochę szalony. Widzę połączenia.

— Widzisz połączenia?

— Właściwie przeczuwam. Między sprawami, ludźmi i celami. Są delikatne jak nić i mogą zostać przerwane, lecz są widoczne. Łatwo je pozrywać i postąpić wbrew losowi. Od upadku Tygrysiego Tronu brniesz przez wrogi kraj. Wędrujesz z misją, która nie ma dla ciebie żadnego sensu. Sam wśród wrogów. Gdybyś trafił między nas i nie spotkała cię z naszej strony krzywda, już byś tu został. Trafiłeś między swoich, a to, co robimy, ma prosty, łatwy do przyjęcia sens. Chcemy przetrwać. Chcemy się bronić. Po prostu stanąłbyś u naszego boku. To wydaje się dużo mądrzejsze niż beznadziejna podróż w niejasnym celu. Po prostu zerwałbyś nici. A tak wolisz chyba wrócić na szlak i kontynuować swoją misję. Skrzywdzono cię, więc nie będziesz się wahał. Pójdziesz, gdzie prowadzą cię linie losu. Tak czasem działa rozum człowieka.

Stanęliśmy przed okrągłym otworem kolejnego, lśniącego niczym perła kulistego budyneczku.

— Odpocznij — powiedział kapłan. — Kazałem tu umieścić twoje rzeczy, posłałem też po napar. Jest mata do spania, koce i lampa. Ktoś przyniesie ci coś do jedzenia.

— Gdzie znajdę Brusa? Chcę go zobaczyć.

Machnął ręką, wskazując gdzieś poza krawędź płaskowyżu, jakby chciał powiedzieć, że Brus odfrunął na południe.

— Na pierwszym poziomie, tam gdzie mój lazaret. Ale on teraz głęboko śpi. Podałem mu zioła. Nie obudzi się wcześniej niż jutro koło południa. Wtedy sam cię zaprowadzę.

Zostałem sam. Sam, w okrągłym, pustym budynku, przypominającym wielką, odwróconą miskę do zupy, rozświetlonym jasnym blaskiem, jakby kamień, z którego był zbudowany, przeświecał niczym cienki papier. W czasach pokoju nikt nie zbliżał się do prastarych ruin. Zdarzały się w nich dziwne rzeczy. Pojawiały się światła i głosy, otwory czasem zamykały się, a budynki zmieniały położenie. Widywano demony. Powszechnie uważano, że ruiny są przeklęte. Ale teraz była wojna i cudaczne, trochę przerażające budowle zapomnianych ludów stały się po prostu schronieniem. Niczym więcej. Na świecie były znacznie gorsze rzeczy niż przedwieczne demony, a tutaj przynajmniej nie padało na głowę.

Przez długi czas siedziałem na zwiniętej macie i tępo patrzyłem na zewnątrz. Na idealnie równy płaskowyż zastawiony kulistymi budowlami, po którym krzątali się ludzie. Kireneni.

Moi ludzie.

Nie wiem, skąd wzięło się we mnie kiedyś przekonanie, że jeśli odnajdę rodaków, to stanę na ich czele. Byłem tylko niedobitkiem klanu Żurawia. Prawie dzieckiem. Choćbym powiedział im wszystkim, kim jestem, to czas Tygrysiego Tronu minął. Cesarz bez swojego pałacu, bez zbrojnych i bez poddanych wierzących w jego władzę jest nikim. Zwykłym człowiekiem.

Pod ścianą ktoś postawił mój kosz podróżny. Ucieszyłem się, że tropiciele go zabrali, choć to było logiczne. Obserwowali nas przez cały dzień, bo wydaliśmy się dziwni. Podejrzani. Więc rzeczy, które mieliśmy przy sobie, też miały znaczenie. Zabrali, żeby je zbadać, ale i tak miło, że oddali.

Wyjmowałem wszystko z kosza i rozkładałem ostrożnie na macie. Uspokajało mnie to i miało pozór jakiegoś celowego działania. Niczego nie brakowało, poza tym, że niektóre zapasy zdążyły się zepsuć, więc je wyrzuciłem. A potem zorientowałem się, że to rzeczywiście mój kosz, nie Brusa. Ubrania miały odpowiedni rozmiar, znalazłem nawet swoją kulę życzeń. Przez chwilę patrzyłem na nią i zastanawiałem się, dlaczego nie chce mi się płakać. Uczucie było takie, jakby moje serce wyschło na kamień i stwardniało niczym glina.

Odłożyłem kulę pieszczotliwie na bok, pogładziłem kij szpiega. Miecz, łańcuch, ostrze włóczni, które mogło też być nożem. Klejony, drewniany trzonek udający kij rozkładał się na kilka części. Wziąłem jedną z moich przepasek i wyczyściłem ostrza, znalazłem również małą ceramiczną osełkę i doprowadziłem broń do porządku. Odlałem trochę oliwy z lampy i nasmarowałem brzeszczoty, potem złożyłem kij z powrotem w jedną całość.

Gdybym miał worek i trochę dębowych trocin, oczyściłbym jeszcze łańcuch.

1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)