Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
Felicja siedziała nieruchomo na swym zwierzęciu, jakby była tylko widzem tej rzezi. Jeden z roninów zaczął bić swojego wierzchowca piętami, rzucił się w tłum i ściągnął wodze. Jakieś chaliko stanęło dęba i uderzyło zakrzywionymi szponami w zad jego wierzchowca. Japoński wojownik z pradawnym okrzykiem bojowym zmusił swoje chaliko do wspięcia się na tylne łapy; przednimi zadawało straszliwe ciosy, które zwaliły strażnika i jego zwierzę na ziemię w kłębiącą się masę ciał. Drugi ronin nadbiegł pieszo i chwycił lancę zrzuconego żołnierza.
— Psodźwiedź! Za tobą, Tat! — ryknął Ryszard.
Wojownik okręcił się w miejscu i wsparł tylce lancy o ziemię w chwili, gdy amficjon rzucił się do skoku. Zwierzę z przebitą na wylot szyją poleciało dalej siłą bezwładu i zmiażdżyło ronina zwanego Tat. Ryszard podbiegł i wbił ostrze miecza w oko wijącego się w drgawkach potwora, po czym zaczął go ściągać z ciała wojownika. Ale ktoś krzyknął:
— Leci następny!
Ryszard podniósł głowę i o cztery metry od siebie ujrzał czarny kształt z płonącymi oczami.
Felicja niewzruszenie przyglądała się walce; twarz miała niemal zupełnie zakrytą przyłbicą hełmu.
Szarżujący amficjon odwrócił się od Ryszarda I skoczył ponad stromym brzegiem jeziora; w locie wrzeszczał aż wpadł do wody z potężnym pluskiem. Basil i rycerz Dougal bezradnie krążyli na chalikach wokół rozjazgotanego kłębowiska, patrząc z wahaniem na młócące wokół krwawe pazury i zmagające się postacie. Zerwawszy zawadzający mu welon i barbet, Ryszard podniósł drugą lancę i rzucił ją Basilowi. Ten jednak zamiast nią kłuć, wziął zamach jak oszczepem i rzucił; trafił jednego z żołnierzy tuż nad górnym brzegiem zbroi na plecach. Grot wśliznął się pod skraj hełmu i przebił żołnierzowi podstawę czaszki. Trafiony zwalił się jak worek piasku.
Felicja przyglądała się walce.
Z otaczającego ich cienia nie wychynęły już żadne psodźwiedzie, te zaś, które jeszcze pozostały przy życiu, zajęte były rozszarpywaniem czegoś, co leżało obok ciała martwego białego chalika. Jeden tylko żołnierz stał wśród warczących zwierząt, rąbiąc je w powolnym ruchu jak pomalowany świeżą czerwoną farbą automat.
— Musicie go zabić — powiedziała Felicja.
Nie znaleźli już więcej lanc. Ryszard podbiegł do siedzącego na swym chaliku Rycerza, wręczył mu brązowy miecz i pokazał palcem:
— Bierz go, Dougal!
Strojny średniowieczny rycerz jak w transie chwycił oręż i odczekał do stosownego momentu, nim wjechał w stłoczone ciała martwych i umierających zwierząt i ludzi. Jednym ruchem odciął głowę nadaremnie siekącej bronią postaci.
Gdy upadł ostatni żołnierz, pozostały jeszcze dwa żywe psodźwiedzie. Ryszard znalazł drugi miecz i gotował się do stawienia im czoła, ale stwory chwycił jakiś atak. Niechętnie cofały się od swej ofiary, wyładowując wściekłość w wyciu. Wreszcie zawróciły i skoczyły ku własnej zgubie z urwiska nad jeziorem.
Niebo zaróżowiło się. Ze stłoczonej grupy ogłupiałych więźniów, których zagonili na bok w czasie potyczki Klaudiusz i Amerie, rozległy się zdławione głosy i histeryczne szlochy. Teraz uwolnieni zaczęli się zbliżać do miejsca masakry. Cichły jęki umierających chalików, gdyż pozostały przy życiu ronin podchodził kolejno z mieczem do zwierząt i wymierzał im cios litości. Pierwsze poranne ćwierkania wróbli, proste i podniosłe jak śpiew gregoriański, rozległy się wśród wysokich pni sekwoi.
Felicja stanęła w siodle, rozłożyła ramiona i zacisnęła pięści; głowę w pierzastym hełmie odrzuciła do tyłu. Następnie skręciła się z bólu, krzyknęła i opadła bezwładnie na wysoki tylny łęk siodła.
Japończyk pochylił się nad skrwawionym ciałem białego chalika, mruknął i przywołał gestem Ryszarda. Były kapitan żeglugi kosmicznej, odrętwiały z wysiłku, jedynie przez ciekawość zbliżył się niepewnym krokiem do krwawej masy; habit zakonnicy, który miał na sobie, utrudniał mu poruszanie się. Na ziemi wśród trupów leżał pogryziony ohydny kadłub bez kończyn, omotany krwawymi szmatami. Jedna strona jego twarzy była rozdarta do kości, lecz druga nadal piękna i nie tknięta.
Uniosła się powieka. Ku Ryszardowi wyjrzało zielone oko. Umysł Epone schwycił go i zaczął chylić ku ziemi.
Ryszard wrzasnął. Zaczął ciąć i rąbać mieczem z brązu to, co leżało pod nim, ale nieubłagany chwyt trzymał go twardo. W oczach Ryszarda światło poranka zaczęło blednąc, poczuł, że coś go wlecze do miejsca, z którego już nie ma powrotu.
— Żelazo! — usłyszał wysoki głos Rycerza. — Żelazo! Tylko od niego ginie wiedźma!
Bezużyteczny miecz upadł. Ryszard zaczął na oślep gmerać przy swej ręce. Ciągle się zapadał, ale znalazł wreszcie narzędzie zbawienia i wbił głęboko jego stalowe ostrze między bezpierśne, białopurpurowe żebra, aż po szaleńczo bijące serce, które się zatrzymało, a mieszkający w ciele Epone duch uleciał uwolniony, przez co uwolnił także Ryszarda.
Basil i ronin chwycili Ryszarda za ramiona i odciągnęli go stamtąd. Oczy miał wytrzeszczone i krzyczał jeszcze, ale nie wypuszczał sztyletu o złotej rękojeści. Nie zwrócili uwagi na obłąkanego Dougala który zeskoczył z siodła i zaczął coś deptać zakutymi w zbroję nogami.
Felicja krzyknęła ostrzegawczo.
Nie zważając na nią Rycerz wyciągnął ze szczątków okrwawioną złotą obręcz i cisnął daleko do jeziora, które pochłonęło ją bez śladu.
14
Gdy następnego wieczoru kierujący się ku południowi podróżnicy zatrzymali się w Darask, w stojącym tam nad brzegiem rzeki pałacu panował zamęt. Miejscowa władczyni leżała oczekując bliźniaków, lecz nadejście porodu niebezpiecznie się przedłużało. Creyn poszedł udzielić jej pomocy lekarskiej. Więźniów powierzono opiece noszącego srebrną obręcz majordoma, czarnego Irlandczyka, który natychmiast przedstawił się jako Hughie B. Kennedy VII i odprowadził ich pod strażą do wielkiej sali na najwyższym piętrze pałacu.
— Będzie wam dziś niewygodnie, przyjaciele — powiedział Kennedy. — Chłopcy i dziewczyny razem, ale tylko tutaj możemy wam zapewnić bezpieczeństwo. Tej nocy nie możemy sobie pozwolić na strażników przy osobnych pokojach, bo nasza biedna Lady Estella Sirone jest w krytycznej sytuacji, a cholerni Firvulagowie krążą dokoła, bo poczuły, co się święci. Będzie wam tu przynajmniej chłodno, a i komary nie dolatują tak wysoko. Na balkonie czeka na stole dobra kolacja.
Strażnicy pałacowi wnieśli nosze Steina i przełożyli go na jedno z łóżek pod baldachimem.
— Ależ on potrzebuje pomocy! — zaprotestowała Sukey. — Przez cały dzień nie jadł, nie pił i w ogóle… nic.
— Nim się nie przejmuj — odrzekł Kennedy.
— Gdy się kogoś usypia obręczą — dotknął swojej — to tak, jakby był w katalepsji. Twój przyjaciel jest w takim stanie jak hibernujące zwierzęta, z zupełnie spowolnioną przemianą materii. Wytrzyma do jutra. A wtedy, jeśli Bóg zechce, z naszą Lady będzie już wszystko w porządku i będziemy mogli mu poświęcić trochę czasu. — Majordomo popatrzył na Sukey przenikliwie. — Coś mi się widzi, że będziesz go dobrze doglądać.
Więźniom pozwolono wziąć z bagaży tylko ubranie na zmianę, resztę zabrali strażnicy. Kennedy jeszcze raz przeprosił za skromne przyjęcie i już miał zamknąć drzwi na zamek, gdy podeszła do niego Elżbieta i powiedziała cicho:
— Muszę porozmawiać prywatnie z Creynem. To ważne.
Majordomo zmarszczył brwi.