Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
– Fantastyczne! – wykrzyknął Sandler. – Niech pan to opowie ze szczegółami na konferencji prasowej w San Francisco.
Taksówka zatrzymała się z piskiem kół przed halą dworca lotniczego.
Burt Sandler wręczył kilka pięciofuntowych banknotów taksiarzowi. Spojrzał na zegarek.
– Doktorze Flyte, ładujemy pana do samolotu.
Ze swego fotela przy oknie Timothy Flyte obserwował, jak światła miasta nikną pod burzowymi chmurami. Odrzutowiec pruł w górę przez deszcz. Wkrótce wznieśli się ponad chmury, burza była pod nimi, czyste niebo nad nimi. Promienie księżyca odbijały się od zwichrowanych grzbietów chmur, a noc wokół samolotu przepełniło łagodne, nieziemskie światło.
Napis nakazujący zapięcie pasów zgasł.
Flyte odpiął pasy, ale nie mógł się rozluźnić. Jego myśli były równie rozwichrzone jak burzowe chmury.
Przeszła stewardesa, pytając, co podać. Poprosił o szkocką.
Czuł się jak nakręcona sprężyna. W ciągu jednego wieczoru całe jego życie uległo zmianie. Jeden dzień dostarczył mu więcej wrażeń niż cały ostatni rok.
Stan napięcia nie był niemiły. Flyte był co najmniej zadowolony, że zostawia za sobą przygnębiający żywot; wkraczał w nowe, lepsze życie tak szybko, jakby wkładał nowy garnitur. Prezentując publicznie swoje teorie znów narazi się na śmiech i wszystkie stare, znane oskarżenia. Ale pojawiła się również szansa, że w końcu udowodni swą rację.
Wypił podaną szkocką. Zamówił następną. Powoli nadchodziło odprężenie.
Wokół samolotu rozpościerała się niezgłębiona noc.
7
Z zakratowanego okna celi dla zatrzymanych tymczasowo Fletcher Kale miał dobry widok na ulicę. Całe przedpołudnie obserwował ściągających dziennikarzy. Tam działo się coś dużego.
Niektórzy współwięźniowie przekazywali wieści z celi do celi, ale żaden z nich nie przekazał niczego Kale'owi.
Nie cierpieli go, często mu urągali, wymyślając od dzieciobójców. Klasy społeczne istnieją nawet w więzieniu i nikt nie stał niżej na tej drabinie niż zabójca dzieci.
To było prawie śmieszne. Nawet złodzieje samochodów, włamywacze, zatrzymani za rozbój i defraudanci czuli potrzebę moralnej wyższości. Więc lżyli i prześladowali każdego, kto skrzywdził dziecko i dzięki temu czuli się wywyższeni jak księża i biskupi.
Durnie. Kale czuł do nich pogardę.
Nie prosił nikogo o podrzucenie informacji. Nie da im tej satysfakcji. A nuż go oleją?
Wyciągnął się na pryczy i z otwartymi oczami marzył o swym wspaniałym przeznaczeniu: sława, władza, bogactwo…
Leżał jeszcze, kiedy o jedenastej trzydzieści przyszli zabrać go do sądu, żeby postawić w stan oskarżenia pod zarzutem podwójnego morderstwa. Strażnik otworzył drzwi. Drugi mężczyzna – siwy, brzuchaty policjant – wszedł i skuł więźnia.
– Brakuje nam dziś ludzi – powiedział do Kale'a. – Tylko mnie przydzielono do ciebie. Ale nich ci nie strzeli do głowy jakaś kretyńska myśl o ucieczce. Jesteś zaobrączkowany, ja mam broń i nic nie sprawi mi większej przyjemności, niż odstrzelić ci dupę.
Zarówno w oczach strażnika jak i zastępcy widniała odraza.
W końcu Kale pojął, że istnieje realna groźba, iż spędzi resztę życia w więzieniu. Ku własnemu zdumieniu zapłakał, kiedy wyprowadzano go z celi.
Więźniowie gwizdali, wyśmiewali go, obsypywali wyzwiskami.
Brzuchaty mężczyzna szturchnął Kale'a w żebra.
– No, ruszajże się.
Kale pokuśtykał korytarzem na uginających się nogach. Odsunięto przed nim kratę. Wyszli z części więziennej. Strażnik trzymał się z tyłu, ale zastępca popychał Kale'a w kierunku wind, poszturchiwał zbyt często i zbyt mocno nawet wtedy, gdy nie było to konieczne. W Kale'u litość nad samym sobą ustępowała z wolna miejsca gniewowi.
W małej, powoli zjeżdżającej windzie uświadomił sobie, że zastępca przestał dostrzegać w nim zagrożenie. Był pełen obrzydzenia; zniecierpliwiony i zażenowany rozsypką więźnia.
Nim otwarły się drzwi, zmiana zaszła również w Kale'u. Nadal chlipał cicho, ale łzy nie były już autentyczne i trząsł się raczej z podniecenia niż z rozpaczy.
Minęli następną wartę. Zastępca przedstawił plik dokumentów strażnikowi, który mówił do niego Joe. Strażnik spoglądał na Kale'a z nie ukrywanym obrzydzeniem. Kale odwracał oczy, jakby wstydził się samego siebie. I nie przestawał płakać.
Wraz z Joem znaleźli się na dworze. Przecinali teraz wielki parking. Szli wzdłuż biało-zielonych policyjnych wozów patrolowych, ustawionych przed ogrodzeniem z grubej siatki, zwieńczonej drutem kolczastym. Dzień był słoneczny, ciepły.
Kale dalej płakał i udawał, że nogi ma jak z waty. Garbił ramiona i trzymał nisko głowę. Ciągnął za sobą apatycznie nogi jak człowiek załamany, pogrążony.
Poza nim i zastępcą na parkingu nie było nikogo. Tylko ich dwójka. Idealnie.
Przez całą drogę do samochodu Kale czyhał na moment właściwy do ataku. Przez chwilę myślał, że nigdy się nie nadarzy.
Joe pchnął go na samochód, zrobił półobrót do drzwi – i Kale zaatakował. Rzucił się na niego, kiedy mężczyzna pochylił się wkładając kluczyk do stacyjki. Zastępca stęknął i zamachnął się pięścią. Za późno. Kale zrobił unik, doskoczył szybko i całą siłą grzmotnął nim o samochód, przyszpilił do wozu. Twarz Joego zbielała, rączka od drzwi wbiła mu się mocno w krzyże. Kluczyki wyleciały z ręki, ale w tym samym momencie sięgnął po rewolwer do kabury.
Kale wiedział, że skutymi rękoma nie wydrze mu broni. Jeśli rewolwer zostanie wyciągnięty, będzie po walce.
Więc rzucił mu się do gardła. Zębami. Ugryzł głęboko, poczuł buchającą krew, ugryzł znowu, wepchnął usta w ranę, jak atakujący pies, i ugryzł jeszcze raz. Joe krzyknął, ale był to tylko skowyt-rzężenie-westchnienie, którego nikt nie mógł usłyszeć. Broń wypadła ze spazmatycznie drgającej ręki na kaburze i obaj upadli ciężko – Kale na górze – i Joe próbował znowu krzyknąć, więc Kale wbił mu kolano w krocze, a krew poleciała wieloma bluzgnięciami z gardła rannego.
– Skurwysynu – powiedział Kale.
Twarz zastępcy zmartwiała. Krew przestała tryskać z rany. Było po wszystkim.
Kale nigdy nie czuł się tak potężny, tak pełen życia.
Rozejrzał się po parkingu. Nikogo w pobliżu.
Podpełzł do kółka z kluczykami, sprawdził jeden po drugim, znalazł klucz od kajdanek. Rozpiął je, wyrzucił pod wóz patrolowy.
Wtoczył pod wóz trupa, usunął z widoku.
Otarł twarz rękawem. Koszulę miał w plamach i smugach krwi. Nic na to nie mógł poradzić. Ani na fakt, że miał na sobie obwisły, niebieski więzienny strój z szorstkiej wełny i parę płóciennych butów na gumie.
Czując się jak na widelcu, pobiegł wzdłuż siatki, minął otwartą bramę. Przeszedł na drugą stronę tylnej uliczki i znalazł się na innym parkingu, za dużym zespołem jednopiętrowych domów mieszkalnych. Spojrzał w okna z nadzieją, że nikt nie patrzy.
Na parkingu stało ze dwadzieścia samochodów. Żółty datsun miał kluczyki w stacyjce. Kale usiadł za kierownicą, zamknął drzwi i odetchnął z ulgą. Przestał rzucać się w oczy i dysponował środkiem transportu.
Pudełko chusteczek higienicznych stało na desce rozdzielczej. Poślinił kilka. Oczyściwszy twarz, spojrzał na siebie w lusterko i uśmiechnął się szeroko.
8
Podczas gdy oddział generała Copperfielda dokonywał autopsji i testów w polowych laboratoriach, Bryce Hammond sformował dwa zespoły przeszukiwawcze i zaczai, budynek po budynku, przeglądać miasto. Frank Autry prowadził pierwszą grupę, a major Isley towarzyszył mu jako członek Programu Obserwator Nieba. Kapitan Arkham dołączył do grupy Bryce'a. Kwartał za kwartałem, ulica za ulicą, dwa zespoły nie oddalały się od siebie bardziej niż o budynek, utrzymując kontakt przez walkie-talkie.