Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaTylko przewoźnik i ważki wydawali się obojętnie traktować tę podróż. Wielkie owady jaśniały kolorami i urodą nawet w lepkiej mgle, otrząsały z wilgoci przejrzyste skrzydełka; a starzec w chałacie z worków pochylał się w tył i w przód, w tył i w przód, zapierając bose stopy o wilgotne, śliskie dno łodzi.
Podróż trwała dłużej, niż Lyra przypuszczała. Chociaż jej cząstka konała z bólu, wyobrażając sobie Pantalaimona porzuconego na brzegu, inna cząstka uczyła się znosić cierpienie, mierzyła własną siłę, zaciekawiona, co będzie dalej i gdzie wylądują.
Will obejmował ją mocnym ramieniem, ale on również patrzył w przód, próbował przebić wzrokiem wilgotne szare opary i usłyszeć coś więcej poza pluskiem wioseł. Wkrótce zauważył zmianę: przed nimi leżała skała lub wyspa. Usłyszeli inny dźwięk, zanim jeszcze zobaczyli, że mgła pociemniała.
Przewoźnik pociągnął jednym wiosłem, żeby skręcić trochę w lewo.
– Gdzie jesteśmy? – rozległ się głos kawalera Tialysa, nikły, lecz silny jak zawsze, chociaż brzmiący szorstko, jakby kawaler również cierpiał.
– Niedaleko wyspy – odparł przewoźnik. – Jeszcze pięć minut i wylądujemy.
– Jakiej wyspy? – zapytał Will; on również mówił z trudem, głosem tak zdławionym, że niemal obcym.
– Brama do krainy zmarłych jest na tej wyspie – wyjaśnił przewoźnik. – Wszyscy tu przybywają, królowie, mordercy, poeci i dzieci; wszyscy tędy odchodzą i nikt nie wraca.
– My wrócimy – szepnęła Lyra z naciskiem.
Nie odpowiedział, ale litość wypełniała jego stare oczy. Podpłynąwszy bliżej, zobaczyli gałęzie cyprysów i cisów zwieszone nisko nad wodą, ciemnozielone, ponure.
Grunt wznosił się stromo, a drzewa rosły tak gęsto, że chyba tylko łasica mogła prześliznąć się między nimi; na tę myśl Lyra wydała krótki szloch połączony z czkawką, bo Pantalaimon na pewno pokazałby jej, że potrafi tego dokonać, ale nie teraz, może już nigdy.
– Czy my umarliśmy? – zwrócił się Will do przewoźnika.
– To bez różnicy – odparł starzec. – Niektórzy tutaj przybywają i wcale nie wierzą, że umarli. Przez całą drogę upierają się, że żyją, że to pomyłka, ktoś za to zapłaci; bez różnicy. Inni jeszcze za życia pragną umrzeć, biedne dusze, za życia pełnego bólu lub nieszczęścia; zabijają się, szukając błogosławionego spoczynku, i odkrywają, że nic się nie zmieniło, najwyżej na gorsze, bo tym razem nie ma ucieczki; nie można żyć od nowa. Zdarzają się inni, tacy słabi i chorzy, czasami małe dzieci, ledwie się narodziły i już odchodzą do krainy zmarłych. Wiele, wiele razy płynąłem tutaj z płaczącym niemowlęciem na kolanach, które nigdy nie poznało różnicy pomiędzy światem na górze i na dole. No i starzy, bogaci są najgorsi, wściekli i oburzeni, wrzeszczą, pomstują i przeklinają mnie: za kogo ja się uważam? Przecież zgarnęli i uciułali tyle złota! Czy odwiozę ich z powrotem na brzeg, jeśli teraz oddadzą mi trochę? Postawią mnie przed sądem, mieli wpływowych przyjaciół, znali papieża, króla takiego i księcia owakiego, mogą mnie skazać na chłostę... Ale w końcu dociera do nich prawda: że mogą jedynie popłynąć w mojej łodzi do krainy zmarłych, zaś owi królowie i papieże też się tam znajdą w swoim czasie, prędzej, niżby sobie życzyli. Pozwalam im wrzeszczeć i wymyślać; nie mogą mi nic zrobić; w końcu cichną... Więc jeśli nie wiecie, czy umarliście, a ta dziewczynka zaklina się, że powróci do krainy żywych, nie zamierzam się wam sprzeciwiać. Dowiecie się już niedługo, czym jesteście.
Przez cały czas wiosłował miarowo wzdłuż brzegu. Teraz wyciągnął wiosła z wody, wsunął uchwyty do łodzi i sięgnął w prawo do pierwszego drewnianego słupa, który wystawał z jeziora.
Przyciągnął łódź do wąskiego nabrzeża i przytrzymał, żeby nie kołysała się przy wysiadaniu. Lyra nie chciała wyjść na brzeg; dopóki siedziała w łodzi, Pantalaimon mógł ją sobie wyobrażać prawidłowo, ponieważ tak ją widział po raz ostatni, ale gdyby wysiadła, nie wiedziałby, jak o niej myśleć. Więc wahała się, ale ważki wzleciały w powietrze i Will wstał, blady, trzymając się za pierś, więc ona też musiała.
– Dziękuję – powiedziała do przewoźnika. – Kiedy wrócisz, jeśli zobaczysz mojego dajmona, powiedz mu, że go kocham najbardziej ze wszystkich istot żywych czy zmarłych, i przysięgam, że wrócę do niego, nawet jeśli nikt przedtem tego nie dokonał, wrócę na pewno.
– Tak, powiem mu – obiecał stary przewoźnik. Odbił od nabrzeża i powolny plusk jego wioseł rozpłynął się we mgle.
Gallivespianie, którzy nieco się oddalili, przylecieli z powrotem i usiedli na ramionach dzieci jak przedtem – ona na Lyrze, on na Willu. I tak wędrowcy stanęli na skraju krainy zmarłych. Przed nimi była tylko mgła, chociaż ciemniejsza smuga wskazywała, że dalej wznosi się potężny mur.
Lyra zadrżała. Miała wrażenie, że jej skóra zmieniła się w koronkę, a zimne, wilgotne powietrze przepływa swobodnie między żebrami i boleśnie mrozi otwartą ranę, puste miejsce po Pantalaimonie. Przecież, pomyślała, Roger na pewno czuł to samo, kiedy spadł w przepaść, daremnie czepiając się jej palców.
Stali w milczeniu i nasłuchiwali. Słyszeli tylko uporczywe kap, kap, kap wody spływającej z liści; kiedy unieśli twarze, kilka zimnych kropli rozbryznęło im się na policzkach.
– Nie możemy tutaj zostać – powiedziała Lyra. Zeszli z nabrzeża i, trzymając się blisko siebie, podeszli do muru. Gigantyczne kamienne bloki, pozieleniałe od wiekowej wilgoci, wznosiły się we mgle wyżej, niż sięgał wzrok. Z bliska słyszeli jakieś krzyki za murem, chociaż nie potrafili rozróżnić, czy to ludzkie głosy: piskliwe, żałosne skowyty i jęki, które dryfowały w powietrzu niczym macki meduzy, boleśnie parzące przy dotknięciu.
– Tam są drzwi – oznajmił Will zachrypłym, napiętym głosem.
Pod płytą kamienia znajdowała się drewniana poobijana furtka. Zanim Will zdążył wyciągnąć rękę, żeby ją otworzyć, tuż obok rozległ się kolejny ostry, przenikliwy wrzask, świdrujący w uszach, który straszliwie ich przeraził.
Gallivespianie natychmiast wzbili się w powietrze; ważki rwały się do walki niczym bojowe rumaki. Lecz stwór, który sfrunął z nieba, zmiótł je na bok machnięciem skrzydła, po czym wylądował ciężko na skalnym występie tuż nad głowami dzieci. Tialys i Salmakia pozbierali się i uspokoili swoje spłoszone wierzchowce.
Stwór wyglądał jak ogromny ptak wielkości sępa, z twarzą i piersiami kobiety. Will widywał takie istoty na obrazach i jak tylko ją zobaczył, z jego pamięci wypłynęło słowo „harpia”. Twarz miała gładką, bez zmarszczek, lecz starszą nawet niż długowieczne czarownice; tysiące lat okrucieństwa i niedoli uformowały jej rysy w wyraz nienawiści. Ale z bliska wyglądała jeszcze bardziej odrażająco. Brudny śluz zalepiał jej oczodoły, czerwone wargi złuszczyły się i popękały, jakby harpia wciąż wymiotowała zakrzepłą krwią. Czarne, zmatowiałe od brudu włosy opadały jej na ramiona, zakrzywione szpony kurczowo wpijały się w kamień; potężne ciemne skrzydła złożyła na plecach i przy każdym ruchu wydzielała fale ohydnego smrodu.
Will i Lyra, walcząc z mdłościami, podnieśli głowy i spojrzeli na nią.
– Ależ wy żyjecie! – wykrzyknęła harpia ostrym, szyderczym głosem.
Will poczuł, że boi jej się bardziej niż jakiejkolwiek ludzkiej istoty na świecie.
– Kim jesteś? – zapytała Lyra, również zdjęta obrzydzeniem jak Will.
W odpowiedzi harpia wrzasnęła. Otworzyła usta i skierowała strumień dźwięku prosto w twarze dzieci, aż zadzwoniło im w uszach i zatoczyły się do tyłu. Will chwycił Lyrę i podtrzymywali się wzajemnie, kiedy wrzask przeszedł w urągliwy, obłąkańczy śmiech, któremu zawtórowały we mgle głosy innych harpii. Drwiące, pełne nienawiści głosy przypomniały Willowi bezlitosne okrucieństwo dzieci na szkolnym boisku, ale tutaj żaden nauczyciel nie pilnował porządku, nie było do kogo się zwrócić, nie było gdzie się schować.