Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 112
Перейти на страницу:

Will oparł dłoń na rękojeści noża i spojrzał harpii w oczy, chociaż w głowie mu dzwoniło i chwiał się na nogach od samej siły jej wrzasku.

– Jeśli chcesz nas powstrzymać – powiedział – to radzę ci, żebyś walczyła równie dobrze, jak krzyczysz. Bo my wchodzimy przez te drzwi.

Ohydnie czerwone usta harpii znowu się poruszyły, ale tym razem tylko szyderczo cmoknęła. Potem powiedziała:

– Twoja matka jest sama. Ześlemy na nią koszmary. Będziemy na nią krzyczeć we śnie!

Will nie zareagował, ponieważ kątem oka widział, że lady Salmakia ostrożnie przesuwa się po gałęzi w stronę harpii. Jej ważka o drżących skrzydłach siedziała na ziemi, przytrzymywana przez Tialysa. Potem wydarzyły się dwie rzeczy: lady skoczyła na harpię i obróciła się, żeby wbić ostrogę głęboko w łuskowatą łapę stwora, a Tialys wypuścił ważkę. Po niecałej sekundzie Salmakia zeskoczyła z gałęzi prosto na grzbiet swojego wierzchowca i wzbiła się w powietrze.

Trucizna poskutkowała natychmiast. Ciszę rozdarł kolejny wrzask, znacznie głośniejszy niż poprzedni. Harpia załopotała ciemnymi skrzydłami tak gwałtownie, że Will i Lyra poczuli na twarzach powiew wiatru. Zachwiała się, ale tylko mocniej wpiła szpony w kamień. Twarz jej oblała się gniewną ciemną czerwienią, włosy stanęły dęba, przypominając gniazdo węży.

Will pociągnął Lyrę za rękę i ruszyli do drzwi, ale harpia rzuciła się na nich z wściekłością i poderwała w górę dopiero wtedy, kiedy Will odwrócił się, zasłonił sobą Lyrę i podniósł nóż.

Gallivespianie natychmiast zaatakowali harpię, podlatywali ku jej twarzy i odskakiwali; nie zdołali zadać ciosu, ale odwracali jej uwagę tak, że niezdarnie trzepotała skrzydłami i mało nie spadła na ziemię.

– Tialys! Salmakia! Dosyć, przestańcie! – zawołała Lyra.

Szpiedzy ściągnęli wodze swoim wierzchowcom i wzbili się wysoko nad głowy dzieci. Kolejne ciemne stwory gromadziły się we mgle, szydercze wrzaski licznych harpii rozbrzmiewały wzdłuż całego brzegu. Harpia na kamiennym występie otrzepywała skrzydła, potrząsała włosami, prostowała łapy i wysuwała szpony. Nie poniosła żadnego szwanku, jak zauważyła Lyra.

Gallivespianie zawiśli w powietrzu, a potem zanurkowali w stronę Lyry, która podstawiła im obie ręce do wylądowania. Salmakia zrozumiała pierwsza i powiedziała do Tialysa:

– Ona ma rację. Z jakiegoś powodu nie możemy zranić tego stwora.

– Jak masz na imię? – spytała Lyra.

Harpia szeroko rozpostarła skrzydła i buchnął od niej tak ohydny smród zgnilizny, że wędrowcy mało nie zemdleli.

– Bez-Imienia! – krzyknęła.

– Czego od nas chcesz? – zapytała Lyra.

– Co mi dacie?

– Opowiemy ci, gdzie byliśmy, może to cię zaciekawi. W drodze do tego miejsca widzieliśmy różne dziwne rzeczy.

– Och, i zamierzacie opowiedzieć mi o tym?

– Jeśli zechcesz.

– Może zechcę. A potem?

– Może przepuścisz nas przez te drzwi i znajdziesz ducha, którego szukamy. To znaczy, jeśli się zgodzisz.

– Więc spróbuj – powiedziała Bez-Imienia. Pomimo bólu i mdłości Lyra poczuła, że właśnie dostała do ręki atutowego asa.

– Och, bądź ostrożna – szepnęła Salmakia, ale Lyra już przypominała sobie opowieść, którą snuła poprzedniego wieczoru, poprawiała, skracała, dodawała i koloryzowała: zmarli rodzice; rodzinny skarb; katastrofa statku; ucieczka...

– No więc – zaczęła gawędziarskim tonem – to się stało, kiedy byłam małym dzieckiem, naprawdę. Moi rodzice byli księciem i księżną Abingdonu, rozumiesz, bogaci jak nie wiem co. Mój ojciec należał do doradców króla i sam król przyjeżdżał do nas w odwiedziny, och, mnóstwo razy. Polowali w naszym lesie. Dom, gdzie się urodziłam, był największym domem w całej południowej Anglii. Nazywał się...

Bez żadnego ostrzeżenia harpia rzuciła się na Lyrę z wystawionymi szponami. Dziewczynka ledwie zdążyła się uchylić, ale jeden szpon zahaczył o jej głowę i wyrwał kępkę włosów.

– Kłamiesz! Kłamiesz! – wrzeszczała harpia. – Kłamiesz!

Zatoczyła krąg, celując prosto w twarz Lyry, ale Will wydobył nóż i zastąpił jej drogę. Bez-Imienia w ostatniej chwili wykonała zwrot, a Will pociągnął Lyrę w stronę drzwi, ponieważ była oszołomiona i na wpół oślepiona krwią spływającą jej po twarzy. Nie miał pojęcia, co robili Gallivespianie, ale harpia znowu nadlatywała, wrzeszcząc z furią i nienawiścią:

– Kłamiesz! Kłamiesz! Kłamiesz!

Jej głos rozbrzmiewał ze wszystkich stron, odbijał się echem od wielkiego muru, stłumiony i zniekształcony przez mgłę, jakby cały świat oskarżał Lyrę.

Will przyciskał dziewczynkę do piersi, otaczał ją ramieniem i czuł, jak Lyra drży i szlocha. Bez wahania wbił nóż w przegniłe drewno drzwi i wyciął zamek jednym szybkim ruchem.

Potem on i Lyra, poprzedzając parę szpiegów na śmigłych ważkach, wkroczyli do krainy duchów, odprowadzani wrzaskiem harpii na mglistym brzegu.

22. Szeptacze

...gęsto niby liście Jesienne, które w Vallombrosa kryją Strumyków leśnych nurt, w cienistej nawie Wysokich borów zielonej Etrurii...
John Milton. Raj utracony

Will kazał Lyrze usiąść, a potem wyjął pudełeczko z maścią z pięciornika i obejrzał jej ranę. Krwawiła obficie, jak zwykle rany głowy, ale nie była głęboka. Oderwał pas materiału od własnej koszuli, oczyścił skaleczenie i posmarował maścią, próbując nie myśleć o brudnym szponie, który to zrobił.

Lyra miała szkliste spojrzenie i twarz bladą jak płótno.

– Lyro! Lyro! – zawołał i potrząsnął nią lekko. – Chodź, musimy już iść.

Wzdrygnęła się, wzięła głęboki, drżący oddech i skupiła na nim wzrok pełen rozpaczy.

– Will... ja już nie mogę... nie potrafię! Nie mogę kłamać! Myślałam, że to takie łatwe... ale nie podziałało... Tylko to jedno umiem, ale to nie działa!

– Nie tylko to umiesz. Potrafisz odczytywać aletheiometr, prawda? Chodź, zobaczymy, gdzie jesteśmy. Poszukamy Rogera.

Pomógł jej wstać i po raz pierwszy rozejrzeli się po krainie, gdzie mieszkały duchy.

Znajdowali się na wielkiej równinie, która rozciągała się daleko we mgle. Słaba, jakby samoistna poświata wydawała się równomiernie rozproszona, tak że nie było prawdziwych cieni ani prawdziwego światła i wszystko miało jednakową szaroburą barwę.

Na tej ogromnej płaszczyźnie stały duchy – dorośli i dzieci – tak wiele, że Lyra nie potrafiła odgadnąć ich liczby. Przynajmniej większość z nich stała, chociaż niektórzy siedzieli, niektórzy leżeli apatycznie lub pogrążeni we śnie. Nikt się nie poruszał, nikt nie chodził ani nie biegał, chociaż wielu oglądało się na nowych przybyszów z lękliwą ciekawością w szeroko otwartych oczach.

– Duchy – wyszeptała Lyra. – Tutaj są wszyscy, każdy, kto umarł...

Niewątpliwie dlatego, że nie miała już przy sobie Pantalaimona, przywarła kurczowo do ramienia Willa, a on był z tego zadowolony. Gallivespianie polecieli przodem, widział ich maleńkie barwne sylwetki śmigające nad głowami duchów, które podnosiły oczy w zadziwieniu; lecz niezmierzona, przytłaczająca cisza i szare światło napełniły go strachem i tylko ciepła obecność Lyry u boku wydawała się żywa.

1 ... 59 60 61 62 63 64 65 66 67 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)