Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Niech pan napluje temu, kto panu to powiedział, w fizjonomię. Szefarewicz to zwyczajna żydowska pleciuga, jakich wiele rodzi nędzna ziemia wygnania. Trzęsą brodami, błyskają oczami i odgrażają się, a przy tym przypominają węże; syczą głośno, ale gryzą niegroźnie. – Gołosowker ciężko westchnął. – Machabeusze odrodzili się istotnie, ale nie mają pejsów ani nie świętują soboty, może mi pan wierzyć.
– Pan o syjonistach?
– O niektórych. – Lichwiarz obejrzał się na młodego człowieka i zaszeptał: – Czy wie pan, na co straciłem te piętnaście tysięcy i dodatkowo jeszcze pięć? – Rozłożył bezradnie ręce. – Nie uwierzy pan. Na osuszenie bagien w jakiejś palestyńskiej dolinie. Jak się panu to podoba? Gdzie Efraim Gołosowker, a gdzie te bagna?
– To uczynek szlachetny – rzucił z roztargnieniem Berdyczowski, myśląc o swoich sprawach.
– Będziesz szlachetny, jeśli proszą cię tak przekonująco, az och-n-wej...
Intonacja, z jaką wypowiedziane zostało to zdanie, zaintrygowała radcę stanu.
– Zmuszono pana? Szantaż?
– Nie. – Efraim Lejbowicz uśmiechnął się gorzko. – Ten człowiek nie szantażował. Przyjechał do mnie do hotelu. Uprzejmy, młody, pod krawatem, w surducie. Powiedział łagodnym głosem: „Gołosowker, jest pan bogatym człowiekiem, a wzbogaciłeś się pan głównie na krwi żydowskiej biedoty. Nadszedł czas, aby podzielić się ze swoim narodem. Będę panu niezwykle zobowiązany, jeśli w ciągu trzech dni przekaże pan na konto komuny «Megiddo-Chadasz» dwadzieścia tysięcy rubli. A jeśli nie, to znowu się spotkamy". A powiedział to tak spokojnie, że nie ma żadnego porównania z przemowami rebe Szefarewicza. Pomyślałem sobie: oto żmija, która nie syczy, ale jeśli już ukąsi – to neszyne gedacht.[18] I strasznie nie chciało mi się zobaczyć z tym człowiekiem ponownie.
– Kiedy to było? Gdzie? I kim jest ten człowiek?
– Pytasz pan kiedy? Cztery miesiące temu. Pytasz pan gdzie? W Odessie, zol dos farchapt wern.[19] Pojechałem tam w interesach.
Matwiej Bencjonowicz przypomniał:
– Zapytałem też, kim był ten bandyta.
– To pan go tak nazwał, nie ja. – Lichwiarz obejrzał się na drzwi, chociaż do Odessy było stąd dobre pięćset wiorst. – Wielu Żydów uważa, że jest bohaterem. Gdybyś pan mnie zapytał, to powiem, że bohaterów i bandytów wyrabia się z tej samej mąki, ale to nieważne. Uprzejmy młody człowiek, który złożył mi wizytę, nazywał się Magellan. Rozpytałem godnych zaufania ludzi. Opowiedzieli mi o tym Magellanie takie rzeczy, że pomyślałem: niech już sobie te bagna będą. To jest: niech już ich nie będzie. Dwadzieścia tysięcy to bardzo duże pieniądze, ale po co one nieboszczykowi?
– Aż tak? – Berdyczowski uśmiechnął się, rozbawiony opowieścią. Kto mógłby oczekiwać takiej wrażliwości od żytomierskiego wyzyskiwacza?
– Nie będę panu powtarzał wszystkiego, co powiedzieli mi zaufani ludzie o Żydzie imieniem Magellan, bo byłoby to za długo, nocą zaś miałby pan na pewno koszmarne sny, a komu potrzebne koszmary w sobotnią noc? Opowiem panu tylko o tym, co widziałem na własne oczy, a potem dopiero będzie pan mówił „aż tak?" i uśmiechał się, zgoda? – Gołosowker wzdrygnął się na niedobre wspomnienia. – Myślisz pan, że jestem miszugener, żeby za bezdurno, a nawet mocno przestraszony, oddawać dwadzieścia tysięcy na jakieś bagna? Dwa dni to dwa dni, pomyślałem. W ciągu dwóch dni Bóg zdołał oddzielić światło od ciemności i wodę od lądu – a co dopiero mówić o bagnach! W odeskiej gazecie wyczytałem, że następnego dnia „Megiddo-Chadasz" urządza mityng, postanowiłem więc przyjrzeć się tym ludziom. Jeśli są niebezpieczni – natychmiast uciekam do Żytomierza, niechaj mosje Magellan szuka wiatru w polu. A jeśli nie za bardzo, to najpierw załatwię swoje odeskie interesy, a ucieknę dopiero później.
Poszedłem. Cóż, mityng jak mityng. Jakiś Żyd wykrzykuje, reszta słucha. Potem pojawia się inny Żyd i też krzyczy. Potem trzeci. Długo wrzeszczą na całe gardło, ale to na nic, bo Żydzi kochają mówić sami, a słuchać innych nie lubią. Wreszcie wystąpił Magellan. Mówił cicho i niedługo, ale słuchano go tak, jak w naszej synagodze słucha się kantora Zejewsohna, kiedy przyjeżdża z Kijowa ze swoim osiemnastoosobowym chórem. A kiedy Magellan skończył i powiedział: „Kto z nami – proszę podpisywać się pod Kartą" (mieli jakąś tam
Kartę, coś w rodzaju potwierdzenia albo przysięgi), to ustawiła się cała kolejka, złożona z młodych ludzi. Wszyscy chcieli osuszać bagna i bić się z arabskimi bandytami. A ja pomyślałem: Bóg z nimi, z odeskimi interesami, wyjeżdżam natychmiast do Żytomierza. Aż tu nagle rozpycha publiczność Fira Dorman i także zaczyna przemawiać. Wywieziono ją jako dziewczynkę do Ameryki, a tam nasiąknęła rozmaitymi głupimi ideami i przyjechała mącić w biednych żydowskich głowach, które i tak są wystarczająco mętne...
No to Fira wystąpiła – krótko ostrzyżona, z papierosem, w jakichś szarawarach – i zakrzyknęła tak gromkim głosem, jak jakiś feldfebel na placu musztry: „Nie wierzcie temu szmoku, dziewczęta! Łgał wam tutaj o równouprawnieniu, o nowym braterstwie. A ja was zapytam: czym jest to «braterstwo»? Jeśli równouprawnienie, to dlaczego nie «siostrzeństwo»? I dlaczego najważniejszy jest w komunie mężczyzna? Dlatego że ten frazesowicz chce wam zafundować nowe niewolnictwo! Do nas, do Ameryki, także przyjeżdżali tacy jak on, aby urządzać komuny! Opowiem wam, czym to się skończyło! Biedne dziewczyny pracowały tak samo jak mężczyźni, ale poza tym opierały ich, karmiły i rodziły dzieci, a kiedy postarzały się przedwcześnie i utraciły wdzięki, to dawni «bracia» sprowadzili sobie nowe żony, młodsze, którym o równouprawnieniu już nie opowiadali!"
Fira trochę jeszcze pohałasowała, a potem pochwyciła ich Kartę z podpisami i podarła na drobne strzępy. Wrzaski, krzyki. Ona zaś stanęła przed Magellanem i podparła się pod boki. „I co, zapomniałeś języka w gębie, eksploatatorze?" Odpowiedział z większym niż zwykle spokojem: „Popieram równouprawnienie płci. Kobiety są takimi samymi ludźmi jak mężczyźni. Zaraz to udowodnię". Ona na to: „Słowa, tylko słowa!" Magellan: „Nie, czyny. Każdemu mężczyźnie, który ośmieliłby się zniszczyć coś, co jest dla nas święte, połamałbym jego świętokradcze ręce. To właśnie uczynię z tobą". Nikt nie zdążył zareagować – pochwycił ją za ramię i szarpnął z taką siłą, że Fira przysiadła na podłodze. Po czym miły młody człowiek złamał jej rękę na swoim kolanie. To samo powtórzył z drugą ręką. Powiem panu, że to było „cóś". Chrzęst, trzask! Fira rozwarła usta, oczy wytrzeszczone, a ręce od łokci zwisają niczym na sznurku, i tylko zadarł się jeden rękaw: widać, jak cieknie krew, a kość wystercza spomiędzy poszarpanej skóry!
– To dopiero typek. – Berdyczowski skrzywił się na ów ścisły opis. – I co, aresztowano go? Zgodnie z kodeksem karnym to „spowodowanie uszkodzeń ciała w stopniu średnim" – kara więzienia do lat pięciu albo katorga do lat trzech.
Powiedział to i zmieszał się – nazbyt wyszło po prokuratorsku. Poruszony okropnymi wspomnieniami Gołosowker przepuścił prawnicze ustalenia mimo uszu.
– A gdzie tam! Fira skargi na policję nie złożyła. Nazajutrz przyjechała do Magellana, objęła go zagipsowanymi rękami za szyję i wycałowała – za to, że uznał kobietę za istotę równouprawnioną. Ale sam tego już nie widziałem, bo byłem w drodze do Żytomierza.
18
Nie daj Boże (jidysz).
19
Żeby tak przepadła (jidysz).