Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Kailean spróbowała sobie to wyobrazić, tunel tak wąski, że można tylko pełzać na kolanach albo brzuchu, ciemność, setki, może tysiące stóp skał nad głową.
— Oszalałabym.
— Nie wzięliby cię tam. Za duża jesteś. No, chyba że byłabyś auwini – popielną, i zrobiliby cię strażniczką. Nosiłabyś skórzany pancerz, krótki miecz, bat.
Przypomniało jej się, co Luka powiedział wcześniej do Koła. To przyjaciele, nie one.
— One?
— One. — Pokiwał głową, a jego oczy zrobiły się nagle dzikie i gniewne. — Suki przeklęte przez bogów. Auwini – popielne, niewolnice, ale z wyższej kasty, wiesz, takie, co to mają władzę nad innymi niewolnikami. Niektórym nie trzeba więcej do szczęścia, jak rozumiem. A wiesz, dlaczego właściciel kopalni wysłał do ich pilnowania baby? Bo podobno mężczyźni byli za miękcy. Bo dawali czasem dzieciakom odpocząć, nie za darmo oczywiście, trochę zabawy z dobrym wujkiem, zwłaszcza jak towar był świeży, dopiero przyjęty do roboty… właściwie wszystko jedno, chłopiec czy dziewczynka… rozumiesz? Co? Oburzona? Zawstydzona?
Nie. Urodziła się w rodzinie dzierżawców w Olekadach. Dorastała na Stepach, dobrze wiedziała, że gdyby nie przygarnęła jej wozacka rodzina, sama musiałaby sobie znaleźć „dobrego wujka”. Za miskę strawy i kąt do spania. Takie było życie. Ale czuła złość. Berdeth, odpowiadając na jej nastrój, obnażył widmowe zęby. Prawie zawarczała jak pies.
Siwy weteran pokiwał głową.
— Baby nie traciły czasu na takie zabawy, za to wyciskały z dzieciaków wszystko, aż nie zostawało nic. Podobno to one wymyśliły szczurzą beczkę.
Wyobraźnia podsunęła jej najbardziej oczywisty obraz, ale następne słowa Luki przekonały ją, że nawet wyobraźnia kogoś dorastającego na Stepach czasem zawodzi.
— Myślisz o takiej starej torturze, jak rozumiem. — Siwy żołnierz splunął na ziemię i pokręcił głową. — Nie, to nie to, dziewczyno. Niekiedy dzieciak nie wychodził z tunelu, rozumiesz? Długo nie wychodził. Może umarł, może przygniotło go osypisko, a może dopadł go skalny obłęd i wolał umrzeć w ciemności. Przez długi czas strażniczki posyłały w głąb tunelu inne dziecko, ale czasem ten obłąkany walczył i zabijał posłańca, a one musiały się tłumaczyć z dwóch trupów, rozumiesz. Więc kiedyś jedna z nich wpadła na pomysł: strażniczki wpakowały do beczki kilkadziesiąt szczurów i trzymały tam, na wpół oszalałe z głodu. A gdy dzieciak nie pojawiał się zbyt długo, wpuszczały szczury do tunelu. A po dniu albo dwóch, gdy ostatni szczur już uciekł, inny dzieciak wchodził tam, usuwał kości i kopał dalej. Mądre suki, jak rozumiem.
Kailean westchnęła głęboko. Berdeth szarpał się w jej głowie, w tej chwili nie tylko Koło mogłaby przegryźć komuś gardło.
— Nie chcę… nie chcę słyszeć więcej. Nie mów już.
— Za dużo, jak rozumiem? Ta opowieść już się kończy. Kahel posłał nas tam w trzystu ludzi, mieliśmy przeczesać okolicę, uwolnić tych, którzy chcą zdjąć obroże, wyciągnąć dzieciaki z kopalń. Zastaliśmy zniszczone maszyny i narzędzia, młyny, młoty do kruszenia urobku, piece do wytapiania złota, wszystko spalono albo rozbito. Z dymem poszło też koło wodne, napędzające miechy, które tłoczyły powietrze do kopalni. Na dole, w głównym tunelu, dało się jeszcze wytrzymać, ale w tych mniejszych… Suki, zanim uciekły i zniszczyły kopalnię, zatkały ich wyjścia gruzem i kamieniami. Jeden z nas zszedł tam… Myśleliśmy, że nikt nie przeżył, a tu nagle z jakiejś dziury wylazła ona.
— Koło?
— Ona sama. Ważyła, na oko, jakieś sześćdziesiąt funtów, była goła, tylko na łokciach i kolanach miała skórzane ochraniacze, od czołgania się w tunelach przetarte prawie na wylot. Spędziła pod ziemią łącznie trzy lata, sześć miesięcy i osiemnaście dni. Tak mówiła data na jej obroży, bo właściciele kopalni ryli w metalu informacje o dniu przyjęcia niewolnika do pracy. Była jedyną, która miała dość sił, by wydostać się z zamkniętego tunelu. Potem próbowała odetkać inne… ale nikt więcej z nich nie wyszedł.
Kailean spojrzała mu w oczy.
— To ty zszedłeś do kopalni, prawda?
— Ja. Znalazłem tylko górę kości na końcu głównego tunelu i ją. I wyciągnąłem ją jak ostatni dureń, nie myśląc o niczym, rozumiesz? Na szczęście słońce już zaszło, ale i tak prawie oślepła od resztek światła na niebie.
— Dlaczego nazwaliście ją Koło?
— Bo nie pamiętała własnego imienia, a to było pierwsze słowo, które powiedziała, i przez miesiąc nie mówiła nic innego. Karmiliśmy ją, pilnowaliśmy, by nie oślepła od słońca, całe szczęście miałem w oddziale medyka, a gdy wreszcie zaczęła mówić, wydawało się, że nigdy nie przestanie. Gadała przez trzy dni bez przerwy. O kopalni, o onych, skale, tunelach, szczurach… Czasem płakała, czasem krzyczała. A czasem pojawiała się taka, jaką widziałaś przed chwilą.
— I co mam wtedy zrobić? Ja albo ktoś inny z czaardanu?
— Znajdź jej coś do roboty. Poproś, żeby kogoś sprowadziła albo coś sprawdziła. Pójdzie, bo to dobra dziewczyna. Nie prowokuj, nie szukaj zwady. Ten mężczyzna, któremu przegryzła gardło, to był jeden z naszych. Były niewolnik, jak ona. Gdyby inne dziewczyny nie powiedziały, że lubił się pchać z łapami do młódek i próbował ją zgwałcić, Koło nie wyszłaby z tej historii cało. W obozie mamy twarde reguły. Ale jeśli ktoś zrobi krzywdę komuś z oddziału sławnego generała Laskolnyka, którego bogowie wiedzą, co tutaj przygnało…
Zawiesił głos, a Kailean prawie roześmiała mu się w twarz.
— Nic z tego. Kha-dar każe, my jedziemy. To wódz-ojciec, nie musi nam mówić o wszystkim, prawda?
— Prawda — odpowiedział uśmiechem w stylu „trudno, nie wyszło, ale zawsze warto próbować”. — Jak to w wojsku.
— Właśnie. Kwadrans chyba już minął?