Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 111
Перейти на страницу:

Bandarillo przyglądał mi się identycznym wzrokiem, jak kiedy patrzył na te swoje chrabąszcze.

- Z zabijaniem to wy nie macie problemów, co? - stwierdził.

- Zgadujecie słusznie, panie - przyznałem.

Lepiej tego podsumować nie mógł.

- Może warto, żebyście rzucili okiem na jeden z naszych magazynów. Doszło tam do morderstwa.

- Panie, przecież Bakly to nie jest żaden śledczy czy jak mu tam - wtrącił się nagle Mózg. Zorientował się, że reprymendy nie będzie, i chciał znów zapunktować.

- No może i rzeczywiście nie jest z niego wielki myśliciel - wszedł mu w słowo Bandarillo. - Ale zna się na zabijaniu. A my musimy się dowiedzieć, kim był ten, co ich zlikwidował.

Myślicielem rzeczywiście nie jestem, więc się nie obraziłem.

- Myślę również, że pana Baklego nie trzeba prowadzać za rączkę. Moi ludzie go znają, on drogę także. Idźcie się zająć kantorkiem.

Mózg wyszedł z pomieszczenia, gnąc się w pokłonach, ja - normalnie.

- Wisisz mi, brachu. Pamiętaj, że to ja ci tę robotę nagrałem - pożegnał się ze mną, kiedy zorientował się, że w istocie za nic mam jego usługi jako przewodnika.

Trzymałem się skraju ulicy, gdzie oblewał mnie żar słońca zwielokrotniony przez odbijające światło białe ściany budynków. Klapy ciężkiego płaszcza falowały w rytm moich kroków, wpuszczając porcjami gorące powietrze. Przyjemnie gorące powietrze. Ulica była opustoszała, co mi bardzo odpowiadało. Nie przepadam za ludźmi. A skoro o ludziach mowa, przyszło mi nagle do głowy, może powinienem rozejrzeć się za jakąś bronią. Po tym, jak urządziłem tamtych trzech, z pewnością zaraz się znajdzie ktoś, kto się będzie chciał ze mną policzyć. A może jednak dam radę obejść się bez żelastwa? Rozleniwiłem się trochę ostatnio, nie chciało mi się ze sobą tachać zbędnego ciężaru, a już tym bardziej, kiedy większość problemów dawała się rozwiązać gołymi rękoma. A i mniejsze miałem szanse, żeby zadrzeć z prawem. Śmierć w ulicznej bójce rzadko kiedy przykuwała uwagę stróżów prawa.

Ulica Ropna należała już do odległych peryferii miasta. To w ogóle była jedna z ostatnich ulic, bo dalej domy stały już chaotycznie, bez żadnego planu. Wejście do budynku gospodarczego, za którym rozciągała się reszta majątku, stało otworem, przed wrotami tkwił jedynie wysuszony, pomarszczony mężczyzna. Tak wyschnięty, że w tym wczesnopopołudniowym upale nawet się nie pocił. Zmarszczki na twarzy miał tak głębokie, że aż rzucały cienie. Ruszyłem do środka, na wpół oczekując, że będzie próbował mnie zatrzymać.

- Przejdźcie na wskroś, na wewnętrzny dziedziniec. Są w tym budynku z nareperowanym dachem - poinstruował mnie, kiedy go mijałem, po czym siarczyście splunął. - Zasrany upał.

Przeszedłem korytarzem na drugą stronę budynku, wyszedłem na dziedziniec. Wnioskując po pozostawionym tu i ówdzie sprzęcie, miejsce to jeszcze całkiem niedawno rzeczywiście służyło jako folwark. Odnowiony budynek, do którego się skierowałem, musiał być poprzednio stajnią. Teraz, nie licząc trzech ludzi i dwóch trupów, było tu pusto. W powietrzu wciąż jeszcze unosiła się jakaś znajoma jakby woń, jednak chwilowo nie umiałem jej zidentyfikować.

- Ty jesteś Bakly? - spytał mnie najniższy i najgrubszy z trójki.

Miał na sobie jasne spodnie i wyszywaną koszulę. Cienki płaszcz przerzucił przez górną krawędź drzwi. Wszystko z pierwszej jakości tkanin, był tak dobrze ubrany, że aż podejrzanie. Drugim obecnym okazał się Duval. Mózg musiał się czuć samotnie, pozbawiony jednego ze swych przybocznych. Ostatni wyglądał nieciekawie. Nie w sensie, że nie był interesujący, ale nieciekawie jak ktoś, kto spędził przynajmniej jedną noc, ostro balując, chlejąc do upadłego, albo i jeszcze gorzej. Siedział na ziemi oparty o ścianę. Oczy miał tak podkrążone, że ledwo widoczne. Głowę opierał na dłoni, rękę na zgiętym kolanie. Pomimo iż patrzył prosto na mnie, odnosiłem wrażenie, że jednak mnie nie dostrzega. Ten gość wyraźnie nie był bandziorem Bandarilla, to musiał być jeden ze stróżów.

Jego kompanom ktoś przynajmniej zaoszczędził cierpień związanych z kacem. Jednemu z szyi wystawała rękojeść noża, drugi nacieszył się umieraniem trochę dłużej. Przedstawieniu się jednak nie poprzyglądał, bo miał wydłubane oczy.

- Tja… jestem Bakly - odpowiedziałem.

- Bandarillo chce, żebyś się dobrze rozejrzał - powiedział elegant. - Czym chata bogata. - Wykonał zapraszający ruch ręką.

Skinąłem Duvalowi na dzień dobry i zacząłem od tego przebitego. Wyciągnąłem ostrze z ciała. Wyglądało na to, że weszło idealnie pomiędzy kręgi szyjne. Czysta robota. Ten, kto to zrobił, musiał być mistrzem precyzji i opanowania. Sam znajdował się przecież w zasięgu swojej ofiary. Wielkiej siły nie potrzebował. Raz, że pchnął niezwykle dokładnie, a dwa, że miał do dyspozycji fenomenalną broń. Na ostrzu nie pojawiło się najmniejsze nawet wyszczerbienie, stal została świetnie wykuta, sprężysta pod naciskiem.

Rozejrzałem się.

- Zastanawiasz się, którędy weszli?

Sam nie wiem dlaczego, ale jakoś nie sądziłem, żeby tu chodziło o więcej niż jednego człowieka. Może dlatego, że ja sam zawsze pracuję w pojedynkę i trzech naćpanych stróżów nie wydawało mi się szczególnym wyzwaniem. Wskazałem na otwarty świetlik w dachu. Znajdował się dobrych dziesięć metrów nad ziemią.

- To by musieli być jacyś akrobaci. - Elegant pokręcił głową.

Może właśnie byli? Człowiek, który jest zdolny dostać się ofierze za plecy i przeciąć jej kręgosłup, jakby kroił cebulę, nie powinien mieć problemu z zeskoczeniem z dachu. Ja bym nie miał. Oczywiście, o ile ten dach w ogóle by mnie utrzymał.

Zwróciłem swoją uwagę na tego, któremu umieranie nie przyszło z taką łatwością. Zabójca trochę się nad nim napracował. Połamane palce, ręce powyrywane ze stawów, wydłubane oczy… W porównaniu z poprzednim niezła jatka.

- Wyżywał się na nim. - Elegant cmoknął z niesmakiem. - Nie lubię takich zwyrodnialców.

Nie wydawało mi się. Miałem raczej wrażenie, że torturujący chciał wydobyć informacje. Szybko i najprostszymi dostępnymi metodami. Tylko że spartaczył, popełnił kilka błędów. Na samym początku zadał zbyt poważną ranę, dalsze starania nic mu nie dały, ofiara niewiele już czuła. W torturowaniu jestem ekspertem. Nie jako kat, ale jako wielokrotna ofiara. Ja ludzi nie męczę, ja ich tylko zabijam.

- A co z tobą? - spytałem tego sponiewieranego kacem. - Jak to się stało, że w ogóle żyjesz?

- Ja się nim zajmę i jeśli pan Bandarillo będzie sobie tak życzył, dowiesz się, co nam wyśpiewał. Teraz już nie mamy czasu, musimy stąd znikać - powiedział elegant.

- Nawijaj. - Dałem stróżowi do zrozumienia, że mimo wszystko nadal oczekuję na odpowiedź.

Popatrzył na mnie, na eleganta i zdecydował, z kim przyjemniej mu będzie pogawędzić.

- Kiedy ja nie wiem. Siedzieliśmy, graliśmy w karty, trochę żeśmy popili. W pewnym momencie zarobiłem w łeb, a kiedy się ocknąłem, siedziałem związany i z opaską na oczach. Wiedziałem, że moi kumple są już martwi. Nie odzywali się i śmierdziało trupem. Ja ten smród znam dobrze. On tu wciąż jeszcze był. O nic mnie nie pytał, zmusił tylko, żebym wypalił pod rząd dwie fajki opium. Dalej już nic nie pamiętam. Nie wiem, czy mnie wypytywał, czy jak…

A zatem miał wrażenie, że pojawił się tu tylko jeden człowiek, co zdawało się potwierdzać moje przypuszczenia. Że nie próbował zmuszać do mówienia, też miało sens. Miał już za sobą jedno niepowodzenie z torturowanym, więc tym razem postanowił się wystarać o informacje przy użyciu narkotyków.

1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)