Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Mam więc o czym myśleć, bo jestem szczęśliwy.
— Jeszcze nie, niech pan poczeka, powiedział pan, że dziś wieczorem.
— Ten wieczór przecież nadejdzie, Bogu dzięki. Może czekasz nań równie niecierpliwie jak ja. Może pani Bonacieux zjawi się dziś wieczorem w domu.
— Pani Bonacieux jest dziś zajęta — rzekł z powagą mąż — obowiązki zatrzymują ją w Luwrze.
— Tym gorzej dla ciebie, drogi gospodarzu, tym gorzej; kiedy jestem szczęśliwy, pragnę, aby wszyscy byli również szczęśliwi, ale zdaje się, że jest to niemożliwe.
I młody człowiek odszedł śmiejąc się głośno z żartu, który jak sądził, sam tylko mógł zrozumieć.
— Wesołej zabawy! — odparł Bonacieux grobowym tonem.
Ale d’Artagnan zbyt już się oddalił, żeby usłyszeć, a nawet gdyby usłyszał, nic by nie zauważył, tak radośnie był usposobiony.
Ruszył ku pałacowi pana de Tréville; jak pamiętamy, jego wczorajsza wizyta była bardzo krótka i niewiele wyjaśniła.
Zastał pana de Tréville w różowym humorze. Król i królowa byli dla niego nader mili na balu, choć kardynał nie okazał mu wielkiej przychylności.
O pierwszej nad ranem wyszedł pod pretekstem, że niedobrze się czuje, natomiast Ich Królewskie Mości wróciły do Luwru dopiero o szóstej.
— Teraz — rzekł pan de Tréville zniżając głos i rozglądając się na wszystkie strony, by się upewnić, że nikt ich nie słyszy — teraz porozmawiajmy o tobie, mój młody przyjacielu, nie ulega bowiem wątpliwości, że twój szczęśliwy powrót przyczynił się do dobrego humoru króla, triumfu królowej i upokorzenia Jego Eminencji. Musisz się więc mieć na baczności.
— Czegóż mógłbym się obawiać — odparł d’Artagnan — jeśli będę się cieszył łaskami Ich Królewskich Mości?
— Wszystkiego, możesz mi wierzyć. Kardynał nie jest człowiekiem, który by zapomniał, że wyprowadzono go w pole, dopóki nie załatwi rachunków z winowajcą, a zdaje mi się, że tym razem winowajcą jest pewien mój znajomy Gaskończyk.
— Czy sądzisz, kapitanie, że kardynał wie nawet, że byłem w Londynie?
— Do licha! Byłeś w Londynie. Czy to z Londynu przywiozłeś ten piękny diament, który migoce na twym palcu? Uważaj, mój drogi d’Artagnanie, podarek od nieprzyjaciela nie wróży nic dobrego. Czy znasz przysłowie łacińskie... Zaczekaj no...
— Tak, oczywiście — odparł d’Artagnan, który nigdy nie potrafił wbić sobie do głowy najprostszych reguł tego języka i ta niewiedza doprowadzała do rozpaczy jego preceptora — tak, na pewno jest takie.
— Tak, tak — rzekł pan de Tréville, który miał słabość do literatury — pan de Benserade[*] cytował mi je pewnego dnia. Poczekaj no... Otóż to, przypomniałem sobie: “Timeo Danaos et dona ferentes”. Co znaczy: “Miej się na baczności przed nieprzyjacielem składającym ci dary”.
— Ten diament nie pochodzi od nieprzyjaciela, panie — podjął d’Artagnan — ale od królowej.
— Od królowej! Ho, ho, ho! — zawołał pan de Tréville. — W samej rzeczy, jest to zaiste klejnot królewski, wart tysiąc pistolów, jak jeden grosz. Przez kogo przesłała ci królowa ten prezent?
— Dała mi go sama.
— Gdzie?
— W gabinecie przylegającym do pokoju, gdzie zmieniała strój.
— Jakże to?
— Podała mi rękę do ucałowania.
— Ucałowałeś rękę królowej! — zawołał pan de Tréville patrząc na d’Artagnana.
— Jej Królewska Mość zechciała mi udzielić tej łaski.
— W obecności świadków? Nierozważna, po trzykroć nierozważna!
— Nie, panie, niech pan będzie spokojny, nikt nie widział.
I opowiedział panu de Tréville, jak rzeczy się miały.
— Och, kobiety, kobiety! — zawołał stary żołnierz — poznaję ich romantyczną wyobraźnię, wszystko, co pachnie tajemnicą, urzeka je; widziałeś rękę, nic więcej; spotkasz królową i nie rozpoznasz jej, ona spotkawszy cię nie będzie wiedziała, kim jesteś.
— Nie, ale dzięki temu diamentowi... — rzekł młody człowiek.
— Posłuchaj — rzekł pan de Tréville — czy chcesz, żebym ci dał radę, dobrą radę, radę przyjacielską?
— Wyświadczy mi pan zaszczyt — odpowiedział d’Artagnan.
— Dobrze. Udaj się do pierwszego lepszego złotnika i sprzedaj mu ten diament za cenę, którą ci ofiaruje; gdyby nawet był najbardziej skąpy, dostaniesz i tak osiemset pistoli. Pistole nie mają imienia, a ten pierścień ma imię straszne, mogące zdradzić tego, kto go nosi.
— Sprzedać ten pierścień! Pierścień pochodzący od mojej królowej! Nigdy! — zawołał d’Artagnan.
— W takim razie odwróć kamień do środka, biedny szaleńcze, wiadomo bowiem, że młokos z Gaskonii nie znajduje takich klejnotów w szkatułce swej matki.
— Sądzisz pan zatem, że mam powody do obaw? — zapytał d’Artagnan.
— Mój chłopcze, człowiek zasypiający na minie z zapalonym lontem może się uważać za bezpiecznego w porównaniu z tobą.
— Do diabła — rzekł d’Artagnan, którego ton pana de Tréville zaczął niepokoić — do diabła, co robić?
— Mieć się na baczności zawsze i przed wszystkim. Kardynał ma wyborną pamięć i jest mściwy; możesz mi wierzyć, że wypłata ci jeszcze jakiegoś figla.
— Ale jakiego?
— Ba, czyż ja to mogę wiedzieć? Czy nie ma na usługach wszystkich forteli szatana? Co najmniej możesz się spodziewać, że cię aresztują.
— Jak to! Ośmielono by się aresztować człowieka będącego w służbie Jego Królewskiej Mości?
— Tam do kata, bardzo liczono się z Atosem! W każdym razie, chłopcze, wierzaj człowiekowi, który od trzydziestu lat jest przy dworze: uważaj, inaczej jesteś zgubiony. Powiadam ci, dopatruj się wszędzie nieprzyjaciół. Jeśli ktoś szuka z tobą zwady, unikaj jej, nawet gdyby to było dziesięcioletnie dziecko; jeśli napadną cię w dzień lub w nocy, zmykaj bez najmniejszego wstydu; jeśli przechodzisz przez most, uważaj, żeby jakaś deska nie usunęła ci się spod nóg; jeśli mijasz budowany dom, patrz w górę, żeby kamień nie spadł ci na głowę; jeśli wracasz późno, niechaj idzie za tobą twój służący i niech będzie dobrze uzbrojony, o ile w ogóle możesz ufać swemu służącemu. Nie dowierzaj nikomu: ni przyjacielowi, ni rodzonemu bratu, a kochance przede wszystkim.
D’Artagnan spłonął rumieńcem.
— Kochance — powtórzył machinalnie — dlaczego jej właśnie?
— Ponieważ kochanką posługuje się kardynał najchętniej i najbardziej skutecznie: kobieta sprzeda cię za dziesięć pistoli, przykładem Dalila. Znasz Pismo Święte, hę?
D’Artagnan pomyślał o spotkaniu wyznaczonym przez panią Bonacieux na dzisiejszy wieczór; ale musimy powiedzieć na pochwałę naszego bohatera, że niepochlebny sąd pana de Tréville o kobietach w ogóle, nie natchnął go najmniejszym podejrzeniem wobec uroczej kramarki.
— Ale powiedz no — podjął pan de Tréville — co się stało z twymi trzema towarzyszami?
— Chciałem właśnie pana zapytać, czy nie masz od nich jakichś wiadomości.
— Żadnych.
— Pozostawiłem ich w drodze: Portosa w Chantilly z pojedynkiem na karku; Aramisa w Crève-cœur z kulą w ramieniu; Atosa w Amiens, oskarżonego o fałszerstwo pieniędzy.
— Otóż masz — rzekł pan de Tréville — a jakżeś się sam wydostał?
— Cudem, panie, muszę to powiedzieć; dostałem cios szpadą w piersi i na drodze do Calais przygwoździłem hrabiego de Wardes do ziemi jak motyla do tkaniny.