Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Ucieszyłem się, że Moses zaczął przełamywać swoją nieśmiałość i zainteresował się światem, w którym się znajdowaliśmy. Z zafascynowaniem słuchałem tego, co miał do powiedzenia.
— Ci wszyscy młodzieńcy są przesympatyczni — oznajmił Moses. — Kompetentni, praktyczni, odważni. Ale ich poglądy!
Moses dowiedział się, że wielką koncepcją przyszłości miało być planowanie. Po utworzeniu nowoczesnego państwa, kierowanego przez zwycięską Brytanię i jej sojuszników, wszystkie porty, kopalnie węgla, szyby naftowe, elektrownie i inne kopalnie znajdą się pod nadzorem działu kontroli powietrznej i morskiej. W podobny sposób dział kontroli transportowej przejmie stocznie na całym świecie i zmieni ich profil produkcji z okrętów wojennych na stalowe statki towarowe. Dział kontroli wspólnych zapasów rozwinie produkcję żelaza, stali, gumy, metali, bawełny, wełny i substancji roślinnych. A dział kontroli żywności...
— No cóż! — powiedział Moses. — Rozumie pan, o co chodzi. To koniec prywatnej własności. Wszystkie te zasoby znajdą się w posiadaniu nowego, zjednoczonego państwa — świata. Wszystkie środki zostaną połączone i docelowo wykorzystane do tego, by odbudować spustoszone przez wojnę kraje, a potem poprawić sytuację ludzkości. Wszystko będzie zaplanowane przez genialnych, wszystkowiedzących członków związku, którzy, nawiasem mówiąc, sami się wybiorą!
— Poza tym ostatnim aspektem brzmi to nie najgorzej — stwierdziłem.
— Być może, ale to planowanie ma objąć nie tylko zasoby naturalne planety, lecz również ludzi. I tu się pojawiają problemy. Przede wszystkim kwestia norm społecznych — Spojrzał na mnie znacząco. — Ci młodzieńcy nie odnoszą się przychylnie do naszych czasów. Powiedziano mi, że cierpimy na „całkowite rozprzężenie obyczajów”! To nowe społeczeństwo poszło inną drogą, w kierunku surowego trybu życia, zwłaszcza w kwestii popędu płciowego. Na porządku dziennym są przyzwoite zajęcia!
Opanowała mnie bolesna tęsknota.
— Przypuszczam, że to nie wróży nic dobrego dla przyszłości imperium, Leicester Square.
— Leicester Square już zamknięto! Zburzono! Aby zrobić miejsce dla biura planowania sieci kolejowej. I tak samo jest wszędzie. W następnej fazie będzie się wnosić jeszcze więcej zmian. Będziemy świadkami bezbolesnej eliminacji „żałosnych osób niedorozwiniętych umysłowo”. To nie moje słowa! A także sterylizacji niektórych ludzi, którzy w przeciwnym razie przekazywaliby potomkom skłonności, cytuję, Jednoznacznie niepożądane”. Wygląda na to, że w niektórych częściach Brytanii ten proces oczyszczania już się rozpoczął. Mają jakiś gaz o nazwie Kinetogens Pabsta... Widzi pan, że zaczynają sterować dziedzicznością rasową ludzkości.
— Hm... — zamyśliłem się. — Czuję głęboką nieufność do takiego procesu sprowadzania społeczeństwa do normalności. Czy to naprawdę takie pożądane, aby przyszłość gatunku ludzkiego przepuszczać przez filtr tolerancji Anglików z roku 1938? Czy to właśnie ich długi cień ma paść na przyszłe miliony lat istnienia świata?
— To wszystko związane jest z planowaniem — powiedział Moses. — I twierdzą, że jedynym rozwiązaniem alternatywnym jest ponowne pogrążenie się w stanie chaotycznego barbarzyństwa aż do ostatecznego wymarcia.
— Czy ludzie — nowocześni ludzie — są zdolni do takich epokowych czynów?
— Z pewnością poleje się krew i dojdzie do konfliktów na nie spotykaną dotychczas skalę — nawet oceniając według kryteriów tej bezmyślnej, straszliwej wojny — gdy większość narodów świata nie zgodzi się, by ci sprzymierzeni technokraci narzucili im z gruntu spaczony plan.
Napotkałem wzrok Mosesa i dostrzegłem w nim słuszny gniew i wściekłość na głupotę ludzkości, które kiedyś kierowały również moją własną, młodszą duszą. Chcąc nie chcąc, zawsze odnosiłem się z nieufnością do postępu cywilizacji, gdyż uważałem go za niestabilny budynek, który kiedyś musi runąć na głowy swych głupich twórców. Z wyjątkiem obecnej wojny, to nowoczesne państwo wydawało się największym szaleństwem, z jakim się zetknąłem od dłuższego czasu! Odniosłem wrażenie, jakbym widział myśli Mosesa w jego szarych oczach — wyzwolił się od strachu i stał się młodszą, bardziej zdecydowaną wersją mojej osoby — i poczułem, że jeszcze nigdy od chwili naszego spotkania nie był mi bliższy.
— A zatem — podsumowałem — sprawa postanowiona. Nie sądzę, by którykolwiek z nas mógł tolerować taką przyszłość.
Moses z zapałem skinął głową, Nebogipfel także wydawał się z tym zgadzać, a jeżeli chodzi o mnie, to ponownie postanowiłem raz na zawsze położyć kres podróżowaniu w czasie.
— Musimy uciec — oświadczyłem. — Tylko jak...
W tym momencie, zanim zdążyłem dokończyć pytanie, dom zadrżał.
Przewróciłem się, prawie uderzając głową o biurko. Rozległ się huk — dudnienie wewnątrz ziemi, podobne do odgłosu zatrzaskiwania drzwi. Lampy zamigotały, ale nie zgasły. Wokół mnie podniosły się krzyki — biedny Filby jęknął — i usłyszałem brzęk szkła oraz łoskot upadających mebli.
Budynek znieruchomiał. Kaszląc, gdyż podniosły się tumany kurzu, wstałem z trudem.
— Czy nikomu nic się nie stało? Moses? Nebogipfel?
Moses już pomagał Morlokowł, który nie był ranny, ale został przygnieciony przez przewrócony regał.
Zostawiłem ich i poszukałem Filby’ego. Staruszek miał szczęście; nawet nie spadł z krzesła. Wstał i podszedł do okna, które było pęknięte w poprzek.
Dotarłem do niego i położyłem ręce na jego przygarbionych ramionach.
— Filby, stary przyjacielu, chodźmy stąd.
Zignorował mnie. Z kaprawymi oczami i twarzą pokrytą skorupą kurzu uniósł zakrzywiony palec w kierunku okna.
— Spójrz — powiedział.
Zbliżyłem się do szyby, osłaniając twarz dłonią, żeby nie widzieć odbitego światła elektrycznych lamp. Reflektory paplającej maszyny pogasły, tak jak i wiele lamp ulicznych. Zobaczyłem zdesperowanych, biegających ludzi, porzucony rower, żołnierza z maską na twarzy, który strzelał w powietrze... A trochę dalej dostrzegłem pionowy snop jaskrawego światła, na tle którego unosiły się drobinki kurzu. Słup światła obejmował skrzyżowanie ulic, domy i narożnik Hyde Parku. Ludzie stali w jego blasku, mrugając jak sowy i osłaniając twarze rękami.
Jaskrawy snop był światłem dziennym. W kopule powstała wyrwa.
12. NAPAŚĆ NIEMCÓW NA LONDYN
Drzwi wyjściowe wisiały na zawiasach, najwidoczniej wyrwane pod wpływem wstrząsu. Zniknęli żołnierze, którzy nas strzegli — nawet wierny Puttick. Przed domem na Terrace usłyszeliśmy stukot szybkich kroków, wrzaski i gniewne krzyki oraz pisk gwizdków. Poczuliśmy zapach kurzu, dymu i kordytu. Wycinek jaskrawego i ostrego światła czerwcowego dnia zawisł nad wszystkim. Mieszkańcy pokrytego skorupą Londynu mrugali jak zaniepokojone sowy, zaskoczeni i przerażeni.
Moses poklepał mnie po ramieniu.
— Ten chaos nie potrwa długo. Teraz mamy szansę.
— Dobrze. Przyprowadzę Nebogipfela i Filby’ego, a pan niech zabierze jakieś zapasy z domu...
— Zapasy? Jakie?
Zirytowałem się. Jakiż głupiec wyruszałby w czas, nie mając nic oprócz szlafroka i pantofli?
— Świeczki — wyjaśniłem mu. — I zapałki! Tyle, ile zdoła pan znaleźć. Przyda się każdy rodzaj broni, nawet nóż kuchenny, jeśli nie będzie nic lepszego. — Zastanawiałem się, co jeszcze. — Kamforę, jeśli jest. Bieliznę! Niech pan to wepchnie sobie nawet do kieszeni...