Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Obergruppenführer dostrzegł go pierwszy i z udawaną aprobatą zaczął wolno klaskać w odziane w rękawiczki dłonie.
— Panowie, możecie się odprężyć. Zaraz podzieli się z nami swymi teoriami największy geniusz Kriminalpolizei.
Jeden z funkcjonariuszy Orpo parsknął śmiechem.
Ciało albo to, co z niego pozostało, znajdowało się pod szorstkim, rzuconym na tory, wełnianym kocem, a także w zielonym plastikowym worku.
— Czy mogę zobaczyć zwłoki?
— Ależ naturalnie. Nawet ich nie dotknęliśmy. Czekaliśmy na pana, wielki detektywie. — Globus skinął na Krebsa, który odsunął koc.
W poprzek torów leżał na brzuchu męski tułów. Miał uciętą jedną rękę i zmiażdżoną głowę. Obie nogi również zostały odcięte, ale postrzępione skrawki odzieży utrudniały dokładne określenie miejsca amputacji. W powietrzu unosił się silny zapach alkoholu.
— A teraz musi pan spojrzeć tutaj. — Globus zbliżył do światła plastikowy worek. Otworzył go i podsunął Marchowi pod samą twarz. — Nie chcemy, żeby ktoś oskarżył potem Gestapo o ukrywanie dowodów rzeczowych.
Ucięte stopy, jedna wciąż w bucie; zakończona strzaskaną białą kością i złotą bransoletką zegarka dłoń. March nie zamknął oczu, co najwyraźniej rozczarowało Globusa.
— No dobra — powiedział, rzucając worek na ziemię. — Wyglądają gorzej, kiedy zaczynają śmierdzieć albo kiedy dobiorą się do nich szczury. Sprawdź kieszenie, Krebs.
W trzepoczącym skórzanym płaszczu pochylony nad ciałem Krebs przypominał żywiącego się padliną sępa. Wsunął rękę pod zwłoki, sięgając do wewnętrznej kieszeni marynarki.
— Dwie godziny temu — powiedział przez ramię — Reichsbahn Polizei poinformowała nas, że widziano tutaj mężczyznę odpowiadającego rysopisowi Luthera. Niestety jeszcze przed naszym przyjazdem…
— Doszło do nieszczęśliwego wypadku… — March uśmiechnął się gorzko. — Kto by się spodziewał.
— Znalazłem, Herr Obergruppenführer — powiedział Krebs, wyjmując z kieszeni paszport i portfel. Wyprostował się i podał je Globusowi.
— To jego paszport, nie ma co do tego żadnych wątpliwości — stwierdził, kartkując dokument, Globus. — Jest tu także kilka tysięcy marek w gotówce. Dosyć pieniędzy, żeby wylegiwać się w jedwabnej pościeli hotelu Adlon. Ale sukinsyn nie mógł się oczywiście pokazać w cywilizowanym towarzystwie. Nie miał żadnego wyboru: musiał spać tutaj.
Ta myśl najwyraźniej dawała mu swoistą satysfakcję. Pokazał Marchowi paszport; spod poobijanego kciuka wystawała nalana twarz Luthera.
— Niech pan się temu wszystkiemu dobrze przyjrzy, Herr Sturmbannführer, a potem biegnie w te pędy do Nebego i powie mu, że już po wszystkim. Od tej chwili sprawę w całości przejmuje Gestapo. A panu należy się zasłużony odpoczynek. — Odpoczywaj, mówiły jego oczy, póki jeszcze możesz.
— Herr Obergruppenführer jest bardzo miły.
— Jeszcze się dowiesz, jaki jestem miły, March, to jedno mogę ci obiecać. — Globus odwrócił się do Eislera. — Gdzie jest ten cholerny ambulans?
Lekarz stanął na baczność.
— Z całą pewnością w drodze, Herr Obergruppenführer.
March domyślił się, że został odprawiony. Ruszył w stronę zostawionych samym sobie, stojących w odległości dziesięciu metrów kolejarzy.
— Który z was odkrył ciało?
— Ja, Herr Sturmbannführer. — Mężczyzna, który dał krok do przodu, nosił ciemnoniebieską kurtkę od munduru i miękką czapkę maszynisty. Miał zaczerwienione oczy i zachrypnięty z przejęcia głos. March zastanawiał się, czy to z powodu trupa, czy też niespodziewanego pojawienia się generała SS.
— Papierosa?
— O tak, bardzo chętnie, Herr Sturmbannführer. Maszynista poczęstował się, rzucając trwożne spojrzenie w stronę Globusa, który rozmawiał teraz z Krebsem. March podał mu ogień.
— Niech pan się odpręży. Nie ma pośpiechu. Zdarzyło się panu już kiedyś coś takiego?
— Raz. — Mężczyzna zaciągnął się i popatrzył z wdzięcznością na papierosa. — To zdarza się co trzy, cztery miesiące. Włóczędzy śpią pod wagonami, żeby schronić się przed deszczem. A potem, kiedy skład rusza, zamiast leżeć tam, gdzie są, próbują wyskoczyć. — Zasłonił dłonią oczy. — Musiałem najechać na niego tyłem, ale nic nie usłyszałem. Kiedy spojrzałem z powrotem na tory, już się nie ruszał. Przypominał kupę łachmanów.
— Wielu macie tutaj włóczęgów? — March starał się mówić lekkim tonem.
— Zawsze co najmniej kilkudziesięciu. Reichsbahn Polizei próbuje ich przepędzać, ale miejsce jest zbyt duże, żeby je stale patrolować. Niech pan spojrzy. Właśnie tam przebiegają.
Pokazał ręką przez tory. Z początku March nie widział nic oprócz rzędu bydlęcych wagonów. A potem zobaczył jakiś ruch: prawie niewidoczny w cieniu pociągu kształt, który przesuwał się, podskakując jak marionetka; za nim następny, potem cała grupa. Biegli wzdłuż torów, kucali w przerwach między wagonami, czekali chwilę, a potem pędzili w stronę następnej plamy cienia.
Globus nadal odwrócony był plecami. Nie zwracając na nich uwagi wciąż rozmawiał z Krebsem, uderzając prawą pięścią w otwartą lewą dłoń.
March obserwował chroniące się w bezpiecznym miejscu drobne figurki — a potem nagle szyny zawibrowały, powiał wiatr i wszystko zasłonił wyjeżdżający z Berlina pociąg sypialny do Równa. Przez pół minuty przesuwała się przed nim ruchoma ściana sleepingów i piętrowych wagonów restauracyjnych. Kiedy przejechał ostatni wagon, mała kolonia bezdomnych zniknęła w pomarańczowym półmroku.
CZĘŚĆ PIĄTA
SOBOTA, 18 KWIETNIA
Większość z was wie, jak wygląda sto rzuconych obok siebie trupów. Albo pięćset. Albo tysiąc. Patrzeć na to i nie licząc kilku wyjątków, spowodowanych zwyczajną ludzką słabością, pozostać przyzwoitym człowiekiem — to właśnie sprawiło, że staliśmy się twardzi. Ale ta chwalebna stronica naszej historii nie może i nigdy nie zostanie zapisana.