Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Vaterland [Fatherland - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Vaterland [Fatherland - pl]

Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:

Jest rok 1964. Nazistowskie Niemcy triumfują w Europie oraz Azji i przygotowują się do obchodów 75 urodzin Hitlera. Prezydent USA J.F.Kennedy ma przybyć z oficjalną wizytą do Rzeszy, aby przywrócić stosunki dyplomatyczne miedzy krajami. Wtedy uwagę władz przykuwa seria tajemniczych morderstw. Wszystkie ofiary łączy udział w planie eksterminacji Żydów i Słowian. Śledztwo rozpoczynają agencji niemieckiego wywiadu, szpiedzy i amerykańska dziennikarka. Rozwiązanie okaże się bardziej zaskakujące, niż ktokolwiek przypuszcza.
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 86
Перейти на страницу:

Obergruppenführer dostrzegł go pierwszy i z udawaną aprobatą zaczął wolno klaskać w odziane w rękawiczki dłonie.

— Panowie, możecie się odprężyć. Zaraz podzieli się z nami swymi teoriami największy geniusz Kriminalpolizei.

Jeden z funkcjonariuszy Orpo parsknął śmiechem.

Ciało albo to, co z niego pozostało, znajdowało się pod szorstkim, rzuconym na tory, wełnianym kocem, a także w zielonym plastikowym worku.

— Czy mogę zobaczyć zwłoki?

— Ależ naturalnie. Nawet ich nie dotknęliśmy. Czekaliśmy na pana, wielki detektywie. — Globus skinął na Krebsa, który odsunął koc.

W poprzek torów leżał na brzuchu męski tułów. Miał uciętą jedną rękę i zmiażdżoną głowę. Obie nogi również zostały odcięte, ale postrzępione skrawki odzieży utrudniały dokładne określenie miejsca amputacji. W powietrzu unosił się silny zapach alkoholu.

— A teraz musi pan spojrzeć tutaj. — Globus zbliżył do światła plastikowy worek. Otworzył go i podsunął Marchowi pod samą twarz. — Nie chcemy, żeby ktoś oskarżył potem Gestapo o ukrywanie dowodów rzeczowych.

Ucięte stopy, jedna wciąż w bucie; zakończona strzaskaną białą kością i złotą bransoletką zegarka dłoń. March nie zamknął oczu, co najwyraźniej rozczarowało Globusa.

— No dobra — powiedział, rzucając worek na ziemię. — Wyglądają gorzej, kiedy zaczynają śmierdzieć albo kiedy dobiorą się do nich szczury. Sprawdź kieszenie, Krebs.

W trzepoczącym skórzanym płaszczu pochylony nad ciałem Krebs przypominał żywiącego się padliną sępa. Wsunął rękę pod zwłoki, sięgając do wewnętrznej kieszeni marynarki.

— Dwie godziny temu — powiedział przez ramię — Reichsbahn Polizei poinformowała nas, że widziano tutaj mężczyznę odpowiadającego rysopisowi Luthera. Niestety jeszcze przed naszym przyjazdem…

— Doszło do nieszczęśliwego wypadku… — March uśmiechnął się gorzko. — Kto by się spodziewał.

— Znalazłem, Herr Obergruppenführer — powiedział Krebs, wyjmując z kieszeni paszport i portfel. Wyprostował się i podał je Globusowi.

— To jego paszport, nie ma co do tego żadnych wątpliwości — stwierdził, kartkując dokument, Globus. — Jest tu także kilka tysięcy marek w gotówce. Dosyć pieniędzy, żeby wylegiwać się w jedwabnej pościeli hotelu Adlon. Ale sukinsyn nie mógł się oczywiście pokazać w cywilizowanym towarzystwie. Nie miał żadnego wyboru: musiał spać tutaj.

Ta myśl najwyraźniej dawała mu swoistą satysfakcję. Pokazał Marchowi paszport; spod poobijanego kciuka wystawała nalana twarz Luthera.

— Niech pan się temu wszystkiemu dobrze przyjrzy, Herr Sturmbannführer, a potem biegnie w te pędy do Nebego i powie mu, że już po wszystkim. Od tej chwili sprawę w całości przejmuje Gestapo. A panu należy się zasłużony odpoczynek. — Odpoczywaj, mówiły jego oczy, póki jeszcze możesz.

— Herr Obergruppenführer jest bardzo miły.

— Jeszcze się dowiesz, jaki jestem miły, March, to jedno mogę ci obiecać. — Globus odwrócił się do Eislera. — Gdzie jest ten cholerny ambulans?

Lekarz stanął na baczność.

— Z całą pewnością w drodze, Herr Obergruppenführer.

March domyślił się, że został odprawiony. Ruszył w stronę zostawionych samym sobie, stojących w odległości dziesięciu metrów kolejarzy.

— Który z was odkrył ciało?

— Ja, Herr Sturmbannführer. — Mężczyzna, który dał krok do przodu, nosił ciemnoniebieską kurtkę od munduru i miękką czapkę maszynisty. Miał zaczerwienione oczy i zachrypnięty z przejęcia głos. March zastanawiał się, czy to z powodu trupa, czy też niespodziewanego pojawienia się generała SS.

— Papierosa?

— O tak, bardzo chętnie, Herr Sturmbannführer. Maszynista poczęstował się, rzucając trwożne spojrzenie w stronę Globusa, który rozmawiał teraz z Krebsem. March podał mu ogień.

— Niech pan się odpręży. Nie ma pośpiechu. Zdarzyło się panu już kiedyś coś takiego?

— Raz. — Mężczyzna zaciągnął się i popatrzył z wdzięcznością na papierosa. — To zdarza się co trzy, cztery miesiące. Włóczędzy śpią pod wagonami, żeby schronić się przed deszczem. A potem, kiedy skład rusza, zamiast leżeć tam, gdzie są, próbują wyskoczyć. — Zasłonił dłonią oczy. — Musiałem najechać na niego tyłem, ale nic nie usłyszałem. Kiedy spojrzałem z powrotem na tory, już się nie ruszał. Przypominał kupę łachmanów.

— Wielu macie tutaj włóczęgów? — March starał się mówić lekkim tonem.

— Zawsze co najmniej kilkudziesięciu. Reichsbahn Polizei próbuje ich przepędzać, ale miejsce jest zbyt duże, żeby je stale patrolować. Niech pan spojrzy. Właśnie tam przebiegają.

Pokazał ręką przez tory. Z początku March nie widział nic oprócz rzędu bydlęcych wagonów. A potem zobaczył jakiś ruch: prawie niewidoczny w cieniu pociągu kształt, który przesuwał się, podskakując jak marionetka; za nim następny, potem cała grupa. Biegli wzdłuż torów, kucali w przerwach między wagonami, czekali chwilę, a potem pędzili w stronę następnej plamy cienia.

Globus nadal odwrócony był plecami. Nie zwracając na nich uwagi wciąż rozmawiał z Krebsem, uderzając prawą pięścią w otwartą lewą dłoń.

March obserwował chroniące się w bezpiecznym miejscu drobne figurki — a potem nagle szyny zawibrowały, powiał wiatr i wszystko zasłonił wyjeżdżający z Berlina pociąg sypialny do Równa. Przez pół minuty przesuwała się przed nim ruchoma ściana sleepingów i piętrowych wagonów restauracyjnych. Kiedy przejechał ostatni wagon, mała kolonia bezdomnych zniknęła w pomarańczowym półmroku.

CZĘŚĆ PIĄTA

SOBOTA, 18 KWIETNIA

Większość z was wie, jak wygląda sto rzuconych obok siebie trupów. Albo pięćset. Albo tysiąc. Patrzeć na to i nie licząc kilku wyjątków, spowodowanych zwyczajną ludzką słabością, pozostać przyzwoitym człowiekiem — to właśnie sprawiło, że staliśmy się twardzi. Ale ta chwalebna stronica naszej historii nie może i nigdy nie zostanie zapisana.

HEINRICH HIMMLER
Tajna mowa do wyższych oficerów SS
Poznań, 4 października 1943

1

Spod jej drzwi padała smuga światła. W mieszkaniu grało radio. Muzyka zakochanych — miękkie smyczki i niski zmysłowy głos, w sam raz na nocną porę. Przyjęcie? Czy tak właśnie zachowują się Amerykanie w obliczu niebezpieczeństwa? Stojąc samotnie na niewielkim podeście March spojrzał na zegarek. Dochodziła druga w nocy. Zapukał i po kilku chwilach radio zostało ściszone. Usłyszał jej głos.

— Kto tam?

— Policja.

Po dwóch sekundach rozległ się hałas otwieranej zasuwy i zdejmowanego łańcucha. Drzwi uchyliły się.

— Bardzo śmieszne — stwierdziła. Ale jej uśmiech był fałszywy, przyklejony do twarzy specjalnie dla niego. W ciemnych oczach kryło się zmęczenie, a także — chyba się nie mylił? — cień strachu. Pochylił się, żeby ją pocałować; jego dłonie dotknęły lekko jej bioder i natychmiast poczuł, jak ogarnia go pożądanie. Mój Boże, przemknęło mu przez głowę, przy niej czuję się jak szesnastolatek…

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)