Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Gdzieś w głębi mieszkania rozległy się kroki. Xavier podniósł wzrok. Za jej ramieniem ujrzał wychodzącego z łazienki mężczyznę. Był kilka lat młodszy od Marcha: brązowe zamszowe buty, sportowa marynarka, krawat, biały sweter założony niedbale na elegancką koszulę. Charlie zesztywniała nagle i delikatnie uwolniła się z jego uścisku.
— Pamiętasz Henry’ego Nightingale’a? Wyprostował się, czując, jak ogarnia go zmieszanie.
— Oczywiście. Spotkaliśmy się w barze przy Potsdamer Strasse. Obaj mężczyźni stali jak wmurowani w miejscu. Twarz Amerykanina była nieprzenikniona jak maska.
— Co się tutaj dzieje? — zapytał cicho Xavier, nie odrywając oczu od Amerykanina.
— Nic nie mów — szepnęła mu do ucha, stając na palcach. — Nie tutaj. Coś się wydarzyło. — A potem głośniej: — Czy to nie ciekawe, że spotkaliśmy się wszyscy troje? — Wzięła Marcha pod ramię i ruszyła w stronę łazienki. — Powinieneś chyba przejść do mojej rozmównicy.
W łazience Nightingale zachowywał się jak gospodarz. Odkręcił kurki zimnej wody nad umywalką i wanną i nastawił głośniej radio. Program zmienił się. Obite boazerią ściany wibrowały teraz w rytmie oficjalnie aprobowanego „niemieckiego jazzu” - rozwodnionej synkopowanej muzyki, całkowicie pozbawionej wszelkich „negroidalnych wpływów”. Zadowolony z poczynionych przygotowań, Amerykanin przysiadł na skraju wanny. March usadowił się obok niego, Charlie przykucnęła na podłodze.
— Właśnie opowiadałam panu Nightingale’owi o naszym przedwczorajszym gościu — oświadczyła, otwierając zebranie. — O tym, z którym musiałeś walczyć. Pan Nightingale uważa, że Gestapo mogło zainstalować tu podsłuch.
— Obawiam się, że w ten właśnie sposób funkcjonuje pański kraj, Herr Sturmbannführer — stwierdził, uśmiechając się szeroko, Amerykanin.
Pański kraj…
— Rozumie pan: środek zapobiegawczy…
Może nie jest wcale ode mnie młodszy, pomyślał Xavier. Dyplomata miał gęste jasne włosy, jasne rzęsy i narciarską opaleniznę. Jego olśniewająco białe, pokryte emalią zęby były absurdalnie regularne. Z pewnością nie wiedział, co to są jednodaniowe obiady; w dzieciństwie nie jadał wodnistych kartoflanych zupek i trociniastej kiełbasy — wystarczyło spojrzeć na jego cerę. Ze swoim chłopięcym wyglądem mógł mieć równie dobrze dwadzieścia pięć jak pięćdziesiąt lat.
Przez kilka chwil nikt się nie odzywał. Ciszę wypełniała muzyczna europejska sznura.
— Wiem, że zakazałeś mi z kimkolwiek o tym rozmawiać — odezwała się w końcu Charlie, zwracając się do Marcha. — Ale nie mogłam inaczej. Teraz musisz ufać Henry’emu, a Henry musi ufać tobie. Wierz mi, nie ma innego wyjścia.
— I naturalnie obaj musimy ufać tobie.
— Och, daj spokój…
— W porządku — powiedział, podnosząc ręce na znak, że się poddaje.
Obok niej leżał na sedesie najnowszy model amerykańskiego przenośnego magnetofonu. Na drugim końcu tkwiącego w nim kabla znajdowała się zamiast mikrofonu mała przyssawka.
— Posłuchaj tego — powiedziała. — Wtedy wszystko zrozumiesz.
— Pochyliła się i nacisnęła przycisk. Szpule w magnetofonie zaczęły się obracać.
— Fräulein Maguire?
— Tak?
— Taka sama procedura jak poprzednio, jeśli można prosić. Rozległ się trzask odkładanej słuchawki, a potem brzęczenie. Charlie nacisnęła inny przycisk, zatrzymując taśmę.
— To był pierwszy telefon. Powiedziałeś, że zadzwoni. Czekałam na niego. — W jej głosie zabrzmiał triumf. — To Martin Luther.
To była zwariowana historia, najbardziej zwariowana, z jaką kiedykolwiek się zetknął; podążanie jej śladem przypominało wizytę w gabinecie strachów w wesołym miasteczku w Tiergarten. Stawiasz stopę i deski ustępują pod twoim ciężarem. Zza rogu wyskakuje szaleniec. Cofasz się i widzisz w krzywym zwierciadle własną zniekształconą twarz.
Luther.
— O której to było godzinie? — zapytał.
— Za piętnaście dwunasta.
Jedenasta czterdzieści pięć: czterdzieści pięć minut po odkryciu ciała na torach. Przypomniał sobie wyraz triumfu na twarzy Globusa i uśmiechnął się.
— Co pana tak śmieszy? — zapytał Nightingale.
— Nic. Wyjaśnię później. Co zdarzyło się potem?
— Dokładnie to samo, co przedtem. Poszłam do budki telefonicznej i po pięciu minutach zadzwonił ponownie. Xavier podniósł dłoń do czoła.
— Nie powiesz mi, że targałaś ten sprzęt przez ulicę?
— Potrzebowałam przecież jakiegoś dowodu, do cholery. — Rzuciła mu zniecierpliwione spojrzenie. — Wiedziałam dobrze, co robię. Popatrz. — Wstała, żeby mu lepiej pokazać. — Magnetofon można sobie zawiesić na pasku na ramieniu. Mieści się cały pod płaszczem. Przewód wsadziłam sobie do rękawa. Przyssawkę przymocowałam do słuchawki, w ten sposób. To bardzo łatwe. Było ciemno. Nikt nie mógł niczego zobaczyć.
— Nigdy nie przejmuj się, w jaki sposób udało ci się sporządzić nagranie ani czy miałeś prawo je zrobić — wtrącił Nightingale, profesjonalny dyplomata. — Proponuje, żebyśmy po prostu posłuchali rozmowy — zwrócił się do Marcha.
Charlie nacisnęła przycisk. Usłyszeli spotęgowany przez wzmacniacz odgłos mocowania przyssawki. Zaraz potem odezwał się Luther:
— Nie mamy dużo czasu. Jestem przyjacielem Stuckarta. — Głos starego mężczyzny, ale bynajmniej nie słaby. Głos, w którym słychać było sarkastyczny zaśpiew urodzonego berlińczyka. Mówił dokładnie tak, jak się tego spodziewał Xavier. A potem usłyszeli wypowiedziane doskonałą niemczyzną pytanie Charlie:
— Proszę mi powiedzieć, czego pan chce?
— Stuckart nie żyje.
— Wiem. Odnalazłam jego ciało.
Długa przerwa. W tle słychać było dworcową zapowiedź. Luther musiał wykorzystać zamieszanie spowodowane odkryciem ciała, żeby zadzwonić z peronu Dworca Gotenlandzkiego.
— Nie odzywał się tak długo — szepnęła Charlie. — Pomyślałam, że się przestraszył i uciekł. March potrząsnął głową.
— Jesteś jego jedyną nadzieją. Już ci mówiłem. Luther odezwał się ponownie.
— Wie pani, kim jestem?
— Tak.
— Pyta mnie pani, czego chcę — powtórzył znużonym głosem. — Czego pani zdaniem mogę chcieć? Azylu w pani kraju.
— Niech mi pan powie, gdzie pan teraz jest.
— Mam czym zapłacić.
— To nie wysta…
— Mam informacje. Na temat pewnych faktów.
— Niech mi pan powie, gdzie pan jest. Przyjadę po pana. Zaprowadzę pana do ambasady.
— Za wcześnie. Jeszcze nie teraz.
— Więc kiedy?
— Jutro rano. Niech pani dobrze słucha. O dziewiątej rano. Na głównych schodach Wielkiego Pałacu. Zrozumiała pani?
— Tak.
— Proszę przyprowadzić ze sobą kogoś z ambasady. Ale pani musi tam być także.
— Jak pana rozpoznamy? Parsknięcie śmiechu.
— Nie, to ja was rozpoznam, pojawię się, kiedy sam uznam to za stosowne. — Pauza. — Stuckart powiedział, że jest pani młoda i ładna. — Pauza. — Cały Stuckart. — Pauza. — Proszę założyć coś, co będzie panią wyróżniać z tłumu.
— Mam płaszcz. Jasnoniebieski płaszcz.
— Ładna dziewczyna w błękicie. Dobrze. Do zobaczenia jutro rano, Fräulein.
Trzask odkładanej słuchawki.
Szum magnetofonu.
Terkot wyłączanej taśmy.
— Puść to jeszcze raz — poprosił Xavier.