Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Prawdę mówiąc, to ja go zaprosiłem — oświadczył Vones. Zdawał się rozbawiony zakłopotaniem Rzymianina; dzielił zamiłowanie Balsamona do zbijania rozmówców z tropu. — Mam swoje powody. Jak wiesz, Agder to daleki pomocny kraj, i zimowe przesilenie znaczy dla jego mieszkańców więcej, niż dla Videssańczyków czy dla mnie. Oni zawsze na poły boją się, że słońce już nie wróci. Wierz mi, gdy widzą, że znów rusza na północ, potrafią hulać na całego.
Videssos mogło nie obawiać się o powrót słońca, ale świętowało z równym zapamiętaniem. Marek widział dwa takie święta w prowincjonalnych miastach. Festyn w stolicy był może mniej hałaśliwy od tamtych rozpustnych zabaw, ale obchodzony z wcale nie mniejszym polotem. I sama wielkość miasta pozwalała trybunowi wyobrazić sobie, jak szaleją mieszkańcy nastawieni na czyste przyjemności.
Wczesny zimowy wieczór zapadał szybko, ale pochodnie i świece dawały mnóstwo światła. Na wszystkich rogach płonęły ogniska i zapraszały chętnych do skoku.
Helvis uwolniła się z objęć Marka. Podbiegła do jednego z ognisk i skoczyła. Włosy otoczyły jej głowę niczym ciemna aureola. Mimo że trzymała ręką spódnicę, materiał uniósł się i odsłonił jej nogi. Ktoś po drugiej stronie ognia zagwizdał z podziwu. Trybunowi też przyśpieszył puls. Ona wróciła do niego zarumieniona od biegu i zimna, z roziskrzonymi oczami. Kiedy znów ją objął, czule przycisnęła jego dłoń do biodra.
Nic nie mogło umknąć ptasiemu wzrokowi Taso Vonesa. Uśmiechając się do swojej towarzyszki — Skaurus pamiętał, że dziewczyna nazywa się Plakidia Teletze — powiedział:
— Lepsze od mitrężenia czasu nad kodeksami, prawda?
— Ty wiesz to najlepiej — odparł trybun i złapał Helvis za brodę, by szybko ją pocałować. Jej usta były ciepłe i żywe.
— Wstyd! Robisz z siebie publiczne widowisko — poskarżył się Viridoviks.
By pokazać, jak bardzo jest poważny, pocałował wszystkie swoje przyjaciółki, one zaś wydawały się zupełnie zadowolone z jego szarmanckiej bezstronności. Dzięki długiej praktyce zrobił to z wdziękiem równym temu, z jakim kuglarz po raz dziesięciotysięczny wyławia z powietrza złoty pierścień.
Z Amfiteatru dobiegły kaskady śmiechu. Videssańskie trupy mimów były naturalnie najlepszym, co mogło zaoferować Imperium. Patrząc na ciemniejące niebo, Gorgidas powiedział:
— Prawdopodobnie jest za ciemno, żeby dali jeszcze jedno przedstawienie. Co powiecie, żebyśmy znaleźli jakąś jadłodajnię, zanim tłum przepełni ją ponad granice wytrzymałości?
— Jedzenie to zawsze dobry pomysł — powiedział Gawtruz z ciężkim akcentem Khamorthów, który przez większość czasu udawał.
Poseł z Thatagush poklepał się po okazałym brzuchu. Jego apetyt był prawdziwy, ale Skaurus wiedział, że prostackie zachowanie było sztuczką mającą zwieść naiwnych. Pod powierzchownością wieprza krył się zręczny dyplomata.
Szósty zmysł Gorgidasa doprowadził ich do znajdującej się o kilka przecznic od placu Palamasa karczmy, która tylko w połowie była pełna. Właściciel i służąca zsunęli im dwa stoły. Nim dopili pierwszą kolejkę wina — Soteryk, Fayard i Katakolon Kekaumenos wybrali piwo — w sali zrobiło się tłoczno. Właściciel wyciągnął z kuchni kilka zmaltretowanych stołów i ustawił je na ulicy, by obsłużyć klientów, którzy nie zmieścili się wewnątrz. Dla ich wygody postawił na każdym stole grube świece.
Marek usłyszał jak oberżysta, krzątając się spiesznie, powtarza pod nosem:
— Żałuję, że nie kupiłem większego lokalu.
Z kuchni płynęły apetyczne zapachy. Skaurus i jego przyjaciele przekąszali słodkie mięsa i pili, czekając na główne danie. Wreszcie służąca, uginając się pod ciężarem tacy, podała tłustą pieczoną gęś. Stal błyskała w świetle pochodni, gdy zręcznie dzieliła ptaka na porcje.
Trybunowi generalnie smakowały videssańskie potrawy i kiedy właściciel karczmy nazwał gęś „naszą specjalnością”, zabrał się do niej bez najmniejszych obaw. Po pierwszym kęsie zmienił zdanie. Gęś była polana sosem z cynamonu i ostrego sera, co stanowiło kombinację dość pikantną, by łzy zakręciły mu się w oczach. Niekiedy dążenie Videssańczyków do osiągnięcia wyrafinowanej rozkoszy przez używanie kłócących się z sobą przypraw, zdecydowanie przekraczało tolerancję jego podniebienia.
Gajusz Filipus był chyba podobnie zakłopotany, ale reszta towarzystwa jadła z wszelkimi oznakami zadowolenia. Trybun, tłumiąc westchnienie, wziął garść migdałów z talerza, na którym leżała już na wpół zjedzona gęś. Migdały były posypane sproszkowanym czosnkiem. Westchnienie przerodziło się w jęk; dlaczego zamiast tego nie dodano czosnku do gęsi?
— Bardzo mało jesz — powiedziała Helvis.
— Tak.
Może miało to swoje dobre strony. Siedzący tryb życia sprawił, że Marek przybrał na wadze. I — pomyślał wznosząc kubek do ust — dzięki temu mam więcej miejsca na wino.
— Hej, ładniutka, usiądziesz przy mnie? — Gajusz Filipus witał kurtyzanę w obcisłej sukni z cienkiego żółtego materiału. Zabrał krzesło od sąsiedniego stołu; właściciel musiał wyjść za potrzebą. Jego towarzysze zerknęli wściekle na starszego centuriona. On odpowiedział im równie groźnym spojrzeniem; długie lata dowodzenia nadały mu powagę, z którą mieszkańcy miasta nie mieli co konkurować.
Kobieta również dostrzegła siłę w oczach żołnierza. Na jej twarzy pojawiło się prawdziwe zainteresowanie, a nie tylko udawana namiętność dziwki. Z zapałem zabrała się do jedzenia i picia. Ładniutka — pomyślał Marek i był zadowolony w imieniu Gajusza Filipusa, któremu w takich sprawach zazwyczaj nie dopisywało szczęście.
Odcień sukienki przypomniał trybunowi, przezroczyste jedwabie, jakie Vardanes Sphrantzes kazał nosić Alypii Gavrze, i jej szczupłe ciało. Ta myśl rozgrzała go i jednocześnie zaniepokoiła. Miał przy sobie Helvis, której palce pieściły go po karku, więc takie wspomnienia nie powinny mieć doń dostępu.
Turgot wyciągnął ręce nad stołem, by sięgnąć po migdały. Wrzucił garść w usta, a potem spróbował zakląć.
— Śmierdzący czosnek! — wydusił wreszcie, spłukując smak potężnym łykiem wina. — W Duchy nie paskudzimy dobrego jedzenia tym świństwem. — Znów się napił, a jego twarz straciła żołnierską twardość, gdy pomyślał o swoim domu.
— No cóż, ja to lubię — rzekła Mavia, potrząsając głową.
Jej włosy błysnęły w świetle pochodni niczym czerwone złoto, miały bowiem barwę samego płomienia. Na poparcie swych słów zjadła jeden, potem drugi migdał. Marek przypuszczał, że przybyła do Imperium dawno temu jako córka najemnika i zdążyła przyzwyczaić się do smaku videssańskiego jedzenia. Turgot, zgarbiony nad kubkiem wina, nagle posmutniał. Wydawał się zmęczony i stary.
Wrócił Videssańczyk, którego krzesło zaanektował Gajusz Filipus. Przez chwilę stał niezdecydowanie, podczas gdy przyjaciele wyjaśniali mu, co się stało. Później odwrócił się niepewnie w stronę Rzymianina, bowiem wypił już sporo wina.
— Ty, panie, słuchaj… słuchaj… — wyjąkał.
— Idź do domu i wytrzeźwiej — poradził mu wcale grzecznie starszy centurion.
Miał na głowie inne sprawy; nie był zainteresowany bijatyką. Jego oczy pożądliwie przywierały do ciemnych sutków kurtyzany, doskonale widocznych pod cienkim materiałem.
Na ten sam obiekt skierowało się pełne podziwu spojrzenie Viridoviksa. Dopiero gdy pijany Videssańczyk zaczął protestować, Celt jakby go zauważył. Wybuchnął śmiechem i powiedział do Gaiusa Philippusa: