Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Na czym stanęliśmy? — zapytał Imperator.
Marek spodziewał się, że Baanes wróci do łask Thorisina, bowiem złość Imperatora była gwałtowna jak powódź, ale równie szybko opadała. Onomagoulos jednakże był bardziej zawzięty. Dwa dni po burzliwej naradzie wielmoża dotrzymał obietnicy — przepłynął przez Koński Bród i wyruszył do Garsavry.
— Nie podoba mi się to — powiedział trybun,. gdy usłyszał nowiny. Chociaż był w rzymskich koszarach, rozejrzał się bacznie, nim ściszonym głosem dodał: — Jawnie poderwał autorytet Imperatora. — Pomyślał z niezadowoleniem, że ostrożność wypowiedzi jest ceną za życie w Imperium.
— Obawiam się, że masz rację — powiedział Gajusz Filipus. — Gdybym był Gavrasem, przywlókłbym go z powrotem w łańcuchach.
— Obaj mówicie bez sensu — oświadczył Viridoviks. — To Gavras pozwolił mu odejść, a dokładniej: rozkazał.
— Może rozkazał mu paść trupem — powiedział Gorgidas — ale na pewno nie odejść i rozpoczynać kolejną wojnę domową. — Podniósł brwi i spojrzał z ironią na Gala. — Kiedyż się wreszcie nauczysz, że słowa mogą wyrażać jedno, a znaczyć co innego?
— Och, myślisz, że jesteś takim szczwanym Grekiem. Ale powiem ci, że gdyby to mój dom był w niebezpieczeństwie, starałbym się go bronić, i niech licho weźmie każdego, kto by próbował mnie powstrzymać, łącznie z mną samym. — Gal splótł ręce na piersiach, jakby ośmielał lekarza do wyrażenia sprzeciwu.
Jednakże Gajusz Filipus prychnął na niego.
— Prawdopodobnie tak byś zrobił, i może w zamian straciłbyś swój dom i wszystkich swoich sąsiadów. Oto co się dzieje, gdy najpierw myśli się o sobie, a na końcu o swych bliźnich. Jak myślisz, dlaczego Cezar mógł walczyć z celtyckimi klanami po jednym naraz?
Viridoviks przygryzł obwisły wąs; docinek starszego centuriona był celny. Ale odpowiedział:
— To nie ma najmniejszego znaczenia. Podzieleni czy nie, zadamy wam takiego bobu, że będziecie zmykać z podkulonymi ogonami.
— Nie ma szans — powiedział Gajusz Filipus i znów zaczęła się stara dyskusja.
Nawet po przybyciu Rzymian do Videssos wykłócali się, kto wygra walkę w Galii. Obaj traktowali pytanie poważnie, chociaż — czy może ponieważ — nie mogli na nie odpowiedzieć.
Marek nie miał ochoty ich słuchać i udał się do swego biura w skrzydle Wielkiego Dworu. Tutaj czekały go inne problemy, a ich rozwiązanie wydawało się wcale nie łatwiejsze niż dyskusja przyjaciół.
Pandhelis znosił mu księgi i raporty nie kończącym się strumieniem. Dane równie często wyjaśniały, jak gmatwały różne kwestie. Videssańscy biurokraci ze swym retorycznym wyszkoleniem czerpali dumę z czynienia ich treści tak niejasną, jak tylko możliwe. Próbując przegryźć się przez gąszcz ledwo zrozumiałych aluzji, Skaurus zastanawiał się, dlaczego kiedykolwiek zamarzył o politycznej karierze.
Tej nocy zasnął przy biurku, ogłupiony stosem podatkowych dokumentów wypisanych charakterem tak drobnym, że męczyły mu się oczy. Legioniści byli już na placu ćwiczeń, gdy wyruszył do koszar. Szedł Ulicą Środkową, by się do nich przyłączyć i zjeść maczaną w miodzie twardą bułkę z żytniej mąki, którą kupił na placu Palamasa.
Był kolejny mroźny dzień, w powietrzu wirowały płatki śniegu. Kiedy zbliżył się do łaźni o imponującej fasadzie ze złocistego piaskowca i białego marmuru, jego entuzjazm do zajmowanego stanowiska nagle zmalał do zera. Uśpił sumienie i wszedł do środka. Powiedział sobie, że zasypianie pod nawałem pracy wystarcza, by każdy poczuł się podle.
Przy drzwiach właściciel łaźni uśmiechnął się szeroko, wziął od niego miedziaka i wskazał mu drogę do rozbieralni. Marek dał drugiego miedziaka chłopcu, który miał dopilnować, by nie ukradziono mu ubrania, gdy będzie zażywał kąpieli. Z westchnieniem ulgi zdjął płaszcz z owczej skóry, tunikę i spodnie.
Prowadziły go głosy kąpiących się. Jak w Rzymie, tutaj także łaźnie służyły nie tylko do utrzymania higieny, ale były miejscami spotkań towarzyskich. Sprzedawcy kiełbasek, wina i ciastek zachwalali swoje towary; człowiek zajmujący się usuwaniem owłosienia polecał swe usługi amatorom. Mężczyzna zamilkł na chwilę, a potem Skaurus usłyszał wrzask klienta, któremu zaczęto wyskubywać pachę.
Zazwyczaj trybun ze stoickim samozaparciem ograniczał się do zimnej kąpieli, ale nie zniósłby czegoś takiego po wejściu z mrozu. Pocił się przez pewien czas w łaźni parowej, która skutecznie pozwalała zapomnieć o zimie.
Dopiero wtedy zimna kąpiel wydawała się nie torturą, a przyjemnością. Marek wyskoczył z basenu, gdy lodowata woda zaczęła kąsać mu skórę, i rozłożył się na kafelkach, by odprężyć się przed kąpielą w przyjemnie ciepłej wodzie w drugim basenie.
— Podrapać cię, panie? — zapytał młodzieniec z zakrzywionym strigilisem w dłoni.
— Tak, proszę — powiedział trybun.
Wziął ze sobą drobne, by płacić właśnie za tego typu luksusy, bo podrapanie się samemu po plecach było dla kąpiącego się dość karkołomne. Westchnął, gdy przyjemnie szorstki strigilis przesuwał się po jego skórze.
Wokół niego pulchni mężczyźni w średnim wieku sapali, zmagając się z ciężarami. Masażyści okładali stękające ofiary, to klepiąc po ramionach na płask, to składając dłonie w łódki, czemu towarzyszył hałas do złudzenia przypominający bicie w bębny. Trzej młodzi ludzie grali w videssańską grę zwaną trigonem, polegającą na niespodziewanym podawaniu sobie piłki. Robili zmyłki i krzyczeli. Gdy tylko jeden upuszczał piłkę, pozostali dwaj, wołali, że stracił punkt. W kącie grupka poważniejszych obywateli spędzała poranek na grze w kości.
Rozległ się okropny plusk, gdy ktoś wskoczył do basenu z ciepłą wodą w sąsiedniej sali. Żartowniś, złajany przez schlapanych ludzi, ani trochę nie był speszony. Po wydmuchnięciu wody z nosa i ust zaczął śpiewać dźwięcznym barytonem.
— Wszyscy myślą, że to brzmi cudownie w czasie kąpieli — powiedział młodzieniec ze strigilisem, krytycznie potrząsając głową. Pozował na konesera muzyki łaźniowej. — Ale trzeba przyznać, że nie jest zły, mimo tego śmiesznego akcentu.
— Nie, nie jest — zgodził się Marek, chociaż miał słuch tak kiepski, że z trudnością potrafił odróżnić zły śpiew od dobrego. Ale tylko jeden człowiek w Videssos miał taki akcent. Wręczył młodzieńcowi ostatniego miedziaka, wstał i poszedł przywitać się z Viridoviksem.
Celt stał twarzą do wejścia i przerwał w połowie nuty, gdy zobaczył trybuna.
— Czyżby to on? Tak, we własnej osobie, przyszedł zmyć z siebie atrament! — krzyknął. — I przydałoby się zmyć też co innego, bo jest tego sporo!
Skaurus spojrzał w dół. Czuł, że przybrał na wadze, ale nie zdawał sobie sprawy, że rezultat jest tak bardzo widoczny. Zirytowany przebiegł trzy kroki i skoczył do ciepłej wody dużo zgrabniej od Viridoviksa. Był to płytki skok; woda w basenie sięgała ledwo do piersi.
Podpłynął do Celta. Obaj wyróżniali się wśród ciemnowłosych Videssańczyków o oliwkowej skórze: Marek — ciemny blondyn, z opaloną trwale twarzą, rękami i nogami, ale resztą ciała dużo bledszą; i Viridoviks, o różowobiałej galijskiej karnacji, która nijak nie chciała się opalić, ze strzechą spalonych słońcem miedzianych włosów na głowie oraz jasnymi loczkami na klatce piersiowej, na brzuchu i podbrzuszu.