Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Oficerowie zaczęli chrząkać współczująco. Marek przyjął kondolencje i odpowiedział na ich żarty własnymi.
Prawdę mówiąc, ani trochę nie czuł się tak nieprzyjemnie, jak czułby się każdy z nich. Jako umiarkowanie ambitny młody człowiek, już dawno zdał sobie sprawę, że istnieją wyraźnie określone granice, do których może wspinać się cudzoziemski dowódca piechoty w Videssos, w oparciu jedynie o siłę swoich żołnierzy. I jego plany w Rzymie zdecydowanie wiązały się z polityką, nie z armią. Wojskowy trybunat był krokiem, jaki podejmowali nie pozbawieni aspiracji młodzi ludzie, ale nikt nie zostawał na tym etapie na zawsze.
Dlatego podsunął Imperatorowi tę sugestię; gdyby Thorisin Gavras jej nie podchwycił, nie miałby nic do stracenia. Ale Imperator dał się złapać i teraz trybun miał zobaczyć, co z tego wyniknie. Przepełniało go uczucie oczekiwania. Bez względu na pogardę żywioną przez żołnierzy-szlachciców dla pałacowych urzędników, biurokracja była podporą Videssos w nie mniejszym stopniu niż armia. I, jak podkreśliła Alypia Gavra, niekoniecznie stanowiła słabszą partię.
Zobaczył, jak księżniczka przygląda mu się z ironicznym rozbawieniem i odniósł nieprzyjemne wrażenie, że cały ten na wpół uformowany, niejasny plan jest dla niej całkowicie przejrzysty.
— Jest mi niezmiernie przykro, panie — mówił sekretarz Pandhelis do kogoś przed biurem, które przydzielono Markowi — ale otrzymałem konkretne instrukcje, że epoptesowi pod żadnym pozorem nie wolno przeszkadzać. — Thorisin, zgodnie z obietnicą, nadał Rzymianinowi imponująco niejasny tytuł, znaczący mniej więcej tyle samo co „inspektor”.
— Och, niech ospa weźmie ciebie i twoje instrukcje. — Drzwi stanęły otworem. Do małego pomieszczenia wpadł Viridoviks, a zaraz za nim Helvis. Na widok Skaurusa Gal dramatycznym gestem klepnął się w czoło.
— Widziałem tę twarz wcześniej, naprawdę. Nic nie mów, nazwisko przypomni mi się lada chwila, jestem pewien. — Zmarszczył czoło w udawanej koncentracji.
Pandhelis, niespokojnie wykręcając palce, powiedział do trybuna:
— Przepraszam, panie, nie chcieli mnie słuchać…
— Nieważne. Cieszę się, że ich widzę. — Marek z westchnieniem ulgi rzucił pióro; na wskazującym palcu prawej ręki tworzył mu się nowy odcisk. Spychając wykazy podatkowe i liczydła na jedną stronę nieporządnego biurka, popatrzył na swoich gości. — Co trzeba zrobić?
— Nic nie trzeba robić. Przyszliśmy tu po ciebie — oznajmiła stanowczo Helvis. — Na wypadek gdybyś zapomniał, dzisiaj jest Święto Środka Zimy… czas na zabawę, nie niewolniczą harówkę.
— Ale… — zaczął protestować Marek.
Potem potarł oczy, podkrążone i zaczerwienione od wlepiania ich w nie kończące się szeregi cyfr. Wystarczy — pomyślał. Wstał i przeciągnął się, aż zatrzeszczało mu w stawach.
— W porządku, jestem twój.
— Mam nadzieję — odparła Helvis z nagłym żarem w błękitnych oczach. — Już zaczęłam się zastanawiać, czy pamiętasz.
— Ho, ho! — zakrzyknął Viridoviks, mrugając znacząco. Złapał Skaurusa, wypchnął go zza biurka i wyprowadził na korytarz, nie dając mu szansy na zmianę zdania. — Chodź, drogi Rzymianinie. Kroi się przyjęcie, które ożywi nawet takiego ramola jak ty.
Lodowate powietrze jak zawsze sprawiło, że trybun zakaszlał, napełniwszy nim płuca. Jego własny oddech wydobywał się w wielkich obłokach pary. Cokolwiek można było przeciw nim powiedzieć, biurokraci utrzymywali w swoim skrzydle Wielkiego Dworu prawie temperaturę bliską letnim upałom, przez co mróz na zewnątrz był dwakroć gorszy do zniesienia. Marek zadrżał.
Lód lśnił na nagich drzewach; gładkie trawniki, które latem tworzyły szmaragdowe dzieła sztuki pałacowych ogrodników, teraz były łaciate i brązowe. Gdzieś wysoko zaskrzeczała mewa. Większość ptaków odleciała do ciepłych krajów na nieznanym południu, ale mewy pozostały. Jako padlinożercy i złodzieje, pasowały do stolicy.
— I jak tam wasz dzieciak? — zapytał Viridoviks, gdy szli w kierunku rzymskich koszar.
— Dosti? Nie mógłby być lepszy — odparł z dumą Marek. — Ma już cztery zęby, dwa u góry i dwa na dole. I lubi ich używać; niedawno ugryzł mnie w palec.
— W palec? — powiedziała Helvis. — Nie masz się na co skarżyć, mój drogi. Najwyższy czas, by chłopaka odstawić od piersi.
— Auu — mruknął współczująco Viridoviks.
Wielki Gal machnął ręką, gdy tylko koszary znalazły się w zasięgu wzroku. Skaurus zobaczył, że jakiś Rzymianin odpowiedział mu tym samym gestem z okna.
— Do jakiej to zasadzki mnie prowadzisz? — zapytał.
— Niedługo zobaczysz — odparł Viridoviks. Gdy tylko znaleźli się w koszarach, krzyknął: — Płać sztukę złota, Soteryku, bo oto on we własnej osobie!
Namdalajczyk wyłuskał monetę.
— Nie żałuję przegranej. Myślałem, że jest zbyt zakochany w swoich atramentach i pergaminach, by pamiętać, jak świętują zwyczajni ludzie.
— Krukom cię dać — powiedział Marek do człowieka, którego uważał za swego szwagra, i wymierzył mu leniwego kuksańca.
Viridoviks przygryzł wygraną złotą monetę.
— Nie jest najlepsza, ale i nie najgorsza — rzekł filozoficznie i wetknął ją do sakiewki u pasa.
Trybun, nie zwracając uwagi na Celta, popatrzył na otaczające go uśmiechnięte szeroko twarze.
— Iz nimi mam wyruszyć na hulankę? — zapytał Viridoviksa.
Celt wyszczerzył zęby i radośnie pokiwał głową.
— Zatem niech dzisiejszej nocy bogowie mają Videssos w opiece! — zawołał Marek, co spowodowało radosne okrzyki zebranych.
Był tam Taso Vones z hożą Videssanką, wyższą od niego o parę cali. Obok nich stał Gawtruz z Thatagush, mocno zajęty bukłakiem z winem.
— A co dla reszty? — zapytał uszczypliwie Gajusz Filipus.
— A cóż to znaczy bukłak na jednego? — odciął się Gawtruz i podjął picie.
Chwilę później odstawił bukłak od ust, ale tylko po to, by beknąć.
Soteryk przyprowadził Fayarda z Sotevag. Turgot nie musiał dopraszać się o bukłak Gawtruza, bo już chwiał się na nogach. Towarzyszyła mu jasnowłosa Namdalajka imieniem Mavia. Skaurus wątpił, czy dziewczyna ma więcej niż dwadzieścia lat. W tym kraju ciemnowłosych jej jasne warkocze połyskiwały niczym złoto wśród starych miedziaków.
Fayard przywitał Helvis w wyspiarskim dialekcie; jej nie żyjący mąż był jego kapitanem. Ona uśmiechnęła się i odpowiedziała mu w tym samym języku.
Arigh syn Arghuna opowiadał sprośną historyjkę trzem kochankom Viridoviksa. Marek zastanowił się po raz kolejny, w jaki sposób Celtowi udaje się powstrzymać je od dzikich bijatyk. Prawdopodobnie dzięki temu, że beztroski Gal nie jest zazdrosny — pomyślał. Viridoviks nie miał nic przeciwko temu, że jego kobiety wybuchnęły śmiechem pod koniec pieprznej opowieści Arigha.
Kwintus Glabrio powiedział coś szeptem do Gorgidasa, który uśmiechnął się i skinął. Stający obok nich Katakolon Kekaumenos drgnął niecierpliwie.
— Zatem jesteśmy wszyscy? — zapytał. — Skoro tak, ruszajmy na hulankę. — Jego akcent był prawie tak archaiczny jak uświęcona liturgia; Agder, choć niegdyś wchodził w skład cesarstwa, od wielu lat nie nadążał za videssańskimi zmianami języka. Sam Kekaumenos był solidnie zbudowanym, małomównym człowiekiem, odzianym w kurtkę ze skór śnieżnych lampartów, która w stolicy warta była małą fortunę.
Marek uważał go za zarozumialca. Gdy towarzystwo wyszło z koszar, zapytał Taso Vonesa:
— Kto zaprosił tego psa do koryta?
Ezop nie znaczył nic dla Khatrisha, co Skaurus powinien był wiedzieć. Westchnął. Czasami właśnie takie drobiazgi skłaniały go do myślenia, że nigdy nie zdoła dopasować się do tego świata. Wyjaśnił Vonesowi znaczenie metafory.