Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Ortaias schylił głowę przed pierwszym kapłanem. Nożyce błysnęły w jesiennym słońcu. Lok brązowych włosów upadł do stóp niedawnego Imperatora, potem drugi i następne, dopóki na jego głowie nie pozostała jedynie krótka szczecina. Wtedy do akcji ruszyła brzytwa i wkrótce w słońcu zalśniła łysina.
Drugi kapłan przesunął się do przodu. Składając mnisią szatę na zgiętej ręce, wyciągnął w stronę Ortaiasa uświęconą księgę i powiedział:
— Oto prawo, w imię zasad którego będziesz żył, o ile tak zadecydujesz. Jeżeli w sercu czujesz, że zdołasz go przestrzegać, wstąp do klasztoru; jeżeli nie, mów.
Ale Ortaias, jak i wszyscy inni, wiedział, jaka kara grozi za odmowę.
— Będę przestrzegał prawa — powiedział.
Obdarzony silnym głosem herold powtórzył jego słowa zgromadzonym na trybunach. Rozległo się zbiorowe westchnienie. Wstępowanie do zakonu zawsze było poważną sprawą, nawet jeżeli następowało wyłącznie z powodów politycznych. Zresztą wiara i polityka w Imperium były praktycznie nie do rozdzielenia. Skaurus pomyślał o Zemarkhosie w Amorionie i poczuł, że jego usta zaciskają się w cienką, twardą linię.
Kapłan powtórzył propozycję jeszcze dwukrotnie, za każdym razem otrzymując tę samą odpowiedź. Podał świętą księgę swemu koledze, potem ubrał nowego mnicha w klasztorny przyodziewek, mówiąc:
— Jak błękit Phosa pokrywa twoje nagie ciało, tak może jego prawość spowije twoje serce i osłoni je przed złem. — Herold znów powtórzył jego słowa.
— Niech tak się stanie — odparł Ortaias, ale został zagłuszony przez tysiące ludzi, którzy powtarzali słowa jego modlitwy. Marek był poruszony wbrew samemu sobie, zdumiewając się siłą wiary w Videssos. Czasami prawie żałował, że jej nie podziela, ale, jak Gorgidas, był zbyt zakorzeniony w świecie materialnym, by czuć się dobrze w świecie ducha.
Ortaias Sphrantzes opuścił Amfiteatr przez tę samą bramę, którą przybył, ramię w ramię z dwoma kapłanami, którzy uczynili go częścią swej wspólnoty. Tłum, usatysfakcjonowany widowiskiem, zaczął powoli się rozchodzić. Przekupnie wykrzykiwali: „Wino! Słodkie wino!”, „Korzenne placki!”, „Święte obrazki dla ochrony waszych ukochanych!”.
Gajusz Filipus, niezadowolony z takiego zakończenia, burknął:
— I teraz ten drań spędzi resztę swoich głupich dni na dostatnim życiu w mieście, tylko że z łysą głową i w błękitnej szacie, by wszystko dobrze wyglądało.
— Niezupełnie — zaśmiał się Marek. Thorisin mógł być tępy, ale nie aż tak naiwny. Trybun pomyślał, że Gennadiosowi należy się odpowiednie towarzystwo w klasztorze na dalekiej granicy Videssos. On i jego nowy brat, Ortaias, bez wątpienia będą mieli o czym rozmawiać.
ROZDZIAŁ X
— Co to znaczy, że fundusze nie są dostępne? — zapytał Thorisin Gavras niebezpiecznie opanowanym głosem.
Jego spojrzenie przeszyło logothetę, jak gdyby urzędnik finansowy był wrogiem, którego należy wyeliminować.
W Sali Dziewiętnastu Tapczanów zapadła cisza. Marek słyszał skwierczenie pochodni i westchnienia wiatru na zewnątrz. Wiedział, że jeśli odwróci głowę, zobaczy płatki śniegu całujące szerokie okna sali. Zima w stolicy nie była tak surowa jak na zachodnich płaskowyżach, ale i tak dość paskudna. Szczelniej owinął się płaszczem.
Logotheta przełknął ślinę. Miał jakieś trzydzieści lat, był chudy, blady i niezmiernie pedantyczny. Skaurus przypomniał sobie, że nazywa się Addaios Vourtzes; był jakimś dalekim kuzynem gubernatora miasta Imbros, leżącego na pomocnym wschodzie. Musiał zebrać całą odwagę, by stawić czoło wrogości Imperatora.
Ale zaczął mówić. Z początku urywanie, a potem, w miarę jak brał się w garść, z coraz większym ożywieniem.
— Wasza Wysokość oczekuje zbyt wiele od podległych nam urzędów podatkowych. To, co mimo wszystko zgromadził każdy z nich, powinno być wysławiane jako jeden z cudów Phosa. Ostatnie nieporozumienie… — Oto — po myślał trybun — świetny biurokratyczny eufemizm na określenie wojny domowej — …i, co gorsza, obecność wielkiej liczby nie upoważnionych intruzów… — Marek wiedział, że Vourtzes ma na myśli Yezda — …na cesarskiej ziemi sprawiło, że uzyskanie jakichkolwiek dodatkowych wpływów stało się oczywistą niemożliwością.
O czym on mówi? — zastanowił się z irytacją trybun. Jego videssański był już płynny, ale ten urzędniczy żargon był dlań zupełnie niezrozumiały.
Na szczęście tłumaczenie Baanesa Onomagoulosa było może powierzchowne, ale użyteczne.
— Mówi, że twoi bezcenni poborcy robią pod siebie ze strachu, kiedy tylko wydaje im się, że widzą nomadę, i uciekają, nim sprawdzą, czy mają rację. — Wielmoża wybuchnął gromkim śmiechem.
— Tak jest — zgodził się Namdalajczyk Drax. Skierował szacujące spojrzenie na Vourtzesa. — Na ile znam was, gryzipiórków, to korzystacie z każdej wymówki, by tylko nie płacić. Na Wagera, myślałby kto, że pieniądze pochodzą z waszych, a nie z chłopskich sakiewek.
— Dobrze powiedziane! — zawołał Thorisin.
Jego normalna nieufność do wyspiarzy zmalała, gdy Drax wyraził podzielaną przez niego opinię. Hrabia skinął głową na znak podziękowania.
Vourtzes wyciągnął gruby zwój pergaminu.
— Oto liczby obrazujące stan, jaki nakreśliłem… Jednakże liczby miały niewielkie znaczenie dla żołnierzy, którym chciał je zaprezentować. Thorisin odtrącił zwój na bok, warcząc:
— Krukom dać te śmiecie! Potrzebuję złota, nie wymówek.
Elissaios Bouraphos powiedział:
— Te łajdaczące się urzędasy myślą, że papier załata wszystkie dziury. To dlatego podpisuję się pod twoim zdaniem, Wasza Wysokość. Nadal dostaję raporty zamiast pieniędzy na naprawy i też robi mi się od tego niedobrze.
— Jeżeli zanalizujesz sprawozdania, jakie ci zaprezentowałem — zaczął Vourtzes z rozpaczliwą determinacją — dojdziesz do nieuchronnego wniosku, że…
— …że biurokraci mają w dupie uczciwych ludzi — dokończył za niego Onomagoulos. — Wszyscy to wiedzą, i tak jest od czasów mego dziada. Zawsze chcieliście trzymać władzę w swoich oślizłych łapskach. A gdy wbrew waszej woli na tronie zasiadł żołnierz, głodzicie go za pomocą swych oszukaństw.
— Tu nie ma żadnego oszustwa! — jęknął Vourtzes.
Marek nie miał powodów, by kochać udręczonego logothetę, ale potrafił rozpoznać szczerość, gdy ją słyszał.
— Myślę, że on może mieć trochę racji — powiedział.
Thorisin i jego oficerowie spojrzeli na Rzymianina tak, jakby nie dowierzali własnym uszom.
— Po czyjej stoisz stronie? — zapytał Imperator.
Nawet pełne wdzięczności spojrzenie Vourtzesa było zarazem czujne. Zdawało się, że urzędnik podejrzewa jakąś pułapkę, która może sprowadzić nań jedynie większe kłopoty.
Ale Alypia Gavra przypatrywała się trybunowi z zainteresowaniem. Z jej twarzy jak zwykle nie można było niczego odczytać, lecz chyba nie dlatego Skaurus nie znalazł na niej dezaprobaty. I, w przeciwieństwie do Videssańczyków-żołnierzy, posiadał nie tylko militarne, ale i cywilne doświadczenia i wiedział, o ile łatwiej jest wydawać pieniądze, niż je gromadzić.
Ignorując słowa Thorisina, będące nieledwie oskarżeniem, upierał się: