Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
I Marek, którego krew nadal burzyło wino i bijatyka, nie mógł zaprzeczyć.
Oberżysta, patrząc w pełnej przerażenia konsternacji na powywracane stoły, połamane krzesła, potłuczone naczynia i pół tuzina wytworów jego kuchni walających się po całej izbie, wydał skrzek rozpaczy. Nie dość, że jadłodajnia była zniszczona, to ten wzgardzony przez Phosa cudzoziemski kapitan straży okazał się przyjacielem rozrabiaków!
— Kto za to wszystko zapłaci? — jęknął.
Nagle zapadła cisza. Ludzie patrzyli na siebie, na swych nieprzytomnych towarzyszy, na drzwi — pełne Vaspurakanerów.
— Lepiej, żeby ktoś zapłacił — ciągnął oberżysta, a przygnębienie ustąpiło groźbie w jego głosie — albo całe miasto dowie się, dlaczego tego nie zrobiliście, a wtedy…
— Zamknij się — warknął Skaurus; widział w Videssos dostatecznie dużo zamieszek przeciwko cudzoziemcom, by nie pragnąć żadnej innej.
Sięgnął do pasa. Oczy karczmarza rozszerzyły się ze strachu, ale trybun szukał sakiewki, nie miecza.
— Podzielimy się równo kosztami — powiedział, spoglądając na wszystkich uczestników bijatyki.
— Dlaczego i mnie wliczasz? — zapytał Gorgidas. — Nie pomagałem w demolowaniu tego miejsca. — Mniej więcej było to prawdą; Grek, nie zainteresowany rozróbami nijakiego rodzaju, trzymał się na uboczu.
— Zatem nazwij to swoją grzywną za wątrobę pełną mleka — zawył Viridoviks. — Jeżeli wykręcisz się sianem, co powstrzyma resztę tych omadhaunów od zrobienia tego samego?
Gorgidas spiorunował go wzrokiem i otworzył usta, by wykłócać się dalej, ale Kwintus Glabrio dotknął jego ramienia. Młodszy centurion był drugim, który nie uważał bijatyki za rozrywkę, ale podpuchnięta warga i siniak na policzku wskazywały, że nie próżnował. Mruknął coś Gorgidasowi do ucha. Grek schylił głowę na zgodę.
Nikt inny nie zgłaszał sprzeciwu. Skaurus odwrócił się do właściciela karczmy.
— W porządku, na ile wyceniasz zniszczenia? — Widząc przed sobą cudzoziemskiego najemnika, karczmarz podwoił cenę. Ale trybun roześmiał mu się w twarz; wiara, że zdoła się oszukać kogoś doskonale zorientowanego w sprawach podatkowych, była najwyższą głupotą. Oberżysta wzdrygnął się i wezwał Phosa, gdy usłyszał propozycję Skaurusa, ale stał się bardziej rozsądny. Szybko doszli do porozumienia.
— Nie zapomnijcie o tym, który leży tam w śniegu — podpowiedział Senpat Sviodo. — Im więcej udziałowców, tym mniej każdy płaci. — Trzej z jego ludzi wciągnęli nieprzytomnego i spryskali mu twarz wodą. Cucenie zabrało kilka dobrych minut; Marek cieszył się, że Kekaumenos jest przyjacielem.
— To wszyscy? — zapytał, rozglądając się po zdemolowanej sali.
— Chyba tak — powiedział Gajusz Filipus, ale Gawtruz wtrącił:
— A gdzie jest Vones? — Miał zadowolony wyraz twarzy, bowiem uwielbiał wystawiać na pośmiewisko swego kumpla dyplomatę.
Wszyscy zaczęli się rozglądać, ale nikt nie znalazł małego Khatrisha. Wtem Viridoviks powiedział:
— Gołąbek zmył się z pola walki.
I podniósł serwetę. Plakidia Teletze wrzasnęła. Vones, szybciej myślący, wyrwał serwetę z ręki Viridoviksa i ściągnął na dół.
— Błagam o wybaczenie — powiedział Viridoviks uprzejmie niczym ambasador — ale kiedy skończysz, z przyjemnością zamienimy z tobą słówko. — Potem wysiłek zachowania powagi okazał się zbyt wielki i Celt zwinął się ze śmiechu.
W chwilę później Vones, układny jak zawsze, wyłonił się spod stołu.
— To nie było to, na co wyglądało — rzekł dobrotliwie. — Wyłącznie zbieg okoliczności. Rozumiecie, po prostu upadliśmy.
Arigh wyszczerzył zęby i przerwał mu:
— Masz rozpięty rozporek, Taso.
— A, tak. — Ani trochę nie zbity z tropu Vones uporządkował ubranie. — Zatem, panowie, ile wynosi moja zapłata za udział w festynie?
Plakidia wyszła spod stołu, nim skończył zdanie. Odskoczyła od niego; na znak Senpata Sviodo jego ludzie rozstąpili się i pozwolili jej wyjść.
— To nie nam powinieneś zapłacić, nie nam — zarechotał Viridoviks.
Skaurus wsunął rękę do sakiewki i wyciągnął garść srebra. Odliczył kilka monet; na jedną sztukę złota składało się ich dwadzieścia cztery. Zauważył, że paru miejscowych zapłaciło swoją część fałszowanymi złotymi monetami Ortaiasa, lecz nawet wtedy właściciel oberży był jakby niezadowolony.
Gajusz Filipus również to zobaczył i pogardliwie zmrużył oczy.
— Mogłeś dostać stal, nie złoto — podkreślił, bawiąc się rękojeścią krótkiego miecza.
Wyglądał na człowieka, który ma za sobą dziesiątki takich awantur i wiele z nich kończył właśnie w taki sposób. Oberżysta nerwowo zwilżył usta, przeliczył monety i oznajmił, że jest zadowolony. Prawdę mówiąc, raczej nie kłamał; zbyt często tym, co otrzymywał po bijatykach, były wyłącznie pogróżki.
— Wstąp przy okazji do koszar — powiedział Marek do Senpata Sviodo, gdy wyszli z oberży. — Ostatnio nieczęsto cię widujemy.
— Wstąpię — obiecał młody szlachcic. — Wiem, że powinienem zrobić to już dawno, ale w mieście było tyle do obejrzenia. To jest jak inny świat. — Skaurus skinął na znak, że rozumie. W porównaniu z Videssos vaspurakańskie miasta przypominały zabite deskami wsie.
Kurtyzana w żółtym stroju spróbowała powrócić do Gajusza Filipusa, ale on, z nadal piekącym policzkiem, odprawił ją radą bardziej uszczypliwą od udzielonej karczmarzowi. Ona w odpowiedzi pokazała mu dwa palce — gest znany każdemu Videssańczykowi — i spojrzała zalotnie na grubasa, którego Marek trzasnął w żołądek. Odeszli ramię w ramię.
Starszy centurion spojrzał za nią z wściekłością. Viridoviks zachichotał.
— Ho, ho, nieczęsto spotyka się tak marnotrawnych mężczyzn jak ty. W tej dziewczynie płonął istny ogień; uraczyłaby cię rzadką przejażdżką.
— Kobiety! — mruknął Gajusz Filipus, jak gdyby to słowo wyjaśniało wszystko.
— Poznanie ich, drogi Rzymianinie, wymaga jedynie czasu, a wtedy nie znajdziesz w nich niczego dziwnego — powiedział Viridoviks. — A poza tym dają człowiekowi niemało przyjemności, nieprawdaż, moje drogie, moje kochane? — Zgarnął wszystkie trzy w ramiona; to, w jaki sposób dziewczyny przytuliły się do niego, dobitniej od wszelkich słów wyrażało ich opinię.
Gajusz Filipus robił co mógł, by nie dać się wytrącić z równowagi; Marek był prawdopodobnie jedynym, który zauważył jego zaciskające się szczęki i zwężające się oczy. Docinek Celta tym razem drasnął głęboko, chociaż sam Viridoviks nie zdawał sobie z tego sprawy. Kiedy Celt otworzył usta, by rzucić kolejną ciętą uwagę, trybun nastąpił mu na nogę.
— Au! Uważaj, ty niezdarny cymbale! — krzyknął Viridoviks, podskakując na jednej nodze. — O co ci chodzi?
Skaurus przeprosił, i to naprawdę szczerze; w pośpiechu nacisnął mocnej, niż zamierzał.
— No, to w porządku — powiedział Gal. Przeciągnął się rozkosznie. — Zaprawdę, ta burda nie była złym sposobem na rozpoczęcie wieczoru, chociaż trochę nudnym. Chodźmy do następnej karczmy i zróbmy to je… och, ty wredny kundlu, to nie był przypadek! — Trybun nastąpił mu na drugą stopę.
Viridoviks schylił się i cisnął mu w twarz garść śnieżnego puchu. Marek, z policzkami szczypiącymi z zimna i brwiami białymi od śniegu, nie pozostał dłużny — podobnie jak Helvis, której też przy okazji się dostało. W jednej chwili wszyscy zaczęli obrzucać wszystkich, śmiejąc się i wykrzykując radośnie. Marek był zadowolony; walka na śnieżki była bezpieczniejsza od większości rzeczy, jakie Viridoviks uważał za rozrywkę.