Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Jeszcze jedna celtycka bzdura — parsknął Gajusz Filipus. — Ale gwarantuję ci, że nie będziemy dla nich więksi od pluskiew. — Omiótł spojrzeniem tłumy. — Bezwartościowi, większość z nich, jak te tłuściochy w domu… — miał na myśli Rzym i Marek skrzywił się tęsknie — …które przychodzą w święta obejrzeć, jak zabijają się gladiatorzy.
Skaurus zgodził się z tym stwierdzeniem; pomruk unoszących się nad trybunami rozmów był jakby przesycony okrucieństwem, a na twarzach ludzi siedzących w pierwszych rzędach widniała aż nazbyt wyraźna lisia pożądliwość.
Trybun dojrzał Gorgidasa w kontyngencie cudzoziemskich posłów, którzy siedzieli nieco niżej. Grek, mający historyczne ambicje, chciał spojrzeć na dzień świętowania z mniejszego dystansu i wolał towarzystwo ambasadorów, by nie rozpoznano w nim legionisty. Słuchał jakiejś opowieści Arigha syna Arghuna, i kreślił notatki na trzyczęściowej woskowej tabliczce. Dwie dalsze wisiały mu u pasa.
Taso Vones, ambasador z Khatrish, pomachał radośnie do trybuna, a ten w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko. Lubił tego małego Khatrisha, którego bystry, żartobliwy umysł zadawał kłam jego mysiej powierzchowności.
W amfiteatrze rozbrzmiały spiżowe dźwięki rogów. Pełen oczekiwania szmer tłumu przybrał na sile. Poprzedzany przez świtę z parasolami, na arenę wszedł Thorisin Gavras. Rozległy się brawa i okrzyki, gdy pokonywał tuzin stopni wiodących na trybunę, ale wypadły one nikło w porównaniu z ogłuszającym tumultem, jaki Skaurusowi dane było usłyszeć w Amfiteatrze przy innych okazjach. No, ale ostatecznie to nie Imperatora mieli oglądać.
Każda jednostka żołnierzy zaprezentowała broń, gdy Gavras przechodził obok; na wyszczekaną komendę Gajusza Filipusa Rzymianie wysunęli przed siebie na długość ramienia swe pila. Gavras skinął lekko. On i starszy centurion, obaj będący żołnierzami przez całe życie, rozumieli się doskonale.
W przeciwieństwie do biurokratów, których Thorisin mijał w drodze do tronu. Wyglądali na zdenerwowanych, gdy kłaniali się swemu nowemu władcy; Goudeles, na przykład, wydawał się blady w szacie z ciemnoniebieskiego jedwabiu. Ale Gavras poświęcił im nie więcej uwagi niż mijanym po drodze i liczącym sobie setki lat pomnikom z brązu i marmuru — niektórym malowanym, innym nie — statuom wykładanym złotem i kością słoniową, a nawet obeliskowi ze złoconego granitu, który dawno temu został złupiony w Makuranie.
Imperator ożywił się raz jeszcze, gdy podszedł do cudzo ziemskich dygnitarzy. Zatrzymał się na chwilę, by powiedzieć coś Gawtruzowi z Thatagush; przysadzisty, smagły poseł skinął w odpowiedzi. Potem Gavras zagadnął Taso Vonesa. Khatrish roześmiał się i smutnym gestem potargał brodę, tak zaniedbaną i nieporządną jak broda Gawtruza.
Marek nie słyszał słów, ale domyślił się, o co chodzi. Pomyślał również, że Vones wygląda głupio z kędzierzawą brodą, bez której mógłby uchodzić za Videssańczyka. Ale jego władca narzucał swoim poddanym zwyczaje rodem z Khamorth, ku pamięci swych przodków, którzy przed wiekami wykroili państwo ze wschodnich prowincji Videssos, i dlatego mały poseł był skazany na noszenie kosmatego zarostu, choć nim szczerze gardził.
Thorisin usadowił się na wysokim stołku w środku widowni; stołek nie miał oparcia, żeby wszyscy mogli go widzieć. Wokół niego skupili się ludzie z parasolami. On wzniósł rozkazująco prawicę; tłum ucichł i pochylił się na swoich miejscach, wyciągając szyje dla lepszego widoku.
Wszyscy wiedzieli, gdzie patrzeć. Przez bramę, która właśnie stanęła otworem, zawsze wchodziły na arenę konie wyścigowe. Dzisiaj orszak był dużo krótszy; w jego skład wchodził obdarzony potężnym głosem herold Thorisina Gavrasa, dwaj videssańscy strażnicy w złoconych półpancerzach i stajenny wiodący jednego osła.
Na grzbiecie zwierzęcia jechał Ortaias Sphrantzes, ale wierzchowiec potrzebował przewodnika, bowiem siodło było odwrócone, a jeździec siedział twarzą do ogona. Od dawna obznajomieni z aktem rytualnego poniżenia Videssańczycy zatrzęśli się ze śmiechu. Przejrzały owoc pożeglował nad trybunami i roztrzaskał się pod kopytami osła. Inne poleciały jego śladem, ale ten obstrzał był litościwie skąpy; Videssos było ostatnio zbyt długo oblężone, by mieszkańcy mogli pozwolić sobie na marnowanie żywności.
Herold, żwawo uskakując przez lecącym melonem, krzyknął:
— Oto Ortaias Sphrantzes, który postanowił zbuntować się przeciwko prawowitemu Autokratorowi Videssańczyków, Jego Imperatorskiej Mości, Thorisinowi Gavrasowi!
Tłum odkrzyknął:
— Tyżeś najwyższym, Gavrasie! Tyżeś najwyższym! — Marek pomyślał, że ludzie wrzeszczą z taką ochotą, jakby już zapomnieli, że tydzień wcześniej swoim panem nazywali Ortaiasa.
Przy nie cichnącym ryku tłumu Ortaias i jego strażnicy okrążyli wolno arenę; herold przez cały czas wykrzykiwał swoją kwestię. Marek słyszał mlaśnięcia roztrzaskujących się wokół Sphrantzesa pocisków; powiew przyniósł przyprawiający o mdłości smród zepsutych jaj.
Niektóre z pocisków trafiały w cel. Nim Ortaias wrócił na miejsce, z którego wyruszył, jego szata była pełna plam z miękiszu i soku. Skaurus doszedł do wniosku, że osioł musiał być pod wpływem jakiegoś narkotyku. Szedł spokojnym krokiem, zatrzymując się tylko po to, by podnieść kawałek jabłka. Wtedy jego przewodnik szarpał za długi postronek i zwierzę porzucało ogryzek, by ruszyć w dalszą drogę.
Wreszcie osioł okrążył arenę i zatrzymał się przed bramą. Dwaj strażnicy zdjęli Ortaiasa z jego grzbietu, potem powiedli go przed Thorisina Gavrasa.
Kiedy go puścili, mężczyzna upadł na ziemię w akcie poddaństwa. Imperator wstał.
— Widzimy twoją uległość — powiedział. W Amfiteatrze była tak dobra akustyka, że jego słowa, chociaż wypowiadane normalnym tonem, docierały do najwyższych rzędów. — Czy wobec tego wyrzekasz się, raz i na zawsze, wszelkich roszczeń do najwyższej władzy w naszym Imperium chronionym przez Phosa?
— Tak, żałuję, że wyciągnąłem ręce po tron. Ja… — w chwili gdy Gavras usłyszał to, co chciał, przerwał Ortaiasowi władczym gestem.
Gajusz Filipus cicho zachichotał.
— Pewne rzeczy nigdy nie ulegają zmianie. Założę się, że temu chudemu bękartowi właśnie zduszono w zarodku dwugodzinną mowę abdykacyjną. I dobrze.
Znów przemówił Thorisin:
— Otrzymasz teraz nagrodę za swą zdradę.
Strażnicy podnieśli Ortaiasa. Szybko ściągnęli mu szatę przez głowę. Tłum zawył. Gajusz Filipus mruknął:
— Chudzielec. — Jeden ze strażników, większy i bardziej muskularny, stanął za niefortunnym Sphrantzesem i wymierzył straszliwego kopniaka w jego nagi zadek. Ortaias krzyknął i runął na kolana.
Viridoviks zagdakał z rozczarowania.
— Gavras jest zdecydowanie za miękki — powiedział. — Powinien wpakować tego kundla do wiklinowego kosza, podobnie jak wielu z tych, którzy podążyli jego śladem, a potem podpalić. Dopiero takie widowisko ludzie na długo by zapamiętali.
— Ty i Komitta Rhangawe — mruknął do siebie Marek, nieco zdumiony dzikością Gala.
— Tak postąpiliby świątobliwi druidzi — powiedział Viridoviks.
Skaurus wiedział, że jest to aż nazbyt prawdziwe. Celtyccy kapłani zjednywali sobie bogów przez składanie im w ofierze przestępców… albo niewinnych, gdy nie było pod ręką tych pierwszych.
Gdy Ortaias Sphrantzes, pocierając obolałą część ciała, podniósł się na nogi, z widowni zszedł jeden z kapłanów Phosa. W rękach miał nożyce i długą, lśniącą brzytwę. Tłum zamilkł; religia zawsze była szanowana w Videssos. Ale Marek wiedział, że nie dojdzie do rozlewu krwi. Za pierwszym zszedł drugi kapłan, z prostą błękitną szatą i egzemplarzem świętej księgi Phosa w oprawie z emaliowanego brązu.