Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Pierwsza, okrojona i marnie wydana wersja Zasad jednoczesności wyszła drukiem w Abbenay na początku roku 164 jako wspólne dzieło Sabula i Szeveka. KPR publikowała najniezbędniejsze jedynie sprawozdania i zarządzenia, ale Sabul miał wpływy w wydawnictwie i w wydziale informacji KPR i zdołał przekonać kogo trzeba o propagandowej wartości książki za granicą. Urrasyjczyków — mówił — cieszy susza oraz groźba głodu na Anarres; ajońskie dzienniki z ostatniego transportu prześcigały się w radosnych przepowiedniach rychłego upadku odońskiej gospodarki.
Cóż może być lepszym tej prognozy zaprzeczeniem — wywodził — jak nie publikacja wielkiego dzieła czystej myśli, „pomnika nauki — jak stwierdzał w poprawionej recenzji — wznoszącego się ponad Przeciwności materialne i dającego dowód niespożytej żywotności dońskiego społeczeństwa oraz jego wyższości na każdym polu ludzkiej myśli nad hołdującymi władzy posiadaczami”.
Tak więc dzieło zostało wydane; i piętnaście z trzystu egzemplarzy odleciało na pokładzie ajońskiego frachtowca Czujny. Szevek nie otworzył nigdy ani jednego z nich. Do przeznaczonego na eksport pakietu dołączył jednak kompletną wersję oryginału w rękopisie. Dopisek na okładce zawierał prośbę o przekazanie manuskryptu doktorowi Atro z Wydziału Nauki Szlachetnej Uniwersytetu Ieu Eun oraz wyrazy szacunku od autora. Nie ulegało wątpliwości, że Sabul, do którego należało wydanie zgody na wysłanie przesyłki, spostrzeże ten dodatek. Czy go usunął, czy zostawił, tego się Szevek nigdy nie dowiedział. Mógł go skonfiskować z czystej złośliwości; mógł przepuścić, zdając sobie sprawę, że jego okastrowany skrót nie wywrze na urrasyjskich fizykach pożądanego efektu. Ani słowem nie wspomniał Szevekowi o rękopisie. Ten zaś o niego nie pytał.
Tamtej wiosny w ogóle mało odzywał się do ludzi. Przyjął na ochotnika posadę budowlaną w nowych zakładach uzdatniania wody w południowym Abbenay i albo był tam w pracy, albo całymi niemal dniami uczył. Wrócił do swoich badań nad cząstkami subatomowymi i często spędzał wieczory przy instytutowym akceleratorze albo w laboratoriach wśród specjalistów od cząstek elementarnych. W towarzystwie Takver i przyjaciół bywał milczący, zamknięty w sobie, uprzejmy i chłodny.
Takver urósł ogromny brzuch; nosiła go przed sobą jak człowiek taszczący do pralni wielki, ciężki kosz bielizny. Do pracy w laboratoriach ichtiologicznych chodziła dopóty, dopóki nie znalazła i nie wyszkoliła odpowiedniego zastępstwa, wtedy dopiero przyszła do domu i zaczęła rodzić, przeszło dekadę po swoim terminie. Kiedy Szevek wczesnym popołudniem wrócił tego dnia do mieszkalni, oświadczyła mu:
— Możesz iść po akuszerkę. Powiedz jej, że skurcze następują co cztery, pięć minut, lecz nie są zbyt gwałtowne, nie musisz się więc spieszyć.
Popędził; kiedy się okazało, że akuszerki nie ma, wpadł w popłoch. I ona, i lekarz blokowy dokądś wyszli, nie zostawiwszy na drzwiach — jak to zwykli czynić — wiadomości, gdzie ich można znaleźć. Szevekowi zaczęło walić serce, ujrzał nagle rzeczy z przerażającą jasnością. Przyszło mu do głowy, że ten brak wspomógł wróżbę. Od zimy, od momentu podjęcia decyzji w sprawie książki, odsunął się od Takver. A ona stawała się coraz cichsza, coraz bierniejsza, pogodzona z losem. Teraz zrozumiał tę jej bierność, była przygotowywaniem się do śmierci. Takver oddalała się od niego, a on nie próbował się do niej zbliżyć. Zajmowała go tylko jego własna gorycz, nie dostrzegał lęku i odwagi swej partnerki. Zostawił ją w spokoju, bo chciał, żeby i jego zostawiono w spokoju, więc usunęła się, zostawiła go, odsunęła się daleko, zbyt daleko, a teraz odejdzie na zawsze.
Pognał do blokowej kliniki i przybiegł tam bez tchu, chwiejąc się na nogach, aż myślano, że ma atak serca. Wyjaśnił, o co chodzi.
Zawiadomiono inną akuszerkę, jemu zaś poradzono, by wracał do domu, partnerka nie powinna zostawać sama. Pospieszył do domu, z każdym krokiem wzbierała w nim trwoga, panika, pewność straty. Kiedy tam jednak dotarł, nie ukląkł przy Takver i nie błagał jej o przebaczenie, jak tego z całej duszy pragnął. Takver nie miała czasu na czułe sceny; była zajęta. Uprzątnęła łóżko — pozostawiając na nim jedynie czyste prześcieradło — i próbowała rodzić. Nie krzyczała i nie jęczała, bo nie doznawała bólu, gdy zaś chwytały ją skurcze, radziła sobie z nimi dzięki kontroli mięśni i oddechu, wydychając następnie powietrze, jak człowiek, który z najwyższym wysiłkiem dźwiga jakiś straszny ciężar. Szevek nie widział dotąd, by jakaś praca angażowała w takim stopniu wszystkie moce ciała.
Nie mógł patrzeć na taki znój i nie pospieszyć z pomocą. Mógł służyć Takver za podporę i oparcie, gdy chciała się podnieść. Metodą prób i błędów prędko odkryli najlepszą pozycję i utrzymywali ją aż do przybycia położnej. Takver rodziła w kucki, przyciskając twarz do uda Szeveka, a dłonie wczepiając w jego splecione ramiona.
— Oto i jest — powiedziała cicho akuszerka, zagłuszana ciężkim jak dudnienie silnika dyszeniem Takver, odbierając wysuwającą się oślizgłą, wyraźnie jednak ludzką istotę. Chlusnęła krew, a potem wypadła jakaś bezkształtna, nieludzka już forma. Szeveka ze zdwojoną mocą chwycił za gardło strach, o którym już zapomniał.
To co zobaczył, było śmiercią. Takver puściła jego ręce i bezwładna jak worek osunęła się do jego stóp. Pochylił się nad nią, zdrętwiały z przerażenia i żalu.
— Dobrze — powiedziała akuszerka — pomóż się jej odsunąć, żebym to mogła sprzątnąć.
— Chciałabym się umyć — wyszeptała słabo Takver.
— Pomóż jej się umyć. Weź tę jałową odzież — tam leży.
— Aaaaa! — odezwał się jakiś nowy głos.
Wydawało się, że pokój jest pełen ludzi.
— A teraz — zadysponowała akuszerka — daj jej dziecko do piersi, to pomoże zahamować krwotok. Ja muszę odnieść to łożysko do zamrażarki w klinice, wracam za dziesięć minut.
— A gdzie… gdzie jest…
— W łóżeczku! — rzuciła akuszerka wychodząc.
Szevek zlokalizował małe łóżeczko, które od czterech dekad czekało w pogotowiu w kącie pokoju, i leżące w nim niemowlę.
Położna — mimo tego szalonego galopu wydarzeń — zdążyła je już obmyć, a nawet odziać w koszulkę, toteż nie wyglądało już tak rybio i oślizgłe jak w pierwszej chwili. Na dworze nie wiedzieć kiedy zrobiło się ciemno, a popołudnie z równie osobliwą chyżością przeszło niepostrzeżenie w wieczór. Paliła się lampa. Szevek podniósł dziecko, żeby je podać Takver. Miało niewiarygodnie małą twarzyczkę i duże, delikatne, zamknięte powieki.
— Daj mi je — powiedziała Takver. — Och, pospiesz się, proszę, i podaj mi je.
Podszedł do niej i bardzo ostrożnie położył niemowlę na jej brzuchu.
— Ach! — wydała cichy okrzyk najczystszego triumfu. — Chłopiec czy dziewczynka? — spytała po chwili sennie.
Szevek siedział obok na łóżku. Zajrzał pod koszulkę, nieco zmieszany jej długością w stosunku do niezwykle krótkich nóżek.
— Dziewczynka.
Wróciła położna i uporządkowała wszystko.
— Doskonale się sprawiliście — powiedziała, do obojga kierując swą pochwałę. Zgodzili się z nią. — Zajrzę tu jeszcze z rana — zapowiedziała wychodząc.
Mała i Takver już spały. Szevek położył głowę obok głowy swojej partnerki. Przywykł do przyjemnego, piżmowego zapachu jej ciała. Teraz ten zapach się zmienił; stał się duszny, nieuchwytny, przepojony wonią snu. Delikatnie objął Takver ramieniem i w pokoju przesyconym ciepłem życia zapadł w sen u boku śpiącej z dzieckiem przy piersi kobiety.