Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Ja nie ufam wodzie w domu, sierżancie.
Fred Colon zdołał jakoś oprzeć stopę na śliskim drewnie. W teorii była to heroiczna wyprawa — on i Nobby Nobbs, mężni wojownicy, wyruszali na terytorium wroga. Niestety, jak dobrze wiedział, robili to tylko dlatego, że lord Vetinari czekał w Okręcie i gdyby odmówili, uniósłby brwi w sposób niepozostawiający żadnych wątpliwości.
Zawsze wierzył, że bohaterowie mają wewnątrz jakiś specjalny mechanizm, który zmusza ich, by wyruszali i ginęli heroicznie za bogów, ojczyznę i szarlotkę czy jaki tam jeszcze wyjątkowy smakołyk przyrządzała ich mama. Nie przyszło mu nawet do głowy, że mogą wyruszać, bo w przeciwnym razie ktoś by na nich nawrzeszczał.
Wyciągnął rękę.
— Chodź, Nobby. I pamiętaj, robimy to dla bogów, Ankh-Morpork i… — Miał wrażenie, że jakaś potrawa będzie tu najodpowiedniejsza. — I dla sławnego kostkowego sandwicza mojej mamy!
— Nasza mama nigdy nie robiła kostkowego sandwicza — poskarżył się Nobby. I podciągając się na pomost. — Ale zdziwiłby się pan, sierżancie, co potrafiła przyrządzić z kawałka sera…
— No tak, możliwe, ale nie byłby to szczególnie udany okrzyk bojowy, prawda? „Za bogów, Ankh-Morpork i zadziwiające rzeczy, które mama Nobby’ego potrafiła przyrządzić z kawałka sera”, prawda? Coś takiego miałoby wzbudzić trwogę w sercu nieprzyjaciela? — tłumaczył Colon, gdy przekradali się pomostem w stronę lądu.
— Aha! Jeśli o to panu chodzi, sierżancie, to od naszej mamy najlepszy byłby cierpiący pudding z budyniem.
— Przerażający, tak?
— Nie chce pan tego wiedzieć, sierżancie.
Doki w Al-Khali wyglądały jak wszystkie inne doki na świecie, ponieważ wszystkie doki na świecie są ze sobą połączone. Ludzie ładują towary na statki albo wynoszą je na ląd. Istnieje tylko ograniczona liczba sposobów wykonywania tych czynności. Dlatego doki zawsze są do siebie podobne — niektóre bardziej gorące, inne wilgotne, ale nieodmiennie leżą tam stosy pakunków wyglądających trochę na zapomniane.
W oddali jarzyło się miasto, całkiem nieświadome wtargnięcia nieprzyjaciela.
— „Znajdźcie jakieś ubrania, żebyśmy nie zwracali uwagi” — mruczał Colon. — Łatwo się mówi…
— Nie, nie! To naprawdę łatwe — zapewnił Nobby. — Wszyscy wiedzą, jak to załatwić. Trzeba się przyczaić w jakimś zaułku, tak, poczekać, aż zjawi się para facetów, i wtedy zwabić ich do zaułka, jasne, potem kilka łupnięć, a potem się wychodzi w ich ubraniach.
— I to działa?
— Niezawodny sposób, sierżancie — stwierdził Nobby z przekonaniem.
Piasek w blasku księżyca wyglądał jak śnieg.
Vimes doskonale się czuł, walcząc metodą Tacticusa. Tak zawsze walczyli gliniarze. Prawdziwy glina nie ustawiał się w tyralierę z masą innych glin i nie rzucał się na ludzi. Glina krył się w cieniu i czekał na właściwy moment. Szczerze mówiąc, ów moment nadchodził, kiedy przestępca już popełnił przestępstwo i dźwigał łup. W przeciwnym razie nie warto robić nic. Trzeba być realistą. Zdanie „Mamy człowieka, który to zrobił” ma o wiele większą wagę od „Mamy człowieka, który wyglądał, jakby chciał to zrobić”. Zwłaszcza kiedy ludzie mówią: „Udowodnijcie to”.
Gdzieś po lewej stronie, w sporej odległości, ktoś krzyknął.
Vimes czuł się jednak trochę niepewnie w tej szacie — jakby ruszał do bitwy w nocnej koszuli.
No i wcale nie był pewien, czy potrafi zabić człowieka, który aktywnie nie usiłuje zabić jego. Oczywiście, w tych dniach formalnie każdy uzbrojony Klatchianin aktywnie usiłował go zabić. Na tym polega wojna. Ale…
Wysunął głowę ponad szczyt wydmy. Klatchiański wojownik patrzył w inną stronę. Vimes podczołgał się…
— Bilngely bingely biip! Tu twoje budzenie, Tu-Wstaw-Swoje-Imię, jest siódma rano! Przynajmniej mam nadzieję…
— E…?
— Szlag!
Vimes zareagował szybciej i trafił przeciwnika w nos. Ponieważ nie było sensu czekać, by zobaczyć, jaki to odniesie skutek, rzucił się naprzód. Walcząc i bijąc na oślep, stoczyli się obaj po lodowatym piasku.
— …bo moja funkcja czasu rzeczywistego wydaje się chwilowo zakłócona…
Klatchianin był drobniejszy od Vimesa. I młodszy. Ale nieszczęśliwie dla siebie, wydawał się zbyt młody, by opanować cały repertuar brudnych chwytów, jakie decydowały o przeżyciu w zaułkach Ankh-Morpork. Vimes za to gotów był uderzyć wszystkim we wszystko. Chodziło o to, żeby przeciwnik już się nie podniósł. Cała reszta to tylko dekoracja.
Zatrzymali się u stóp wydmy. Vimes siedział na górze, a Klatchianin jęczał.
— Zadania do wykonania — pisnął De-terminarz. — Być obolałym.
I wtedy… nadszedł prawdopodobnie czas podrzynania gardeł. W domu Vimes mógłby zawlec chłopaka do celi, ze świadomością, że rankiem wszystko wygląda lepiej. Jednak pustynia nie dawała takich możliwości.
Nie, nie potrafi tego zrobić. Stłucze go do nieprzytomności. Tak nakazuje miłosierdzie.
— Vindaloo! Vindaloo!
Pięść Vimesa znieruchomiała w powietrzu.
— Co?
— To pan, prawda? Pan Vimes? Vindaloo!
Vimes zerwał z twarzy Klatchianina skrawek materiału.
— Jesteś synem Goriffa?
— Nie chciałem tu być, panie Vimes! — Słowa padały szybko, z desperacją.
— Dobrze już, dobrze. Nic ci nie zrobię. — Vimes opuścił pięść, wstał i szarpnięciem postawił chłopaka na nogi. — Pogadamy później. Teraz chodź.
— Nie! Wszyscy wiedzą, co D’regowie robią z jeńcami!
— Wiesz, ja sam jestem ich jeńcem i będą musieli to zrobić nam obu, jasne? Trzymaj się z daleka od co zabawniejszego jedzenia, a raczej nic ci się nie stanie.
Ktoś gwizdnął w ciemności.
— No chodź, mały! — syknął Vimes. — Nic ci nie grozi! W każdym razie mniej, niż gdybyś tu został. Rozumiesz?
Tym razem nie dał chłopcu czasu na dyskusję, ale pociągnął go za sobą. Kiedy zmierzali do obozowiska D’regów, inne postacie ześlizgiwały się z wydm. Jedna z nich nie miała ręki, a z piersi sterczał jej miecz.
— Jak ci poszło, Reg? — spytał Vimes.
— Trochę dziwnie, sir. Kiedy ten pierwszy odrąbał mi rękę i wbił miecz, miałem wrażenie, że reszta stara się nie wchodzić mi w drogę. Można by pomyśleć, że nigdy jeszcze nie widzieli kogoś przebitego mieczem.
— Znalazłeś rękę?
Reg zamachał czymś w powietrzu.
— To kolejna sprawa — powiedział. — Paru z nich nią uderzyłem, a oni uciekli z wrzaskiem.
— To twój system walki wręcz. Trzeba się do niego przyzwyczaić.
— Czy wziął pan jeńca?
— W pewnym sensie. — Vimes obejrzał się. — Chyba zemdlał. Nie mam pojęcia dlaczego.
Reg pochylił się.
— Ci cudzoziemcy są dziwni — oświadczył konfidencjonalnym szeptem.
— Reg…
— Tak?
— Ucho ci wisi.
— Naprawdę? Co za draństwo. A myślałem, że gwóźdź wytrzyma.
Sierżant Colon patrzył na gwiazdy. One też patrzyły na niego. Colon miał przynajmniej wybór.
Obok niego stęknął boleśnie kapral Nobbs. Ale napastnicy zostawili go przynajmniej w gatkach. Są miejsca, gdzie nawet najmężniejsi nie ośmielą się sięgnąć, a regiony od kolan Nobby’ego w górę i od talii w dół do takich właśnie należały.
Colon myślał o nich jak o napastnikach. Formalnie biorąc, byli raczej obrońcami. Agresywnymi obrońcami.
— Może opowiesz mi to wszystko jeszcze raz, dobrze? — poprosił.
— Znajdujemy dwóch gości naszego wzrostu i wagi…