Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— I jak poszło? — spytał Ivan.
— Jestem zupełnie wypompowany — przyznał Mark.
Ivan uśmiechnął się posępnie.
— Gregor czasem ma na ludzi taki wpływ, kiedy rozmawia z nimi jako cesarz.
— Jako cesarz? Może gra cesarza?
— Och, nie, nie gra.
— Dał mi swój numer. — I pewnie przejrzał wszystkie moje.
Ivan uniósł brwi.
— Witaj w klubie wybrańców. Tych, którzy go dostali, można policzyć na palcach obu rąk.
— Czy… Miles też do nich należał?
— Oczywiście.
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
Ivan, najwyraźniej działając na czyjeś polecenie — Mark przypuszczał, że księżnej — zabrał go na obiad. Nie bez współczucia Mark zauważył, że Ivan spełnia wiele poleceń. Pieszo ruszyli do miejsca zwanego karawanserajem, oddalonego spory kawałek od zamku Vorhartung. Mark uniknął kolejnej przejażdżki z Ivanem dzięki temu, że uliczki — właściwie aleje — w starej dzielnicy były bardzo wąskie.
Karawanseraj stanowił ciekawe studium ewolucji społecznej Barrayaru. Jego najstarsza centralna część została doprowadzona do porządku, odnowiona i przekształcona w labirynt sklepów, restauracyjek i małych muzeów, które najczęściej odwiedzali w porze obiadu pracujący w mieście ludzie, a także turyści z prowincji pragnący zwiedzić wszystkie historyczne miejsca stolicy.
Transformacja rozprzestrzeniła się od skupisk dawnych budynków rządowych, takich jak zamek Vorhartung, wzdłuż rzeki, aż do centrum dzielnicy; odrestaurowana część kończyła się na uboższych południowych obrzeżach, uchodzących za dość niebezpieczne rejony, dzięki czemu karawanseraj zyskał sobie reputację oryginalnego miejsca dla odważnych. Po drodze Ivan z dumą wskazał budynek, w którym, jak twierdził, urodził się podczas wojny z pretendującym do tronu Vordarianem. Dziś mieścił się tu sklep sprzedający za wygórowane ceny ręcznie tkane dywany oraz inne antyki ocalałe prawdopodobnie z czasów Izolacji. Ze słów Ivana można było wnosić, że w budynek murowano tablicę upamiętniającą tamto wydarzenie, ale nie; Mark specjalnie sprawdził.
Po obiedzie, który zjedli w jednej z restauracji, Ivan owładnięty wspomnieniami rodzinnymi uparł się, że pokaże Markowi miejsce na ulicy, gdzie ludzie Vordariana zamordowali jego ojca, lorda Padmę Vorpatrila. Pomysł współgrał z panującym tego dnia nastrojem makabrycznych wspomnień historycznych, więc Mark zgodził się i znów wyruszyli pieszo, kierując się na południe. Pogranicze karawanseraju wyznaczała widoczna zmiana w architekturze: powoli kończyła się strefa niskich, brązowych i zdobionych sztukaterią budynków pochodzących z pierwszego wieku Izolacji, a zaczynała wysoka zabudowa z czerwonej cegły typowa dla ubiegłego wieku.
Tym razem — Boże, naprawdę — Mark ujrzał na powierzchni jezdni odlaną z brązu tablicę pamiątkową; samochody jeździły po niej bez skrupułów.
— Mogli przynajmniej wmurować ją w chodnik — zauważył Mark.
— Chodziło o dokładność — rzekł Ivan. — Matka nalegała. Mark czekał z uszanowaniem, nie przerywając zadumy Ivana, który w końcu uniósł głowę i powiedział wesoło:
— Masz ochotę na deser? Znam świetną piekarenkę w dzielnicy Keroslav, tu za rogiem. Matka zawsze mnie tam zabierała, kiedy co roku przychodziliśmy tu złożyć palną ofiarę. Nora, ale naprawdę niezła.
W trakcie spaceru Mark nie spalił jeszcze wprawdzie obiadu, ale piekarnia okazała się urocza, choć jej wygląd zewnętrzny sugerował coś zupełnie innego. Nieoczekiwanie w jego rękach znalazła się torebka bułeczek orzechowych i tradycyjnych ciastek z rybojagodami na później. Ivan trochę marudził, wybierając smakołyki dla lady Vorpatril, a może targując się ze śliczną dziewczyną za ladą — trudno zgadnąć, czy serio, czy pod wpływem odruchu. Mark wyszedł z piekarni.
Przypomniał sobie, że kiedyś Galen umieścił w tej okolicy kilku swoich szpiegów. Bez wątpienia Służba Bezpieczeństwa Barrayaru zdjęła ich przed dwoma laty po wykryciu spisku. Mimo to ciekawiło go, czy zdołałby ich odnaleźć, gdyby ziściły się marzenia Galena o zemście. Jakieś dwie, trzy ulice stąd… Ivan wciąż przekomarzał się z dziewczyną z piekarni. Mark postanowił się przejść.
Po kilku minutach nie bez satysfakcji odnalazł ten adres; uznał, że nie musi zaglądać do środka. Zawrócił, wybierając uliczkę, która wyglądała na skrót prowadzący do głównej ulicy i piekarni. Okazała się ślepym zaułkiem. Skręcił ponownie, kierując się w stronę wylotu alei.
Na werandzie jednego z domów siedziała staruszka i chudy młodzieniec, którzy przyglądali się, jak wchodził i jak wychodzi z uliczki. Kiedy Mark zbliżył się do nich i znalazł w polu widzenia kobiety, w jej mętnym oku pojawił się błysk wrogości.
— To nie chłopak. To mutant — syknęła do młodzieńca. Wnuka? Trąciła go znacząco w bok. — Mutant pląta się po naszej ulicy.
Sprowokowany w ten sposób młodzian zsunął się z werandy i zastąpił Markowi drogę. Mark przystanął. Dzieciak go przerastał — a kto nie? — ale był niewiele tęższy, miał tłuste włosy i bladą cerę. Stanął w rozkroku, blokując Markowi drogę ucieczki. O, Boże. Tubylcy. W całej wątpliwej krasie.
— Nie powinieneś siem tu plątać, mutasie. — Młodzian splunął nonszalancko w sposób podpatrzony u uliczników; Mark omal nie wybuchnął śmiechem.
— Masz rację — zgodził się beztrosko. Powiedział to z ziemskim akcentem śródatlantyckim, nie barrayarskim. — To zapadła wiocha.
— Obcy! — zajęczała staruszka z jeszcze większym oburzeniem. — Skakaj se na koniec świata, tam gdzie cię diabeł nie znajdzie.
— Chyba właśnie mi się to udało — odparował cierpkim tonem. Był w kiepskim nastroju i nie dbał o uprzejmość. Skoro ci prostacy ze slumsów chcą się z nim drażnić, nie pozostanie im dłużny. — Barrayarczycy. Jeżeli jest ktoś gorszy od Vorów, to na pewno ich poddani. Nic dziwnego, że w galaktykach wszyscy uważają waszą planetę za zatęchłą dziurę. — Zdumiał się, z jaką łatwością można dać upust tłumionej wściekłości i jaką to mu sprawia przyjemność. Lepiej jednak nie przeholować.
— Zaraz z tobom zrobię porządek, mutasie — obiecał chłopak, nerwowo kołysząc się na piętach. Wiedźma zachęciła młodego zbira, czyniąc wobec Marka nieprzyzwoity gest. Ciekawy układ; drobne staruszki i chuligani to zwykle naturalni wrogowie, lecz tych dwoje zdawało się stać po tej samej stronie barykady. Niewątpliwie miał przed sobą Towarzyszy Cesarstwa zjednoczonych przeciw wspólnemu wrogowi.
— Lepiej być mutasem niż półgłówkiem — rzekł Mark z fałszywą serdecznością w głosie.
Opryszek zmarszczył brwi.
— Hej, chcesz mnie wkurzyć?
— A widzisz w pobliżu innego półgłówka? — Gdy chłopak zamrugał, Mark obejrzał się przez ramię. — O, przepraszam. Jest jeszcze dwóch. Rozumiem, mogłeś się nie zorientować. — Adrenalina huczała mu w żyłach, zmieniając niedawno zjedzony obiad w wielką gulę w żołądku. Stało za nim jeszcze dwóch młodzieńców, wyższych, bardziej muskularnych i starszych, ale obaj mieli najwyżej po kilkanaście lat. Pewnie są wściekli, ale brak im umiejętności. Mimo to… gdzie jest Ivan? Gdzie ta cholerna niewidzialna ochrona zewnętrzna? Ma przerwę? — Nie spóźnicie się do szkoły? Na lekcje wyrównawcze dla zaślinionych gówniarzy?
— Śmieszny mutas — powiedział jeden z dwójki starszych. Ale się nie śmiał.
Atak nastąpił niespodziewanie, niemal zupełnie zaskakując Marka; sądził, że etykieta wymaga, aby najpierw wymienili jeszcze trochę obelg, dlatego przygotowywał sobie kilka całkiem niezłych. Ogarnęło go dziwne podekscytowanie połączone z oczekiwaniem na ból. A może właśnie oczekiwanie na ból było ekscytujące. Najwyższy z napastników usiłował kopnąć go w krocze. Mark złapał go za stopę i szarpnął w górę, przewracając dzieciaka na ziemię; chłopak wylądował na kamieniach ze strasznym łomotem, tracąc dech w piersiach. Drugi zadał cios pięścią, lecz Mark chwycił go za rękę. Zakręcili się w miejscu i po chwili opryszek padł na swego chudego towarzysza. Niestety, teraz obaj zagradzali Markowi drogę ucieczki.