Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— Dosyć — przerwał Mrok. — To nie tak. On może być Nosicielem Losu tylko wtedy, gdy zrobi to, co mu przeznaczone. Los jest w ruchu, jak woda lub dym. Nie ma jednej linii, której jesteśmy niewolnikami. Istnieją zdarzenia nieuchronne, ale nie jest ich aż tak wiele i dotyczą tego, co ma się stać wkrótce. On musi zrobić to, co musi. Nie wiem, co to jest. Lecz sądzę, że musi postąpić zgodnie z wolą cesarza. Mieszkałeś w pałacu — zwrócił się do mnie. — Czy byli tam Wiedzący?
— Podobno byli — odparłem. — Jednak nigdy żadnego nie widziałem.
— Sam jestem Wiedzącym — wyjaśnił Mrok. — I choć nie potrafię wyjaśnić, dlaczego, uważam, że w noc burzy odbył się obrzęd Pytania. Poczułem to. Wielu wówczas zginęło. Najpierw od mocy obrzędu, potem od mieczy. Kiedy sprawy stają się ostateczne, można spróbować poszukać odpowiedzi, tak jak uczyniono po klęsce w Dolinie Czarnych Łez. Krąg połączonych Wiedzących staje się wtedy na chwilę jednym, potężnym umysłem. Na moment odkrywa ścieżki przyszłości, poznaje to, co zakryte. Wielu z nich ginie, wielu przypłaca to szaleństwem. Odpowiedź natomiast nie zawsze jest zrozumiała. Jest jak rozkaz wydany młodemu chłopakowi, by powędrował bez przyczyny gdzieś na kraniec świata. Rzecz w tym, że dopiero gdy tam dotrzesz, okaże się, po co i dlaczego. Czy cesarz na co dzień zwykł wydawać takie rozkazy?
— Nigdy — powiedziałem. — Każdy z jego ludzi zawsze wiedział, co ma robić i po co.
— A gdzie teraz chciałeś się dostać? Kiedy wędrowałeś aszyrdymskim szlakiem.
— Do miasteczka Nahilgył, w okolicy Sauragaru. Na Pustynię Końca Świata.
— I tam powinieneś podążyć. A my powinniśmy zrobić wszystko, żebyś tam dotarł. Tu nie możesz zostać. Jest jeszcze coś, tohimonie.
— Coś, co zobaczyłeś w swoich wizjach, w kształtach dymu i płynącej wodzie? — zapytał Knot.
— Tak. Za nim podąża śmierć. Widziałem ją w wizjach. Idzie po jego śladach i jest już niedaleko. Nie wiem jednak, co to znaczy.
— Śmierć podąża za nami wszystkimi. Czasem stoi tuż na progu. To nic nowego. Co więc proponujesz?
— Wyleczmy jego towarzysza. Zaopatrzmy ich na drogę i dajmy kilku ludzi, którzy doprowadzą do Nahilgył. Jak najprędzej. Przewodników i obrońców. Niech nie błądzą i niech nikt nie stanie im na drodze. Muszą dotrzeć tam, gdzie muszą, i to jak najprędzej.
— A jaka z tego korzyść? Zwłaszcza dla tych, którzy tu pozostaną?
— Może dowiemy się tego, kiedy on trafi tam, gdzie miał trafić. Tak już jest z obrzędem Pytania. Może chodzi o to, że ma kogoś spotkać. A może po prostu potrąci kamyk, który potem stanie się lawiną. A może stanie się iskrą, która wznieci pożar. Odpowiedź, którą uzyskali Wiedzący, to nie przepowiednia. To szansa. Być może bardzo mała. Ale nam potrzebna jest każda.
— Zatem mam oddać mu paru bezcennych ludzi i odprowadzić na skraj pustyni, mimo że on sam nie wie, po co i dlaczego — powiedział powoli dowódca. — Ponieważ być może w pałacu Wiedzący odbyli pewien obrzęd. I w wyniku tego obrzędu, być może, powtarzam: być może, pojawiła się wizja, której nikt nie rozumie, ale której wypełnienie daje nam szansę na przetrwanie. Dobrze zrozumiałem, co powiedziałeś, Mroku? Ja jestem dowódcą. Patrzę pod nogi. Tu są ludzie, którzy mi zaufali. Uznali, że wiem lepiej niż inni, co robić. Dla mnie liczą się włócznie, worki durry, konie i miecze. Mogę je policzyć i odpowiedzieć: jest szansa. Albo nie ma. Żyję na ziemi i patrzę na ziemię, Mroku. Widzę rzeczy mające znaczenie i takie, które go nie mają. Nie zajmuję się ściganiem wiatru, snami i światłem księżyca. Nie wtrącam się w sprawy nadaku i klątw uroczysk. Wierzę w Stworzyciela, lecz on jest daleko. Uczynił ludzi wolnymi i dlatego nie może nam pomóc, bo wówczas przestalibyśmy o sobie decydować. Dlatego na świecie jest zło i są Amitraje. Ale są też ostrza i ręce, by się im przeciwstawić. Takie rzeczy rozumiem.
— Szkoda, że prorokini nie myśli jak ty — odparł Mrok zza swojej kolczej zasłony. — Gdyby spojrzała na imperialną armię, gdyby policzyła ostrza i worki durry, pewnie nigdy nie opuściłaby swojej pustynnej pustelni. Ale ona wolała łowić wiatr i światło księżyca. Zaufać snom. I teraz jej sny muszą być snami wszystkich aż po Wszechmorze, Kebir i Nassim.
Wypiłem kolejny łyk z jego drewnianej flaszki. Napój w środku pachniał mocno korzeniami i ziołami, miał dziwny smak, ale nie był ostry jak ambrija. Ręce już mi się nie trzęsły, powoli ogarniało mnie zobojętnienie. Nie spokój, lecz właśnie zobojętnienie. Ciemność, która usadowiła się w moim wnętrzu jakby się skurczyła, ale pozostała ciemnością. Czarną, ponurą jamą.
— Być może uczynię, jak radzisz, wielebny — oznajmił dowódca. — A może inaczej. Muszę pomyśleć. Kiedy zdecyduję, dowiesz się o tym. Znajdź chłopakowi jakiś kąt i dopilnuj, żeby wyleczono jego przyjaciela.
— Tohimonie?
— Tak, chłopcze?
— Nie wiem, ani jak to daleko stąd, ani ile czasu upłynęło, lecz wiem coś, co może być ważne — oznajmiłem. Knot patrzył na mnie nieruchomym, zmęczonym wzrokiem. — W osadzie Aszyrdym mieszka niewielu kapłanów. Zaledwie kilkoro. Jest tam jedna stara Wiedząca, która może być niebezpieczna. Archimatrona nie ma jednak wcale mocy. Nie potrafi czynić, nie umie też rządzić. Pilnuje tylko mostu i zatrzymuje wielu podróżnych. Część zabija w świątyni, a część kieruje do budowy spichrzy. Są wśród nich Kireneni i są inni ludzie, którzy jednak uciekają od władzy Pramatki i Czerwonych Wież. Całe miasto natomiast jest zawalone durrą i stadami bydła, których kapłanka nie chce oddać wysokim rodom, bo boi się, że popadnie w zależność. Tego wszystkiego pilnuje zaledwie binhon piechoty i hon jazdy pościgowej. Zaganiaczy. Pochodzą ze „Żmijowego" tymenu, są znudzeni i mają niskie morale. Jest jeszcze straż świątynna. Może hon, najwyżej dwa. Zbieranina. Bandyci i maruderzy. Do tego na szlaku, o staje za mostem pojawiło się uroczysko. Wiem, bo widziałem na własne oczy. To wszystko. Pomyślałem, że gdybym był pahan-dejem albo tymen basaarem, chciałbym o tym usłyszeć.
— Co byś zrobił, gdybyś usłyszał?
— Posłałbym tam binhon szybkiej jazdy i tyle wozów, ile bym znalazł. Opanowałbym miasto, spalił wieżę, uwolnił ludzi i zabrał zapasy. A od archimatrony dowiedziałbym się, jak teraz brzmi nowa mowa bębnów. Od czasu gdy widziałem miasto, wprawdzie coś mogło się zmienić, możesz też sądzić, że kłamię. W takim razie kilku tropicieli szybko zorientowałoby się w czym rzecz. A lekka jazda może w razie czego pójść w rozsypkę i wycofać się, gdyby coś było nie tak.
Knot uśmiechnął się powściągliwie i pokiwał głową. A potem spojrzał mi w oczy.
— Mimo młodego wieku myślisz jak dowódca. Zastanawiam się, kim ty właściwie jesteś, synu Oszczepnika. Ale powiedz mi jedno: jak skłoniłbyś archimatronę, by zdradziła ci mowę bębnów? Poprosiłbyś ją? Zastraszył? Rozpalił żelazo do białości? A może rozkazałbyś N’Gwembie wbić jej igły w głowę? Milczałem.