Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Żarty sobie robisz! — zawołał.
— To wcale nie są żarty, czcigodny panie mój i małżonku. Co więcej, ja zamierzam spotkać się z nim.
Trudno powiedzieć, co było dla niego większym wstrząsem: słowo „ja” w ustach kobiety czy oczekiwanie, by mąż wyraził zgodę na jej spotkanie z jakimkolwiek niespokrewnionym samcem, nie wspominając już o budzącym odrazę charakterze Kitheriego.
— To niemożliwe — oświadczył w końcu.
Wszyscy wiedzieli, że potulny Ma Gurah Vaadai przynajmniej połowę swych niepodważalnych sukcesów dyplomatycznych zawdzięcza żonie. Po szesnastu latach ich małżeństwa niewidoczna, ukrywająca się w jego cieniu, ale zawsze posiadająca najświeższe wiadomości i potrafiąca bezbłędnie ocenić ich znaczenie i wartość, szlachetna Suukmel Chirot u Vaadai wciąż zaskakiwała swego męża, przerażała go i prowokowała. Nie pięknością, co prawda, ale wiedzą, pomysłami, ambicjami. Nie, ona nie jest szalona, pomyślał, choć to, co zaproponowała, z pewnością było…
— Niemożliwe — powtórzył.
A jednak…
Dwa dni później Ma Gurah Vaadai, ambasador Terytorialnego Rządu Mała Njeru w Dziedzictwie Inbrokaru, udał się do pałacu Kitheriego, aby złożyć listy uwierzytelniające czterdziestemu ósmemu Najdonioślejszemu: temu bezwstydnemu poecie, temu jawnemu mordercy, temu zboczonemu księciu, który zapragnął spotkać się z jego małżonką Suukmel.
Spotkanie miało mieć charakter czysto ceremonialny — ot, po prostu jeszcze jeden nudny przejaw inbrokarskiej etykiety dworskiej, równie zawiłej i nonsensownej, jak sam pałac Kitherich, z jego źle dopasowanymi wieżami, palisadami i balkonami, pełny stromych schodów, strzelistych łuków i przesadnie zdobionych krużganków. Ród Kitherich mieszkał tu od wielu pokoleń, a każdy nowy najdonioślejszy pragnął uczcić pamięć swojego ojca jakimś wybujałym dachem, niepotrzebnym barbakanem, spiralną wieżyczką, wymyślną płaskorzeźbą, jeszcze jedną kondygnacją krytych galerii. Cały pałac był fizyczną demonstracją bezsensownej gonitwy za nowościami. To typowe dla dynastii Kitherich, myślał Ma Gurah Vaadai, gloryfikowanie niezmienności i wprowadzanie innowacji. Wyhodowany i wyszkolony na żołnierza, Ma nienawidził tego miejsca, tak jak nienawidził hipokryzji i fałszu, choć jego obecne obowiązki polegały głównie na praktykowaniu hipokryzji i fałszu. Tę ogłupiającą grę pozorów znosił tylko dzięki swojej małżonce, którą bawiły dworskie subtelności i intrygi.
Zarówno Najdonioślejszy, jak i ambasador potrafili śpiewać w języku wyższego k’sanu, choć inbrokarski obyczaj nakazywał udawać, że się go nie zna, aby przedłużyć i skomplikować rytuał. Tym razem odpowiedź Najdonioślejszego na powitalne oratorium Ma Guraha Vaadaiego zostało odśpiewane bezbłędnie, a trzeba pamiętać, iż obecni przy tym ruńscy tłumacze i znawcy protokołu należeli do najlepszych w kraju. Również kobiety towarzyszące ambasadorowi nie miały powodu, by poprawiać cokolwiek w tym, co w jego imieniu mówiła inbrokarska Runka, wyznaczona do tłumaczenia jego ojczystego malanja, nie było też żadnych błędów w tłumaczeniu poezji Najdonioślejszego. I choć Runowie zwykle nie znoszą muzyki, podczas całej ceremonii nie drgnęło ani jedno ucho. Ruńska służba, o wiele lepiej znająca subtelności protokołu niż obaj Jana’atpwie, zdawała się zachwycona jej przebiegiem, dyskretnie kierując oficjalną wymianą wyszukanych pozdrowień, wyszukanych podarunków i wyszukanych obietnic.
Ma Gurah Vaadai zastanawiał się właśnie, czy zdoła nie opaść na ogon i nie zasnąć na dobre w dusznej i nagrzanej atmosferze tego królewskiego pieca, kiedy wymiana ostatnich pożegnań wyrwała go z otępienia. Zdążył zaśpiewać, jak wymagał protokół, razem z Najdonioślejszym, zachowując idealną harmonię. Uczyniwszy to, szykował się z ulgą do wyjścia, kiedy Hlavin Kitheri powstał ze swego wymoszczonego poduszkami, wyściełanego, złoconego i lśniącego od klejnotów gniazda dziennego i z rozbawionymi oczami zbliżył się do ambasadora Mała Njeru.
— Okropne, prawda? — powiedział, omiatając spojrzeniem duszne i przytłaczające pomieszczenie i demonstrując przy tym jawnie obrzydzenie, które Vaadai tak starał się ukryć. — Zacząłem już marzyć o pożarze. Czasami najlepszym wyjściem z labiryntu jest zredukowanie go do stosu rozżarzonych węgli i przejście przez zgliszcza. — Uśmiechnął się na widok zaskoczonej miny Ma i mówił dalej: — Tymczasem poleciłem, by w górach założono letnie obozowisko. Ekscelencjo, czy odwiedzisz mnie tam, abyśmy mogli się lepiej poznać?
Oficjalne zaproszenie nadeszło następnego ranka i sześć dni później ambasador Ma Gurah Vaadai popłynął w górę rzeki barką, w towarzystwie swojego oficjalnego tłumacza, osobistego tłumacza, sekretarza, kucharza, przybocznego lokaja, strojczego i Taksayu, służki swojej żony.
Sądził, że Najdonioślejszy, mówiąc o „obozowisku”, pozwolił sobie na zwykłą inbrokarską skromność. Spodziewał się czegoś równie ekstrawaganckiego i okropnego jak pałac Kitherich, a tymczasem, ku swojemu zaskoczeniu, zobaczył kilka letnich pawilonów rozrzuconych w chłodnej górskiej dolinie. Co prawda namioty były ze złotogłowiu, paliki zostały posrebrzone, a wnętrza wyłożono najmiększymi i najwspanialej utkanymi dywanami, po jakich Vaadai kiedykolwiek stąpał, ale samo miejsce było proste i skromne jak żołnierski biwak.
— Śmiem twierdzić, że to bardziej odpowiada upodobaniom żołnierza z Mała Njeru! — zawołał Kitheri, zbliżając się do przystani bez żadnej eskorty. Uśmiechnął się na widok zdumionej twarzy ambasadora i wyciągnął rękę, by pomóc Vaadaiemu, kiedy ten wysiadał z barki. — Jadłeś już?
Nie po raz ostatni Ma Gurah Vaadai został wyprowadzony z równowagi przez tego dziwacznego księcia. Z dala od dworu, w czasie nieformalnej konwersacji, Hlavin Kitheri zachowywał się z godnością i wdziękiem. Inni goście też byli inteligentni i interesujący, a bankiet powitalny okazał się niezwykle smakowitą ucztą.
— To bardzo uprzejme z twojej strony — mruknął Kitheri, gdy Ma wyraził podziw dla potraw. — Rad jestem, że ci smakowało. To rezultat naszych niedawnych przedsięwzięć, albo raczej odrodzenia dawnych umiejętności. Kazałem tu utworzyć rezerwat myśliwski.
— To dziczyzna — wyjaśnił ambasadorowi jeden z innych gości. — Dobra rozrywka, a później wyborne jedzenie.
— Może ambasador przyłączy się do nas rano? — zaproponował Kitheri. Twarz miał złotą od promieni słonecznych sączących się przez złotą tkaninę, ajego niesamowite ametystowe oczy zamieniły się w dwa topazy. — Mam nadzieję, że nie będziesz wstrząśnięty naszymi zwyczajami…
— Będziemy polować nago, jak Bohaterowie — oznajmił z zachwytem jeden z młodzieńców.
— Mój młody przyjaciel ma poetycką naturę — zauważył Kitheri, wyciągając rękę, by chwycić czule młodzieńca za kostkę u nogi. Znowu spojrzał na Vaadaiego, który starał się opanować drżenie. — Nadzy jak nasza zwierzyna, powiedziałby ktoś o bardziej praktycznym usposobieniu.
— Stado oczywiście wie, że na nie polujemy — dodał jeden ze starszych gości — ale mój pan, szlachetny Kitheri, ma nadzieję wyhodować bardziej naturalną odmianę.
— Aby powtórzyć to, co przeżywali nasi praojcowie — wyjaśnił Kitheri. — Pewnego dniaprzybędą tu nasi najlepsi synowie, aby na nowo ożywić swoje dziedzictwo i w dawny sposób nabierać tutaj siły utraconej przez ostatnie pokolenia.
Niespodziewanie spojrzał na ruńską służącą, Taksayu, siedzącą przez cały czas w kącie wśród ceremonialnych tłumaczy, którzy musieli być obecni na każdym zgromadzeniu, choć najczęściej nie byli potrzebni.