Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Powiedz mi, Guta, wasz stary potrzebuje jakiegoś specjalnego traktowania?
Matka zdziwiła się takim pytaniem, ale odpowiedziała uczciwie:
— Nie, Ellin. Przecież nie je, nie pije, do ubikacji nie chodzi. Rzecz jasna coś tam robię — powiedzmy, ścielę łóżko na noc. A rano chowam nie tkniętą pościel. W sumie to bardziej dla siebie niż dla niego. Żeby było po ludzku, rozumiesz?
— Rozumiem — powiedziała starucha Norman. — Bo mój Stefan zmienił się, jakby czegoś chciał…
— Niemożliwe — powiedziała matka. — Mumiki nigdy niczego nie chcą, dlatego że…
— Ja też tak uważałam — przerwała jej stara Norman. — Ale ostatnio… — Zawahała się. — Kiedy wychodzę z domu, coś się dzieje. Przesuwają się krzesła, brudzą się naczynia, pościel zabrudzona. Przychodzę, posprzątam, zaprowadzę porządek. A potem wszystko znowu się powtarza. Przy czym, póki jestem z nim, jest cisza i porządek. Jak tylko wyjdę, to wszystko od początku. Jak bywało w dzieciństwie…
Maria uśmiechnęła się. W końcu stara Norman zauważyła, że i w jej domu coś się dzieje.
— Ojejku, to niemożliwe! — powtórzyła matka. — Przecież oni ledwo się poruszają. Póki tatulo podniesie rękę, mija pół godziny.
— Czyli według ciebie zwariowałam? — Stara Norman nie kryła rozdrażnienia.
— Nie, skądże — odezwała się matka. — To znaczy, chcę powiedzieć… Po prostu, nie wiem. U nas nic takiego się nie działo.
Akurat się nie działo, pomyślała Maria. Nawet bardzo się działo. I nie takie rzeczy!
— Więc tak sobie myślę — ciągnęła stara Norman — że Stefan robi wszystko, żebym przy tych domowych pracach zapominała o jego śmierci. Taki czuły chłopiec…
Maria bardzo zapragnęła teraz popatrzeć na matkę. Pewnie nieźle osłupiała. I nie dziwota! Wszystko na to wskazywało, że starej Norman, po tym, jak pojawił się mumik, dobrze przesunęła się kopuła.
— Maria! Mamusia jest u was?
W odróżnieniu od dziadka Shoeharta Stefan Norman zawsze pierwszy zaczynał rozmowę.
— Tak, u nas.
— Jak zwykle miele ozorem?
— Rozmawia z mamą — dyplomatycznie odpowiedziała Maria. Jeszcze ciebie mi, facet, brakowało.
— O czym miele?
Maria przekazała treść rozmowy matki ze starą Norman.
— Tak, tak — powiedział Stefan. — Stare ścierwo wyciąga wnioski na opak… Posłuchaj, Mario, mam do ciebie prośbę. Wyjaśnij jej, o co chodzi. O tym, że to ty robisz burdel w naszym domu, możesz nie mówić. Niech to będzie moja wina. W końcu i tak to robisz na moją prośbę.
Maria pomyślała chwilę i odpowiedziała:
— Nie mogę jej wyjaśnić, o co chodzi. Nie zniesie tej nowiny.
— No to rypnij starą. — Słowa sypały się jak piasek w klepsydrze. — Przecież możesz.
Tak, pomyślała Maria. Mogę to zrobić i to nawet całkiem bombowo. Ale czy naprawdę mama urodziła mnie po to, żebym pomagała umarłym i zabijała żywych?
— Sam ją wykończ.
— Przecież wiesz, jakie mam ciało. Zanim sprzedam jej kosę, tysiąc razy się obudzi i powyrywa pazury.
— A może taka próba akurat wystarczy. Albo się po prostu wystraszy, albo skuma, o co biega. I w jednym, i w drugim wypadku uwolni cię.
— Akurat! Już wcześniej nie za bardzo kumała, a teraz to z radości w ogóle przestała kapować. Zresztą nie to jest najważniejsze. Jak ja jej w oczy spojrzę, kiedy umrze?! Może i nie kocham matki, ale nie mogę jej zabijać własnymi rękami.
— Ja też nie mogę jej zabić — powiedziała Maria.
— No to jak mam jej wyjaśnić, że mój powrót do domu wcale mi się nie podoba?
— Idź na podładowanie i więcej nie wracaj.
— Gdyby… — W głosie Stefana zabrzmiał smutek. — Przecież nie jesteśmy panami siebie. Póki ona tego chce, będę ciągle i ciągle do niej wracał. Gdybym był staruchem jak twój dziadek, może by mnie cieszyło, że komuś jestem potrzebny. Nawet w takiej postaci. — Głos zabrzmiał wściekle. — Ale już w tamtym życiu wykończyła mnie swoją opieką!
— No to napisz do niej list — powiedziała Maria. — I zejdź ze mnie! Nie będę tłukła twojej matki. Rozrzucać pościeli po mieszkaniu też więcej nie będę, bo to nie są dziecinne figle, jak się wydaje twojej matce.
— Poczekaj, Mario… — Stefan chciał ją jeszcze namawiać, ale wypędziła go ze swojej świadomości.
A na dole żegnały się dwie zatroskane swoimi dziećmi matki.
— Pójdę już — powiedziała stara Norman. — Popatrzę, co on tam w tym czasie nawyrabiał. Wiesz, Guta, okazuje się, że mam po co żyć!
Matka zamknęła za nią drzwi. W domu znowu zapanowała cisza. Maria odetchnęła i wróciła do podręczników. Cisza trwała pięć minut, potem odezwał się znajomy dowódczy głos:
— Ojejku, a ty gdzie się wybierasz? Kładź się natychmiast!
— Muszę — powiedział tato.
— Coś za często zacząłeś do niej biegać! Teraz rozumiem, dlaczego ona tak chciała, żebym poszła do Strefy.
— Nic nie rozumiesz. I nie zrozumiesz nigdy. Puść!
— Nie puszczę!
— Puść! Nie idę do niej.
— No to tym bardziej nie puszczę.
— Puść mnie, suko! — ryknął tato. Coś upadło.
Trzasnęły drzwi. Potem zaterkotał silnik bramy garażu i zamruczał stary landrover.
I w tym momencie matka zaczęła krzyczeć na dole zajęczym głosem:
— Marioooo!
Maria wypadła z pokoju i sturlała się po schodach.
Matka wpółleżała w przedpokoju, opierała się prawą ręką o podłogę, lewą trzymała się za pierś. Sukienkę na piersi miała rozerwaną.
— Zatrzymaj go, Mario! Zatrzymaj ojca, zaklinam cię na Boga! Przecież możesz! Wiem!
Jak potrzebujesz, wszystko wiesz, pomyślała Maria. Ale nie mam władzy nad ludźmi. Mogę zatrzymać człowieka i zabić go, ale to nie jest równoznaczne z władzą. O wiele ważniejsze jest zmuszenie go do działania. Albo do myślenia.
— Mogę. — Zaczęła podnosić matkę z podłogi. — Ale czy to jest właśnie to, czego ojciec potrzebuje?
— Przecież on pojechał do Strefy! Do Strefy!!! Czy ty to rozumiesz?
— Rozumiem, wstawaj. Zobacz, jaki siniak.
Gucie zatrzęsły się wargi, rozdygotały ręce.
— Bądźcie przeklęci, wyrodki! — powiedziała. — Boże! Za co mnie los pokarał takim mężem? Za co mi dał taką córkę, która nie chce uratować rodzonego ojca? Za co? Czym zawiniłam, Boże Wszechmogący? Czyżby tym, że ich kochałam? Czyżby tym, że wybaczałam mężowi i zawsze na niego czekałam? Czyżby tym, że chciałam, żeby moja córka była normalnym człowiekiem?
Tym razem mama litowała się nie nad nią, Marią, lecz nad samą sobą. To było jeszcze gorsze. Od tej zwykłej litości dymiła czacha, a od tej aż kopało w podroby. I ból serca okazał się gorszy od bólu głowy: przedtem chciało się płakać, teraz — umrzeć.
Matka użalała się nad sobą, a nienawidziła Marii. Ta nienawiść zdecydowała o wszystkim. Maria nagle poczuła, jak spływają do niej moce.
Sen przyszedł błyskawicznie.
Stała w „białej dziurze”, przed tym właśnie nadmuchiwanym balonikiem, który wcale nie zrobił z Małpeczki Marii. Oczywiście, nagrodził Małpeczkę klawym pyszczkiem, przenikliwym umysłem i bombową figurą. Ale właśnie się wyjaśniło, że aby być Marią, nie wystarczy klawy pyszczek, przenikliwy umysł i bombowa figura. Trzeba mieć coś jeszcze. A czegoś innego nie mieć. Na przykład umiejętności rozmawiania z żywymi nieboszczykami. Daru podsłuchiwania ludzi przez dźwiękoszczelne ściany. Umiejętności widzenia ich na odległość.