Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
– Mój Boże, mam nadzieję, że ma pan paszport?
– Uhm… tak.
– Przyjeżdżam zabrać pana na lotnisko. Chcę, żeby poleciał pan do Kalifornii, doktorze Flyte.
– Ale…
– Dziś wieczór. Jest wolne miejsce w rejsie z Heathrow. Zrobiłem rezerwację na pańskie nazwisko.
– Ale mnie nie stać…
– Pański wydawca pokrywa wszystkie koszty. Niech się pan nie martwi. Musi pan jechać do Snowfield. Nie będzie pan pisał popularnej wersji Odwiecznego wroga. Już nie. Teraz weźmie się pan za napisanie przystępnej, wzruszającej historii o Snowfield i cały pański materiał historyczny o zbiorowych zaginięciach i pańska teoria odwiecznego wroga posłużą do wsparcia narracji. Kojarzy pan? Czy to nie wspaniałe?
– Ale czy to właściwe ładować się tam teraz?
– O co panu chodzi?
– Czy to wypada? – pytał z niepokojem Timothy. – Czy to nie będzie wyglądało na chęć dorobienia się na strasznej tragedii?
– Niech pan posłucha, doktorze Flyte. Do Snowfield lada chwila zwalą się setki naciągaczy, każdy z umową na książkę w kieszeni. Rozedrą na strzępy pański materiał. Jeśli pan nie napisze o d-powiedzialnej książki na ten temat, zrobi to jeden z nich. Pańskim kosztem.
– Setki umarło – powiedział Timothy. Czuł się obolały. – Setki. Ból, tragedia…
Sandler był wyraźnie zniecierpliwiony.
– Cóż… dobra, dobra. Może ma pan rację. Może nie przemyślałem sobie spokojnie tego koszmaru. Ale czy pan nie pojmuje, dlaczego właśnie pan musi powiedzieć na ten temat decydujące słowo, pisząc swoją książkę? Nikt nie dorównuje panu erudycją ani zrozumieniem sprawy.
– Cóż…
Korzystając z wahania w głosie Timothy'ego, Sandler powiedział:
– Dobrze. Pakuj pan szybko walizkę. Jestem za pół godziny. Sandler wyłączył się, a Timothy siedział chwilę ze słuchawką przy uchu, wsłuchany w buczenie sygnału, osłupiały.
Deszcz zacinał srebrnymi strugami. W światłach taksówki wyglądały jak delikatne warkocze błyszczących włosów anielskich. Na jezdni połyskiwały rtęciowe kałuże.
Taksiarz prowadził po wariacku. Wóz śmigał śliskimi ulicami. Timothy jedną ręką złapał się za uchwyt przy drzwiach. Najwidoczniej Burt Sandler obiecał spory napiwek za pośpiech.
– W Nowym Jorku będzie przerwa, ale niezbyt długa – tokował teraz, siedząc obok profesora. – Nasi ludzie odbiorą pana i zaopiekują się panem. Nie będziemy stawiać na nogi mass mediów w Nowym Jorku. Konferencję prasową zachowujemy na San Francisco. Więc niech pan będzie przygotowany na armię natrętnych reporterów po zejściu z samolotu na Zachodnim Wybrzeżu.
– Czy nie mógłbym zwyczajnie cichcem dojechać do Santa Mira i tam pokazać się władzom? – spytał z rozpaczą Timothy.
– Nie, nie, nie! – Sandler był wyraźnie wstrząśnięty tym pomysłem. – Musi pan mieć konferencję prasową. Jest pan jedyną osobą, która zna odpowiedź, doktorze Flyte. Wszyscy muszą się dowiedzieć, że to pan. Musimy zacząć walić w bęben, zanim Norman Mailer odłoży swoje najświeższe studium o Marilyn Monroe i wskoczy w tę sprawę obiema nogami!
– Jeszcze nawet nie zacząłem pisać tej książki.
– Boże, wiem. A zanim ją wydamy, zapotrzebowanie będzie fenomenalne!
Taksówka ścięła róg. Zazgrzytały opony. Timothy poleciał na drzwi.
– Wydawca spotka się z panem w samolocie w San Francisco. Przepchnie pana przez konferencję prasową – powiedział Sandler. – Tak czy inaczej dostarczy pana do Santa Mira. To naprawdę długa droga, więc może załatwią panu helikopter.
– Helikopter? – spytał zdumiony Timothy.
Taksówka przemknęła przez głęboką kałużę, rozpościerając pióropusze srebrzystej wody.
Lotnisko było w zasięgu wzroku.
Od kiedy Timothy wsiadł do taksówki, Burt Sandler mówił non stop.
– Jeszcze jedno – powiedział teraz. – Na konferencji niech pan im powie o rzeczach, o których wspomniał mi pan dzisiaj. O zniknięciach Majów. I trzech tysiącach piechoty chińskiej, która wyparowała. I niech pan nie pominie żadnej możliwej wzmianki o zbiorowych zaginięciach, które miały miejsca na terenie USA – nawet zanim jeszcze to państwo powstało, nawet w poprzednich epokach geologicznych. To wzbudzi oddźwięk amerykańskiej prasy. Związek z lokalnymi wydarzeniami. To zawsze pomaga. Czy pierwsza brytyjska kolonia w Ameryce nie zniknęła bez śladu?
– Tak. Kolonia z Roanoke Island.
– Niech pan o niej nie zapomni.
– Ale nie mogę zaręczyć, że zniknięcie kolonii w Roanoke ma związek z odwiecznym wrogiem.
– Czy istnieje jakaś możliwość, że tak było? Jak zawsze zafascynowany swym tematem, Timothy zdołał wreszcie oderwać uwagę od samobójczych manewrów taksówkarza.
– Kiedy ekspedycja brytyjska zorganizowana przez sir Waltera Raleigha powróciła do kolonii Roanoke w marcu 1590 roku, okazało się, że wszyscy koloniści przepadli. Stu dwudziestu ludzi znikło bez śladu. Wysunięto na ten temat niezliczone teorie. Według najpopularniejszej społeczność Roanoke Island padła ofiarą Croatoanów, Indian, żyjących nie opodal. Jedyną informacją pozostawioną przez kolonistów była nazwa tego szczepu w pośpiechu wyrżnięta na korze drzewa. Ale Croatoanie utrzymywali, że nic nie wiedzą o kolonistach. I byli pokojowymi, nie wojowniczymi Indianami. W istocie, na początku pomogli kolonistom przy osiedleniu. Co więcej, w osadzie nie było śladów gwałtu. Nie znaleziono ciał. Kości. Grobów. A więc widzi pan, że nawet najpowszechniej akceptowana teoria stawia więcj pytań, niż udziela odpowiedzi.
Taksówka wzięła kolejny zakręt i przyhamowała gwałtownie, unikając kolizji z ciężarówką.
Ale teraz Timothy prawie nie reagował na szaleńczą jazdę kierowcy. Mówił dalej:
– Olśniło mnie, że słowo, które koloniści wyryli na drzewie – “Croatoanie" – nie musiało być oskarżeniem. Mogło wskazywać na Croatoanów jako na tych, którzy wiedzą, co się stało. Przeczytałem dzienniki kilku brytyjskich podróżników, którzy później rozmawiali z Indianami o zniknięciu kolonii, i są dowody, że Croatoanie w istocie posiadali pewną wiedzę na temat ówczesnych wydarzeń. Albo uważali, że posiadają. Ale biali ludzie nie wzięli na serio ich wyjaśnień. Croatoanie twierdzili, że równocześnie ze zniknięciem kolonistów bardzo nagle ubyło dzikiej zwierzyny w lasach i na polach, na terenach łowieckich szczepu. Nastąpił gwałtowny spadek pogłowia dosłownie wszystkich gatunków dzikich zwierząt. Kilku podróżników z bardziej otwartymi głowami zanotowało, że Indianie mówili na ten temat z zabobonnym lękiem, jakby sprawę traktowali w kategoriach wierzeń, religii. Ale na nieszczęście biali ludzie, którzy rozmawiali z nimi o zagubionych kolonistach, nie interesowali się idiańskimi zabobonami i nie poszli tym tropem.
– Domyślam się, iż badał pan wierzenia Croatoanów – powiedział Burt Sandler.
– Tak. Nie jest to łatwy temat, gdyż plemię zostało wytępione przed wielu, wielu laty. Dowiedziałem się, że Croatoanie byli spirytualistami. Wierzyli, że duch żyje i chodzi po ziemi nawet po śmierci ciała i wierzyli, iż istnieją “większe duchy", objawiające się poprzez żywioły – wiatr, ziemię, ogień, wodę, i tak dalej. Co najważniejsze – dla nas – wierzyli też w złego ducha, źródło wszelkiego zła, odpowiadającego Szatanowi w wierze chrześcijańskiej. Zapomniałem dokładnego indiańskiego słowa, ale z grubsza tłumaczy się ono: Ten Kto Może Być Wszystkim Choć Jest Niczym.
– Mój Boże – powiedział Sandler. – To niezłe określenie odwiecznego wroga.
– Czasem w zabobonach tkwi ukryta prawda. Croatoanie wierzyli, że zarówno dzikie zwierzęta jak i koloniści zostali porwani przez Tego Kto Może Być Wszystkim Choć Jest Niczym. Więc… choć nie jestem w stanie jednoznacznie zawyrokować, czy odwieczny wróg miał coś do czynienia ze zniknięciem kolonistów z Roanoke Island, uważam, iż można wziąć to pod uwagę.