Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Lord z planety Ziemia
Lord z planety Ziemia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lord z planety Ziemia

Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:

Były żołnierz wyrusza w galaktyczną wyprawę w nieznany świat. I staje do pojedynku o władzę nad planetą, na której nikt nie wie o istnieniu Ziemi – dobrze ukrytej przed wzrokiem innych przez wszechpotężną rasę. Żeby wrócić na Ziemię, Siergiej musi ją najpierw odnaleźć. Ale naszej planety szuka także ktoś, kto chce ją zniszczyć…
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 135
Перейти на страницу:

Redrak zachwiał się, przeciągając mnie przez niski wzgórek i wtedy zobaczyłem żółte światełka na jego ramieniu.

Aktywny tryb kombinezonu. Wszczepione w syntetyczną tkaninę pseudomięśnie niosły teraz mnie i ubranego w kombinezon Redraka. Ciągnęły przez pulsujące pole grawitacyjne, pozwalały ustać na nogach. Ale niestety, nie chroniły od przeciążeń naszych przyzwyczajonych do normalnego ciążenia ciał. A kombinezon Redraka już się wyczerpywał. Za kilka sekund Sholtry upadnie obok mnie pod ciężarem nieco mniejszego, ale nadal bardzo dużego przeciążenia…

– Mój kombinezon… włącz – wysyczałem.

Palce Redraka chwyciły moją dłoń. Spod jego paznokci płynęła krew, a moją rękę przeszył ból. Gdy kombinezon działa w trybie aktywnym, trudno obliczyć własną siłę.

Redrak dotknął sensorów mojego kombinezonu moimi palcami, w przeciwnym razie automatyka by nie zadziałała. Poczułem ukłucie pod łopatkami – to włączył się system pomocy medycznej. W chwilę później ciało przestało być bezwładne. Powoli zacząłem się przepychać przez pięciokrotne przeciążenie.

– Twoja kolej, książę – wyszeptał Redrak i zwisł mi na rękach. Nagle poczułem szaloną, niczym nieuzasadnioną radość; dlatego że Sholtry mimo wszystko mi pomógł i dlatego że tak pobłażliwie użył zwrotu „książę”, a także dlatego że powiedział szczerze, co myśli, zamiast pompatycznie prosić, bym go porzucił i ratował siebie.

Bo gdyby w jego umyśle pozostała reszta psychokodu, Redrak na pewno by się tak zachował. Ernado i Lans są zdolni do czegoś takiego nawet teraz. Ich psychokod to wierność imperatorskiej władzy – i mnie.

Szliśmy jakby przez gęstą, grząską ciecz pod powoli słabnącym naciskiem przeciążenia. Coraz dalej od rozbitej szalupy, coraz bliżej skał, gdzie Dańka niecierpliwie przestępował z nogi na nogę, przyciskając do piersi Trofeum.

Mój kombinezon zaczął się wyczerpywać, ale strefa wyładowywania grawikompensatora już się kończyła. Szliśmy, podtrzymując się nawzajem z Redrakiem, przypominając parę czułych przyjaciół albo pijaczków.

– Po cholerę mnie wyciągałeś? – zapytałem. – Nie wierzysz, że naprawdę zdjąłem psychokod?

Redrak odezwał się po chwili milczenia: – A po cholerę go zdejmowałeś?

– Jasne – powiedziałem z uczuciem. – Kuśtykaj szybciej.

– Ty z moją nogą pełzłbyś jeszcze wolniej…

Tam, gdzie stał Dańka, nadmierna grawitacja była niemal nieodczuwalna. Zwaliliśmy się na piasek. Natychmiast, jakby w moim ciele zadzwonił niewidoczny budzik, wrzasnąłem:

– Twarzą do szalupy! Włączyć tryb medyczny kombinezonów! Zaraz wybuchnie grawikompensator…

Redrak puścił taką wiązankę, że zacząłem mieć poważne wątpliwości, czy rosyjski rzeczywiście przewyższa galaktyczny pod względem emocjonalności. Leżeliśmy twarzą do szalupy, patrząc na rozszerzające się wokół czarnej kuli grawikompensatora lśnienie.

Potem wybuchło.

Ognisko paliło się słabo, chociaż drewno było suche jak piasek pustyni. To wina wysokości; zawartość tlenu w powietrzu na Shedmonie i tak jest nieduża, a już na trzech kilometrach nad poziomem morza…

Grawitacyjny wybuch rozwalił całą aparaturę prócz odbiorników o małej mocy w kombinezonach bojowych. Teraz czekał nas nocleg w górach, jeżeli miejscowe władze nie zechcą w środku nocy zbadać miejsca upadku szalupy – co było bardzo wątpliwe.

Przegrani mogą budzić współczucie. Ale czy ciekawość? Po nasze ciała przylecą najwcześniej jutro rano.

Dańka spał przy ognisku, zawinięty w resztki materiału zebrane wokół spłaszczonej na placek szalupy. Redrak poszwendał się po okolicy, zerwał kilka garści żółtej trawy przypominającej przejrzały koper i suszył ją teraz nad ogniskiem na cienkiej stalowej blaszce. Sądząc po resztkach napisów, arkusz blachy był przedtem osłoną jednego z małych detektorowych otworów strzelniczych. Wybuch grawikompensatora ją rozpłaszczył. Z człowieka przy takim przeciążeniu nie zostałoby nic. Krwawa miazga i sproszkowane kości po prostu wsiąkłyby w ziemię jak gorący śrut w mokry śnieg.

Znowu poczułem dreszcz. Czekał mnie mi niewesoły los. W spokojnej, zimnej rozmowie Świątyń nie wyczułem nawet cienia współczucia.

Nie miałem wątpliwości, że w przedśmiertnych przywidzeniach, gdy technika wszechpotężnych Siewców zatrzymała czas i utrzymywała mnie na granicy bytu, słyszałem właśnie dialog Świątyń. Ta dziwna świadomość pojawiła się nie wiadomo skąd, niczym intonacja głosu, zdolna odkryć wiele z tego, co nie zmieściło się w słowach.

– Co robisz, Redrak? – zapytałem leniwie.

Redrak odpowiedział po chwili, lekko zmieszany:

– Takie tam… ta trawa to słaby narkotyk. Ma oryginalny sposób zażywania.

– Wdychanie dymu?

Redrak wyraźnie się zdumiał.

– Słyszałeś o trebie, kapitanie?

– No… tak jakby.

– W takim razie usiądź bliżej.

Usiadłem obok Redraka. Ten nadal potrząsał nad ogniem zaimprowizowaną blachą, susząc trawę. Potem zsypał na dłoń pomarańczowy pył i powąchał w skupieniu.

– W porządku…

Rzucił na ogień szczyptę proszku i chciwie wciągnął gorzki dym, który popłynął nad tlącymi się węglami.

– Dobry gatunek, kapitanie.

Pochyliłem się nad ogniem, mimowolnie przymykając oczy przed nieznośnym żarem i odetchnąłem głęboko.

Żar w piersiach… w płucach… zimny dreszcz przebiegający po skórze… lawina dźwięków, bo bardzo wyostrzył się słuch. Potrzaskiwanie gałęzi chrustu brzmiało niczym salwy armatnie, a senny oddech Dańki prawie je zagłuszał; mamrotanie Redraka słychać było głośno i wyraźnie.

– Najlepiej wychodzą nam środki odurzające, kapitanie. Narkotyki, alkohol… Wszystkie rozrywki to też narkotyk…

Dreszcz minął, w piersiach nadal płonął ogień. Za to świadomość otuliła upajająca mgiełka euforii.

– Równie dobrze wychodzi nam broń, Redrak. I zabijanie.

– To też służy odurzeniu… Zabawa, nie lepsza i nie grosza od seksu… czy trebu.

– Redrak, posłuchaj… – Bardo chciałem z kimś porozmawiać. Przeklęte przyzwyczajenie do libacji, którego nie umiem wykorzenić! Nieważne, czym się wywołuje upojenie, butelką wódki na imprezie czy kosmicznym narkotykiem o nieprzyjemnej nazwie treb. – Słuchaj, Redrak… Pamiętasz, co mówił Lans na mostku, przed ewakuacją?

– Brednie, kapitanie.

– Nie, Redrak. Posłuchaj, ten ktoś połączył się ze mną po raz trzeci. I dopiero niedawno zrozumiałem, kto stoi za parawanem… Kto porusza lalkami…

Opowiedziałem Redrakowi wszystko. Od pierwszego pojawienia się głosu, gdy wykorzystano do tego Ernada. O dialogu z Palijczykiem, o usłyszanej w malignie rozmowie Świątyń.

Nad ogniskiem płynął szary dym. Siedzieliśmy pochyleni nad płomieniem. Narkotyk trzymał nas mocno. Przedmioty wokół rozmywały się, tracąc kontury. Jak to się nazywa w medycynie? Metamorfopsja… chyba.

– Serge… – Redrak sypnął do ognia ostatnią garść proszku. – Jeśli rzeczywiście masz przeciwko sobie Siewców… Świątynie… to nie ma sensu walczyć. One potrafią zetrzeć w pył wszystkie planety w galaktyce. Nie jesteś nawet mrówką wobec słonia… najwyżej wirusem.

– Wirus też może wykończyć słonia.

– Siergiej… przestań się stawiać. Jesteś innym wirusem.

Skąd on zna moje pełne imię?

Skupiłem się, próbując otrząsnąć z upojenia. Nie mogłem. Wrzasnąłem, aż poczułem ucisk w uszach. Pożyteczna rzecz takie wyostrzone zmyły.

– Skąd znasz moje pełne imię?!

Redrak, nic nie rozumiejąc, wzruszył ramionami. – - Dańka mi powiedział… Uspokój się, kapitanie. Nie jestem Siewcą. Niestety. Nawet nie kukłą Siewców. Ale mogę ci poradzić to samo. Dość tego uganiania się za raiderem. Jeśli Siewcy… jeśli Świątynie obiecały, że tamci nie znajdą Ziemi, to znaczy, że tak właśnie jest. Ich słowom można wierzyć. Lepiej wracaj na Tara, do księżniczki. I weź ze sobą chłopca, widzę przecież, jak się do siebie przywiązaliście.

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 135
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)