Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 173
Перейти на страницу:

– Nie da­cie rady...

– Damy. Może po­le­je się tro­chę krwi, trud­no, lep­sze to niż otwar­ta woj­na z Se-koh­land­czy­ka­mi. Ale oczy­wi­ście to tyl­ko roz­wa­ża­nia, chłop­cze. A ja mu­szę wie­dzieć, kim ty te­raz je­steś. Je­śli tyl­ko zwy­kłym woź­ni­cą bo­jo­we­go ry­dwa­nu, to tra­cę czas, bo po­wi­nie­nem prze­ka­zać wie­ści ko­muś z wa­sze­go do­wódz­twa. Z sa­mej góry spi­sku, któ­ry do tej pory ukry­wa­li­ście przed Szczu­ra­mi.

Der’eko wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał dum­nie. La­skol­nyk miał ra­cję, chło­pak po­wi­nien się jesz­cze wie­le na­uczyć.

– A... dla­cze­go miał­bym roz­ma­wiać z kha-da­rem ma­łe­go cza­ar­da­nu? Co ta­kie­go on może zro­bić?

– Może prze­ka­zać wie­ści ko­muś, kto prze­ko­na ko­goś in­ne­go, że woj­na do­mo­wa na po­gra­ni­czu nie musi wy­buch­nąć. Szczu­ry wie­dzą już, co pla­nu­je­cie, i są zde­cy­do­wa­ne do tego nie do­pu­ścić. Me­ekhan nie po­trze­bu­je ko­lej­ne­go na­jaz­du ko­czow­ni­ków, tym bar­dziej że naj­pew­niej wy­star­czy za­cze­kać.

– Aż Yawe­nyr umrze? A Sy­no­wie Woj­ny sko­czą so­bie go gar­deł, szar­piąc sche­dę po nim? Ten sta­ry wór ko­ści już od mie­się­cy nie wsta­je z łoża, a je­dy­ne wie­ści od nie­go prze­ka­zu­je pierw­sza żona, więc wszy­scy ocze­ku­ją rze­zi. A je­śli tak się nie sta­nie? Je­śli wy­bio­rą no­we­go Ojca Woj­ny w po­ko­ju? To może być na­sza je­dy­na szan­sa.

La­skol­nyk po­dra­pał się po gło­wie i nie­ocze­ki­wa­nie par­sk­nął śmie­chem. Mięk­kim, ła­god­nym, szcze­rym.

– Jak­bym cię wi­dział, And’ewers. Jak­by czas cof­nął się o dwa­dzie­ścia lat. Ta sama go­rą­ca gło­wa i brak roz­sąd­ku. Kim je­steś, Der? Fe­la­no? Ka­ne­wey? Do­wo­dzisz dwo­ma set­ka­mi czy już ty­sią­cem ry­dwa­nów? A może wszyst­ki­mi w obo­zie?

Chłod­ne wy­zwa­nie znów za­go­ści­ło w oczach pier­wo­rod­ne­go.

– Je­stem tyl­ko zwy­kłym woź­ni­cą.

Kha-dar za­śmiał się jesz­cze raz. Ci­cho, lecz już nie tak ła­god­nie.

– Wy­ja­śnij mu, And’ewers. To w koń­cu two­ja krew.

Ko­wal chrząk­nął i zro­bił taką minę, jak­by miał co do tego wąt­pli­wo­ści. A po­tem uciekł wzro­kiem w kąt kuź­ni.

– Wszy­scy wie­dzą, że Oj­ciec Woj­ny nie­do­ma­ga. Ale ta­kie wie­ści po­ja­wia­ją się wśród lu­dzi od wie­lu lat. Nic nie­zwy­kłe­go. Ale że jest umie­ra­ją­cy... że od mie­się­cy nie wsta­je z łoża i nie­wie­lu go wi­dzia­ło ostat­ni­mi cza­sy na wła­sne oczy... To no­wi­ny pierw­szej waż­no­ści. Ja do­pie­ro od cie­bie o tym sły­szę. Więc je­śli je znasz, to zna­czy, że je­steś jed­nym z naj­waż­niej­szych do­wód­ców w obo­zie. Kim wła­ści­wie, synu?

To „synu” było tak... ni­ja­kie, że Ka­ile­an po­czu­ła, jak coś ła­pie ją za gar­dło.

I chy­ba to wła­śnie, to obce, obo­jęt­ne „synu” zła­ma­ło coś w Der’eku. Sta­ran­nie omi­nął ojca wzro­kiem i pa­trząc wprost na La­skol­ny­ka, wy­re­cy­to­wał:

– Je­stem Ka­ne­wey Pierw­szej Fali Obo­zu Man­del­len. Mam pod sobą sześć­set ry­dwa­nów. A ty kim je­steś, ge­ne­ra­le?

Roz­ma­wia­li w me­ekhu, więc Ka­ne­wey zo­stał wy­po­wie­dzia­ny w ana­ho. Ty­tuł nie miał od­po­wied­ni­ka w ję­zy­ku Im­pe­rium, a ozna­czał do­wód­cę co naj­mniej pię­ciu­set ry­dwa­nów. Ka­ile­an unio­sła brwi – nie­źle, jak na star­sze­go ku­zy­na. Lecz La­skol­nyk tyl­ko po­ki­wał gło­wą, jak­by cze­goś ta­kie­go się spo­dzie­wał.

– Gen­no La­skol­nyk, kha-dar wol­ne­go cza­ar­da­nu. Nikt wię­cej, nikt mniej.

Der’eko szarp­nął się, jak­by otrzy­mał cios w twarz.

– C... co?

– Dość! – Ko­wal wark­nął to, jak­by wy­plu­wał roz­ża­rzo­ny wę­giel, sło­wo nie­mal sy­cza­ło.

– Co – dość?! On ze mnie kpi, oj­cze!

– Po­wie­dział ci, kim jest. Gen­no La­skol­nyk. Ten sam, któ­ry uczył cię strze­lać z łuku i wal­czyć mie­czem.

– Ale...

– Myśl! Je­śli ty je­steś Ka­ne­wey­em obo­zu, to kogo wy­bra­li na Bo­uta­nu i En’leyd? Kto ma do­wo­dzić ścia­ną wo­zów i kie­ro­wać pan­cer­nym wę­żem? Tacy sami bez­myśl­ni gów­nia­rze? Myśl!! To jest ge­ne­rał La­skol­nyk, czło­wiek, któ­re­mu kie­dyś sam ce­sarz nadał przy­wi­lej bez­względ­ne­go wi­dze­nia. I nie ode­brał mu go, jak sły­sza­łem. I to on po­wie­dział: „Chodź­cie i weź­cie ich so­bie”. Ob­raź go jesz­cze raz, znów pod­nieś na nie­go głos, a przy­się­gam na Bia­łą Klacz, że w Man­del­len będą po­trze­bo­wa­li no­we­go Ka­ne­weya.

Der’eko naj­pierw po­bladł, po­tem twarz mu po­ciem­nia­ła.

– Nie przy­je­cha­łem tu...

– Nie – prze­rwał mu kha-dar. – Nie przy­je­cha­łeś tu, żeby być ob­ra­ża­nym. Przy­je­cha­łeś, żeby po­opo­wia­dać bra­ciom i sio­strom o obo­zie i być może ścią­gnąć jesz­cze ko­goś z ro­dzi­ny do Man­del­len. Przy­je­cha­łeś też, żeby po­roz­ma­wiać z oj­cem. Pro­sił cię o to Enr’kla­wen­ner Star­szy. Chce, żeby And’ewers wró­cił. Po­trze­bu­ją go. Enr’kla­wen­ner nie mó­wił ci, ale twój oj­ciec był naj­lep­szym Okiem Węża, któ­ry pro­wa­dził ka­ra­wa­nę w cza­sie Krwa­we­go Mar­szu. Po­trze­bu­ją ta­kich jak on, bo mło­dzi mogą na­uczyć się, jak jeź­dzić ry­dwa­na­mi, ale od dwu­dzie­stu lat żad­na ka­ra­wa­na więk­sza niż dwa­dzie­ścia wo­zów nie wy­ru­szy­ła w dro­gę. Bez sta­rych, do­świad­czo­nych woź­ni­ców wasz plan nie ma szans.

La­skol­nyk do­słow­nie prze­tłu­ma­czył na­zwę En’leyd. Oko Węża – do­wód­ca kie­ru­ją­cy ka­ra­wa­ną w cza­sie wo­jen­ne­go mar­szu. Naj­wyż­szy bi­tew­ny ty­tuł, jaki może osią­gnąć Ver­dan­no. Na ko­goś ta­kie­go po­win­ny spły­wać nie­ustan­ne za­szczy­ty i chwa­ła, zwłasz­cza je­śli prze­pro­wa­dził swo­ją ka­ra­wa­nę przez Krwa­wy Marsz.

Przez chwi­lę obaj, oj­ciec i syn, ga­pi­li się na La­skol­ny­ka w mil­cze­niu.

– Kim ty je­steś? – wy­chry­piał wresz­cie ko­wal.

– Gen­no La­skol­nyk, kha-dar wol­ne­go cza­ar­da­nu – po­wtó­rzył ofi­cer. – A tak­że ktoś, do kogo im­pe­rial­ni dy­plo­ma­ci przy­cho­dzą cza­sem po radę. To taki... przy­ja­ciel­ski układ. Ja mó­wię im, co war­to, a cze­go naj­pew­niej nie war­to ro­bić, oni mó­wią mi, na ten przy­kład, o wzro­ście róż­nych cen i co z tego może wy­ni­kać. Mam zo­bo­wią­za­nia, za­cią­gnię­te jesz­cze w sto­li­cy dłu­gi, któ­re po­wi­nie­nem spła­cić, i ta­kie, któ­re mu­szę ode­brać, więc cza­sem wy­świad­czam róż­nym lu­dziom róż­ne przy­słu­gi.

Po­dra­pał się po no­sie, wy­raź­nie za­kło­po­ta­ny.

– Tu, na Wscho­dzie, jest zbyt wie­le róż­nych lu­dów, żeby pro­wa­dzić po­li­ty­kę twar­de­go trzy­ma­nia się pra­wa. Zbyt wie­le lu­dów, zbyt wie­le zwy­cza­jów i tra­dy­cji. Po­trze­bu­je­my do­brej jaz­dy, więc nie mo­że­my za­mie­nić wszyst­kich w Me­ekhań­czy­ków, bo w me­ekhań­skiej tra­dy­cji nie­wie­le jest miej­sca dla kon­nych. Tu na przy­kład ukła­dy i umo­wy moż­na za­wie­rać w ma­łej kuź­ni, gdzieś w za­po­mnia­nym przez bo­gów mia­stecz­ku, pod­czas gdy sto mil na za­chód stąd po­trze­ba by już do nich sę­dzie­go praw, sze­ściu świad­ków i ca­łych sto­sów per­ga­mi­nów, opa­trzo­nych pie­czę­cia­mi.

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)