Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Nie dacie rady...
– Damy. Może poleje się trochę krwi, trudno, lepsze to niż otwarta wojna z Se-kohlandczykami. Ale oczywiście to tylko rozważania, chłopcze. A ja muszę wiedzieć, kim ty teraz jesteś. Jeśli tylko zwykłym woźnicą bojowego rydwanu, to tracę czas, bo powinienem przekazać wieści komuś z waszego dowództwa. Z samej góry spisku, który do tej pory ukrywaliście przed Szczurami.
Der’eko wyprostował się i spojrzał dumnie. Laskolnyk miał rację, chłopak powinien się jeszcze wiele nauczyć.
– A... dlaczego miałbym rozmawiać z kha-darem małego czaardanu? Co takiego on może zrobić?
– Może przekazać wieści komuś, kto przekona kogoś innego, że wojna domowa na pograniczu nie musi wybuchnąć. Szczury wiedzą już, co planujecie, i są zdecydowane do tego nie dopuścić. Meekhan nie potrzebuje kolejnego najazdu koczowników, tym bardziej że najpewniej wystarczy zaczekać.
– Aż Yawenyr umrze? A Synowie Wojny skoczą sobie go gardeł, szarpiąc schedę po nim? Ten stary wór kości już od miesięcy nie wstaje z łoża, a jedyne wieści od niego przekazuje pierwsza żona, więc wszyscy oczekują rzezi. A jeśli tak się nie stanie? Jeśli wybiorą nowego Ojca Wojny w pokoju? To może być nasza jedyna szansa.
Laskolnyk podrapał się po głowie i nieoczekiwanie parsknął śmiechem. Miękkim, łagodnym, szczerym.
– Jakbym cię widział, And’ewers. Jakby czas cofnął się o dwadzieścia lat. Ta sama gorąca głowa i brak rozsądku. Kim jesteś, Der? Felano? Kanewey? Dowodzisz dwoma setkami czy już tysiącem rydwanów? A może wszystkimi w obozie?
Chłodne wyzwanie znów zagościło w oczach pierworodnego.
– Jestem tylko zwykłym woźnicą.
Kha-dar zaśmiał się jeszcze raz. Cicho, lecz już nie tak łagodnie.
– Wyjaśnij mu, And’ewers. To w końcu twoja krew.
Kowal chrząknął i zrobił taką minę, jakby miał co do tego wątpliwości. A potem uciekł wzrokiem w kąt kuźni.
– Wszyscy wiedzą, że Ojciec Wojny niedomaga. Ale takie wieści pojawiają się wśród ludzi od wielu lat. Nic niezwykłego. Ale że jest umierający... że od miesięcy nie wstaje z łoża i niewielu go widziało ostatnimi czasy na własne oczy... To nowiny pierwszej ważności. Ja dopiero od ciebie o tym słyszę. Więc jeśli je znasz, to znaczy, że jesteś jednym z najważniejszych dowódców w obozie. Kim właściwie, synu?
To „synu” było tak... nijakie, że Kailean poczuła, jak coś łapie ją za gardło.
I chyba to właśnie, to obce, obojętne „synu” złamało coś w Der’eku. Starannie ominął ojca wzrokiem i patrząc wprost na Laskolnyka, wyrecytował:
– Jestem Kanewey Pierwszej Fali Obozu Mandellen. Mam pod sobą sześćset rydwanów. A ty kim jesteś, generale?
Rozmawiali w meekhu, więc Kanewey został wypowiedziany w anaho. Tytuł nie miał odpowiednika w języku Imperium, a oznaczał dowódcę co najmniej pięciuset rydwanów. Kailean uniosła brwi – nieźle, jak na starszego kuzyna. Lecz Laskolnyk tylko pokiwał głową, jakby czegoś takiego się spodziewał.
– Genno Laskolnyk, kha-dar wolnego czaardanu. Nikt więcej, nikt mniej.
Der’eko szarpnął się, jakby otrzymał cios w twarz.
– C... co?
– Dość! – Kowal warknął to, jakby wypluwał rozżarzony węgiel, słowo niemal syczało.
– Co – dość?! On ze mnie kpi, ojcze!
– Powiedział ci, kim jest. Genno Laskolnyk. Ten sam, który uczył cię strzelać z łuku i walczyć mieczem.
– Ale...
– Myśl! Jeśli ty jesteś Kaneweyem obozu, to kogo wybrali na Boutanu i En’leyd? Kto ma dowodzić ścianą wozów i kierować pancernym wężem? Tacy sami bezmyślni gówniarze? Myśl!! To jest generał Laskolnyk, człowiek, któremu kiedyś sam cesarz nadał przywilej bezwzględnego widzenia. I nie odebrał mu go, jak słyszałem. I to on powiedział: „Chodźcie i weźcie ich sobie”. Obraź go jeszcze raz, znów podnieś na niego głos, a przysięgam na Białą Klacz, że w Mandellen będą potrzebowali nowego Kaneweya.
Der’eko najpierw pobladł, potem twarz mu pociemniała.
– Nie przyjechałem tu...
– Nie – przerwał mu kha-dar. – Nie przyjechałeś tu, żeby być obrażanym. Przyjechałeś, żeby poopowiadać braciom i siostrom o obozie i być może ściągnąć jeszcze kogoś z rodziny do Mandellen. Przyjechałeś też, żeby porozmawiać z ojcem. Prosił cię o to Enr’klawenner Starszy. Chce, żeby And’ewers wrócił. Potrzebują go. Enr’klawenner nie mówił ci, ale twój ojciec był najlepszym Okiem Węża, który prowadził karawanę w czasie Krwawego Marszu. Potrzebują takich jak on, bo młodzi mogą nauczyć się, jak jeździć rydwanami, ale od dwudziestu lat żadna karawana większa niż dwadzieścia wozów nie wyruszyła w drogę. Bez starych, doświadczonych woźniców wasz plan nie ma szans.
Laskolnyk dosłownie przetłumaczył nazwę En’leyd. Oko Węża – dowódca kierujący karawaną w czasie wojennego marszu. Najwyższy bitewny tytuł, jaki może osiągnąć Verdanno. Na kogoś takiego powinny spływać nieustanne zaszczyty i chwała, zwłaszcza jeśli przeprowadził swoją karawanę przez Krwawy Marsz.
Przez chwilę obaj, ojciec i syn, gapili się na Laskolnyka w milczeniu.
– Kim ty jesteś? – wychrypiał wreszcie kowal.
– Genno Laskolnyk, kha-dar wolnego czaardanu – powtórzył oficer. – A także ktoś, do kogo imperialni dyplomaci przychodzą czasem po radę. To taki... przyjacielski układ. Ja mówię im, co warto, a czego najpewniej nie warto robić, oni mówią mi, na ten przykład, o wzroście różnych cen i co z tego może wynikać. Mam zobowiązania, zaciągnięte jeszcze w stolicy długi, które powinienem spłacić, i takie, które muszę odebrać, więc czasem wyświadczam różnym ludziom różne przysługi.
Podrapał się po nosie, wyraźnie zakłopotany.
– Tu, na Wschodzie, jest zbyt wiele różnych ludów, żeby prowadzić politykę twardego trzymania się prawa. Zbyt wiele ludów, zbyt wiele zwyczajów i tradycji. Potrzebujemy dobrej jazdy, więc nie możemy zamienić wszystkich w Meekhańczyków, bo w meekhańskiej tradycji niewiele jest miejsca dla konnych. Tu na przykład układy i umowy można zawierać w małej kuźni, gdzieś w zapomnianym przez bogów miasteczku, podczas gdy sto mil na zachód stąd potrzeba by już do nich sędziego praw, sześciu świadków i całych stosów pergaminów, opatrzonych pieczęciami.