Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 210
Перейти на страницу:

Gdzieś po czte­rech go­dzi­nach jaz­dy za­trzy­ma­li się nad stru­mie­niem, wła­ści­wie nie­wiel­ką rzecz­ką, gdzie po­zwo­lo­no im zdjąć opa­ski, zsiąść z koni i roz­pro­sto­wać nogi.

Człon­ko­wie cza­ar­da­nu ob­ser­wo­wa­li od­dział nie­wol­ni­ków z cie­ka­wo­ścią, ale bez na­chal­no­ści. Z kil­ku­dzie­się­ciu lu­dzi zo­sta­ło tyl­ko pięt­na­stu, resz­ta znik­nę­ła, roz­pły­nę­ła się w le­sie. Za­pew­ne wró­ci­li do pil­no­wa­nia Po­mwe. W tej chwi­li to­wa­rzy­szy­ło im trzech we­te­ra­nów, w tym si­wo­bro­dy Luka-wer-Kly­tus, i tu­zin lek­ko­zbroj­nych. Wszy­scy dzia­ła­li spraw­nie i szyb­ko, na­po­jo­no ko­nie, roz­da­no su­cha­ry i po gar­ści su­szo­nych owo­ców. Po­stój miał być krót­ki.

— Nie bo­isz się, że spad­niesz z ta­kie­go wiel­kie­go ko­nia?

Ka­ile­an aż drgnę­ła. Do li­cha, nie spo­dzie­wa­ła się, że ktoś da radę tak ją po­dejść. Obok niej sta­ła Koło, dziew­czy­na, któ­rą Jan­ne po­de­rwał z zie­mi kil­ka go­dzin wcze­śniej.

— Ci­cha je­steś. A jego moc­no ści­skam no­ga­mi — rzu­ci­ła wy­świech­ta­ny tekst, po­chy­la­jąc się i po­pra­wia­jąc po­pręg.

— Aha — szczu­pła twarz zmarsz­czy­ła się w za­my­śle­niu, jak­by Koło po­trze­bo­wa­ła chwi­li, by przy­swo­ić so­bie tak pro­ste stwier­dze­nie. Po­tem po­sła­ła jej sze­ro­ki uśmiech. — Moc­ne uda. A ko­nie są smacz­ne. Ja­dłym.

Ja­dłym? Co to zna­czy? Kpi­ła? Na­bi­ja­ła się z niej, od­gry­wa­jąc za to, że to wła­śnie ją schwy­ta­li? Czar­ne oczy mia­ły ab­so­lut­nie nie­win­ny wy­raz, jed­nak coś w tej twa­rzy spra­wia­ło, że Ka­ile­an po­czu­ła się nie­swo­jo. Na do­da­tek me­ekh dziew­czy­ny był dziw­ny, no­so­wy, sze­lesz­czą­cy, wcze­śniej od­zy­wa­ła się ina­czej, bez ta­kie­go ak­cen­tu.

— Koło? — Si­wo­bro­dy we­te­ran pod­szedł do nich szyb­ko, ale w jego ru­chach była ja­kaś ostroż­ność. — To są przy­ja­cie­le.

Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się, a Ber­deth, któ­re­go Ka­ile­an przy­wo­ła­ła przed chwi­lą, na­gle prze­słał jej całą gamę emo­cji – nie­po­kój, strach, gniew. Zu­peł­nie jak­by za­raz mie­li ru­szyć do bi­twy. W uśmie­chu Koła było coś nie­po­ko­ją­ce­go. Wi­dzia­ła już ta­kie gry­ma­sy na twa­rzach lu­dzi ogar­nię­tych sza­łem wal­ki, pi­ja­nych krwią i śmier­cią.

— Koło! — Luka-wer-Kly­tus zła­pał czar­no­oką za ra­mię, ob­ró­cił ku so­bie i po­wie­dział po­wo­li — to przy­ja­cie­le. Nie one. Ro­zu­miesz?

— Nosi że­la­zo. — Szczu­pła dłoń wy­cią­gnę­ła się w stro­nę Ka­ile­an, do­tknę­ła kol­czu­gi.

— Ja też. Idź. Idź spraw­dzić, czy dro­ga przed nami jest czy­sta. — Pchnął dziew­czy­nę lek­ko. — No, idź!

Koło wzdry­gnę­ła się, prze­tar­ła oczy, uśmiech­nę­ła jesz­cze raz, już nor­mal­nie, po czym w kil­ku su­sach z ka­mie­nia na ka­mień prze­sko­czy­ła rzecz­kę i już jej nie wi­dzie­li.

Ka­ile­an pa­trzy­ła, jak dziew­czy­na się po­ru­sza, z każ­dym kro­kiem ina­czej, jak­by zrzu­ca­ła z sie­bie ja­kiś ba­last, po czym wark­nę­ła:

— Co to, do cho­le­ry, było?

Męż­czy­zna nie od­ry­wał wzro­ku od ścia­ny lasu, a wy­raz jego twa­rzy był dziw­nie mięk­ki.

— Nie co, tyl­ko kto — po­pra­wił ją ci­cho. — Koło, jak ro­zu­miem. Za­zwy­czaj nie zda­rza jej się to w dzień, ale jest zde­ner­wo­wa­na, bo ją schwy­ta­li­ście, a poza tym od kil­ku go­dzin nie wi­dzie­li­śmy słoń­ca. Wkrót­ce doj­dzie do sie­bie, jak ro­zu­miem.

No tak. Koło. Nie wi­dzia­ła słoń­ca i była zde­ner­wo­wa­na. Oczy­wi­ście. To wy­ja­śnie­nie mia­ło tyle sen­su, co pod­cie­ra­nie się po­krzy­wą, ale jed­no wy­da­wa­ło się ja­sne.

— Ta dziew­czy­na jest sza­lo­na.

— Zga­dza się. Ale nie znam dru­gie­go ta­kie­go zwia­dow­cy jak ona. Tyl­ko cza­sem, gdy jest zmę­czo­na albo zde­ner­wo­wa­na…

— Albo dłu­go nie wi­dzi słoń­ca.

— Wła­śnie. Wte­dy lek­ko od­pły­wa. No i w cza­sie wal­ki. W cza­sie wal­ki za­wsze.

— Opę­ta­na?

Na po­gra­ni­czu, gdzie ple­mien­na ma­gia była rów­nie czę­sto w uży­ciu jak do­pusz­cza­ne przez Wiel­ki Ko­deks aspek­to­wa­ne cza­ry, po­wia­da­no, że sza­leń­cy to otwar­te drzwi dla du­chów i de­mo­nów. W Im­pe­rium ta­kich lu­dzi eg­zor­cy­zmo­wa­no, za­my­ka­no w wie­żach lub w osta­tecz­no­ści za­bi­ja­no. Ale tu­taj? W tym dziw­nym kra­ju, po­środ­ku re­be­lii? Kto wie, ja­kim dzi­wa­dłom po­zwo­lo­no tu żyć.

Sama je­steś dzi­wa­dłem, po­my­śla­ła. Gdy­by nie cza­ar­dan i La­skol­nyk, pew­nie wy­ła­byś przy­ku­ta do ścia­ny w ja­kimś świą­tyn­nym szpi­ta­lu. Albo spło­nę­ła na sto­sie.

Luka po­krę­cił gło­wą.

— Nie. Zna­leź­li­śmy ją w Uswarr. W ko­pal­ni zło­ta, któ­rą wy­zwo­li­li­śmy… któ­rą pró­bo­wa­li­śmy wy­zwo­lić — coś dziw­ne­go sta­ło się z jego gło­sem i oczy­ma. Jak­by lód skuł jed­no i dru­gie. — Za kwa­drans ru­sza­my! — roz­darł się na­gle. — Chcesz po­słu­chać?

Kha-dar wy­dał wy­raź­ne po­le­ce­nie, słu­chać i za­pa­mię­ty­wać, co wszy­scy mó­wią. Zbie­rać in­for­ma­cje nie tyl­ko o tym, jak licz­na i uzbro­jo­na jest ar­mia nie­wol­ni­ków, ale też jacy lu­dzie ją two­rzą. Jed­nak­że nie była pew­na, czy taka hi­sto­ria bę­dzie mia­ła ja­ką­kol­wiek war­tość.

— A po co?

We­te­ran wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Że­byś wie­dzia­ła, z kim masz do czy­nie­nia, jak ro­zu­miem? Że­byś na­stęp­nym ra­zem, je­śli Koło bę­dzie się dziw­nie za­cho­wy­wać, nie pró­bo­wa­ła jej ode­pchnąć albo ude­rzyć, jak ro­zu­miem? Nie chciał­bym tłu­ma­czyć się ge­ne­ra­ło­wi z two­jej śmier­ci.

Aku­rat. Koło nie dość, że była od niej tro­chę niż­sza i chy­ba lżej­sza, to nie wy­cho­wy­wa­ła się na Ste­pach ani nie wal­czy­ła z ban­dy­ta­mi i Se-koh­land­czy­ka­mi pod do­wódz­twem naj­lep­sze­go ka­wa­le­rzy­sty Im­pe­rium.

— Nie uśmie­chaj się tak. Wi­dzia­łaś ją w wal­ce?

— A ty mnie?

— Je­steś w cza­ar­da­nie La­skol­ny­ka, wie­rzę, że do­brze ro­bisz sza­blą i szy­jesz z łuku, jak ro­zu­miem. Ale wi­dzia­łem raz, jak Koło prze­gry­zła do­ro­słe­mu męż­czyź­nie gar­dło.

— Zę­ba­mi?

— Nie, dupą. Ja­sne, że zę­ba­mi. — Sta­ry żoł­nierz prze­niósł spoj­rze­nie na las, po­dra­pał się po gło­wie, skrzy­wił. — Uswarr było ko­pal­nią zło­ta pod sa­my­mi Ma­gar­ha­mi. Cięż­ką ko­pal­nią, twar­de ska­ły, żyły zło­to­no­śniej rudy wci­śnię­te mię­dzy war­stwy gra­ni­tu jak żaba roz­gnie­cio­na przez ka­mień, nie­któ­re gru­be le­d­wo na sto­pę. W ta­kich ko­pal­niach pra­cu­je dużo dzie­ci. Nie­wol­ni­czych dzie­ci, ro­zu­miesz? Mat­ki na plan­ta­cjach mó­wią: le­piej, że­bym cię mar­two uro­dzi­ła, niż że­byś do ko­pal­ni tra­fił. Le­piej, żeby cię na polu za­tłu­kli. A Uswarr było naj­gor­szą z nich. Ko­pal­ni, ro­zu­miesz? Zjeż­dża­ło się ja­kieś sto stóp pod zie­mię, tam był głów­ny tu­nel, dłu­gi na ćwierć mili, a od nie­go od­cho­dzi­ły na boki czar­ne dziu­ry w ska­le, któ­re po­ły­ka­ły dzie­cia­ki i nie wy­pusz­cza­ły ich ni­g­dy z po­wro­tem. Jak tam któ­ryś tra­fił, da­wa­li mu mło­tek i dłu­to, kil­ka wor­ków na rudę i ka­za­li ko­pać. Je­dze­nie i wodę do­sta­wa­li, tyl­ko gdy wy­czoł­ga­li się z urob­kiem. Po­dob­no nie­któ­re tu­ne­le mia­ły po kil­ka­set łok­ci dłu­go­ści i były ta­kie sze­ro­kie. — Roz­ło­żył ręce na dwie sto­py. — Ro­zu­miesz. Jak gliz­dy w zie­mi, dzie­cia­ki ryły dziu­ry tak, jak pro­wa­dzi­ły je zło­ża rudy, i ni­g­dy nie wy­cho­dzi­ły na po­wierzch­nię.

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)