Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Gdzieś po czterech godzinach jazdy zatrzymali się nad strumieniem, właściwie niewielką rzeczką, gdzie pozwolono im zdjąć opaski, zsiąść z koni i rozprostować nogi.
Członkowie czaardanu obserwowali oddział niewolników z ciekawością, ale bez nachalności. Z kilkudziesięciu ludzi zostało tylko piętnastu, reszta zniknęła, rozpłynęła się w lesie. Zapewne wrócili do pilnowania Pomwe. W tej chwili towarzyszyło im trzech weteranów, w tym siwobrody Luka-wer-Klytus, i tuzin lekkozbrojnych. Wszyscy działali sprawnie i szybko, napojono konie, rozdano suchary i po garści suszonych owoców. Postój miał być krótki.
— Nie boisz się, że spadniesz z takiego wielkiego konia?
Kailean aż drgnęła. Do licha, nie spodziewała się, że ktoś da radę tak ją podejść. Obok niej stała Koło, dziewczyna, którą Janne poderwał z ziemi kilka godzin wcześniej.
— Cicha jesteś. A jego mocno ściskam nogami — rzuciła wyświechtany tekst, pochylając się i poprawiając popręg.
— Aha — szczupła twarz zmarszczyła się w zamyśleniu, jakby Koło potrzebowała chwili, by przyswoić sobie tak proste stwierdzenie. Potem posłała jej szeroki uśmiech. — Mocne uda. A konie są smaczne. Jadłym.
Jadłym? Co to znaczy? Kpiła? Nabijała się z niej, odgrywając za to, że to właśnie ją schwytali? Czarne oczy miały absolutnie niewinny wyraz, jednak coś w tej twarzy sprawiało, że Kailean poczuła się nieswojo. Na dodatek meekh dziewczyny był dziwny, nosowy, szeleszczący, wcześniej odzywała się inaczej, bez takiego akcentu.
— Koło? — Siwobrody weteran podszedł do nich szybko, ale w jego ruchach była jakaś ostrożność. — To są przyjaciele.
Dziewczyna uśmiechnęła się, a Berdeth, którego Kailean przywołała przed chwilą, nagle przesłał jej całą gamę emocji – niepokój, strach, gniew. Zupełnie jakby zaraz mieli ruszyć do bitwy. W uśmiechu Koła było coś niepokojącego. Widziała już takie grymasy na twarzach ludzi ogarniętych szałem walki, pijanych krwią i śmiercią.
— Koło! — Luka-wer-Klytus złapał czarnooką za ramię, obrócił ku sobie i powiedział powoli — to przyjaciele. Nie one. Rozumiesz?
— Nosi żelazo. — Szczupła dłoń wyciągnęła się w stronę Kailean, dotknęła kolczugi.
— Ja też. Idź. Idź sprawdzić, czy droga przed nami jest czysta. — Pchnął dziewczynę lekko. — No, idź!
Koło wzdrygnęła się, przetarła oczy, uśmiechnęła jeszcze raz, już normalnie, po czym w kilku susach z kamienia na kamień przeskoczyła rzeczkę i już jej nie widzieli.
Kailean patrzyła, jak dziewczyna się porusza, z każdym krokiem inaczej, jakby zrzucała z siebie jakiś balast, po czym warknęła:
— Co to, do cholery, było?
Mężczyzna nie odrywał wzroku od ściany lasu, a wyraz jego twarzy był dziwnie miękki.
— Nie co, tylko kto — poprawił ją cicho. — Koło, jak rozumiem. Zazwyczaj nie zdarza jej się to w dzień, ale jest zdenerwowana, bo ją schwytaliście, a poza tym od kilku godzin nie widzieliśmy słońca. Wkrótce dojdzie do siebie, jak rozumiem.
No tak. Koło. Nie widziała słońca i była zdenerwowana. Oczywiście. To wyjaśnienie miało tyle sensu, co podcieranie się pokrzywą, ale jedno wydawało się jasne.
— Ta dziewczyna jest szalona.
— Zgadza się. Ale nie znam drugiego takiego zwiadowcy jak ona. Tylko czasem, gdy jest zmęczona albo zdenerwowana…
— Albo długo nie widzi słońca.
— Właśnie. Wtedy lekko odpływa. No i w czasie walki. W czasie walki zawsze.
— Opętana?
Na pograniczu, gdzie plemienna magia była równie często w użyciu jak dopuszczane przez Wielki Kodeks aspektowane czary, powiadano, że szaleńcy to otwarte drzwi dla duchów i demonów. W Imperium takich ludzi egzorcyzmowano, zamykano w wieżach lub w ostateczności zabijano. Ale tutaj? W tym dziwnym kraju, pośrodku rebelii? Kto wie, jakim dziwadłom pozwolono tu żyć.
Sama jesteś dziwadłem, pomyślała. Gdyby nie czaardan i Laskolnyk, pewnie wyłabyś przykuta do ściany w jakimś świątynnym szpitalu. Albo spłonęła na stosie.
Luka pokręcił głową.
— Nie. Znaleźliśmy ją w Uswarr. W kopalni złota, którą wyzwoliliśmy… którą próbowaliśmy wyzwolić — coś dziwnego stało się z jego głosem i oczyma. Jakby lód skuł jedno i drugie. — Za kwadrans ruszamy! — rozdarł się nagle. — Chcesz posłuchać?
Kha-dar wydał wyraźne polecenie, słuchać i zapamiętywać, co wszyscy mówią. Zbierać informacje nie tylko o tym, jak liczna i uzbrojona jest armia niewolników, ale też jacy ludzie ją tworzą. Jednakże nie była pewna, czy taka historia będzie miała jakąkolwiek wartość.
— A po co?
Weteran wzruszył ramionami.
— Żebyś wiedziała, z kim masz do czynienia, jak rozumiem? Żebyś następnym razem, jeśli Koło będzie się dziwnie zachowywać, nie próbowała jej odepchnąć albo uderzyć, jak rozumiem? Nie chciałbym tłumaczyć się generałowi z twojej śmierci.
Akurat. Koło nie dość, że była od niej trochę niższa i chyba lżejsza, to nie wychowywała się na Stepach ani nie walczyła z bandytami i Se-kohlandczykami pod dowództwem najlepszego kawalerzysty Imperium.
— Nie uśmiechaj się tak. Widziałaś ją w walce?
— A ty mnie?
— Jesteś w czaardanie Laskolnyka, wierzę, że dobrze robisz szablą i szyjesz z łuku, jak rozumiem. Ale widziałem raz, jak Koło przegryzła dorosłemu mężczyźnie gardło.
— Zębami?
— Nie, dupą. Jasne, że zębami. — Stary żołnierz przeniósł spojrzenie na las, podrapał się po głowie, skrzywił. — Uswarr było kopalnią złota pod samymi Magarhami. Ciężką kopalnią, twarde skały, żyły złotonośniej rudy wciśnięte między warstwy granitu jak żaba rozgnieciona przez kamień, niektóre grube ledwo na stopę. W takich kopalniach pracuje dużo dzieci. Niewolniczych dzieci, rozumiesz? Matki na plantacjach mówią: lepiej, żebym cię martwo urodziła, niż żebyś do kopalni trafił. Lepiej, żeby cię na polu zatłukli. A Uswarr było najgorszą z nich. Kopalni, rozumiesz? Zjeżdżało się jakieś sto stóp pod ziemię, tam był główny tunel, długi na ćwierć mili, a od niego odchodziły na boki czarne dziury w skale, które połykały dzieciaki i nie wypuszczały ich nigdy z powrotem. Jak tam któryś trafił, dawali mu młotek i dłuto, kilka worków na rudę i kazali kopać. Jedzenie i wodę dostawali, tylko gdy wyczołgali się z urobkiem. Podobno niektóre tunele miały po kilkaset łokci długości i były takie szerokie. — Rozłożył ręce na dwie stopy. — Rozumiesz. Jak glizdy w ziemi, dzieciaki ryły dziury tak, jak prowadziły je złoża rudy, i nigdy nie wychodziły na powierzchnię.