Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- Do zobaczenia za miesiąc - powiedział, wychodząc.
Było więc jasne, że nie chodziło w tym interesie o ziółka. Chociaż opium to też zioło, co nie?
Dzień drugi minął mi tak samo jak pierwszy. W tym czasie zdołałem się jednak wywiedzieć, że Hodesz, przed którym miałem ochraniać Aksmajlowa, był przybyszem skądś ze wsi, który w krótkim czasie rozpanoszył się w Damarkandzie na kilku ulicach i teraz próbował oficjalnie wywalczyć sobie własny kwartał. Jego specjalnością była ochrona, co potrafiło przynieść wcale niezłe zyski komuś, kto jest pozbawiony zbędnych skrupułów. Wnioskując z opowieści kramarzy i rzemieślników, którym połamał ręce i nogi, jego ten problem nie dotyczył.
W południe zjawił się Mózg w towarzystwie Duvala. Parlego gdzieś zostawili. Pewnie siedział w lombardzie i żałował, że w tym upale nie dali mu pospacerować na zewnątrz.
- Jak idzie? - spytał Mózg.
- Dobrze. - Wzruszyłem ramionami. - Siedzę spokojnie na dupie i zarabiam moją drugą dyszkę.
- Pierwszą - sprzeciwił się. - Dychę dostajesz za akcję w pojedynkę, a tak jak dziś, to jest tylko za złotego.
Brał mnie ewidentnie za jakiegoś chłopka-roztropka i myślał, że będzie mógł zgarnąć do kieszeni kasę za moją ciężką pracę.
- Jeśli chcecie zamienić się na robotę, wasza sprawa, ale ja się z Bandarillem umówiłem na dychę dziennie i swoje pieniądze dostanę. Podejrzewam nawet, że właśnie przyszliście z moją wypłatą.
Duval zrobił zabawną minę, Mózg z kolei przybrał dość żałosny wyraz pyska. Po krótkiej chwili zmagania się z samym sobą położył jednak na stół dwadzieścia złotych.
- Łatwy zarobek - powiedziałem, chowając pieniądze.
- Żebyś zaraz nie musiał zmienić zdania - rzucił mi w twarz i już go nie było.
- Hodesz ma ostrych chłopaków - ostrzegł mnie Duval na odchodnym.
Mało mnie to zaskoczyło. Gdyby było inaczej, Bandarillo nie zgodziłby się tak chętnie na moje warunki.
- Jesteście tu nowy? - zapytał mnie podejrzliwie Aksmajlow.
Ciąg dalszy rozmowy przerwał nam dzwonek przy drzwiach. Tykowaty młodzieniec nie wyglądał na typowego klienta sklepu zielarskiego.
- Chciałbym… chciałbym coś do palenia. Coś dobrego, coś przyjemnego - wydukał wreszcie.
Aksmajlow natychmiast przybrał usłużną pozę.
- Khat? - Wyciągnął spod lady małą paczuszkę. - Czy może coś lepszego? Mam tutaj coś nowego, po promocyjnej cenie.
Zauważyłem, że młodzian w nerwowych palcach obraca trzy srebrniki.
- Za trzy srebrne możesz dostać dwie porcje, a jeśli po nich ta dziewczyna nie nabierze chęci, dostaniesz jeszcze jedną za pół ceny.
Chłopak podał Aksmajlowowi pieniądze, w zamian odebrał dwa brązowe papierosy wypełnione haszyszem, opium czy może jakąś mieszanką i wyparował.
- Duże zamówienia, nie powiem, to podstawa, ale cenić trzeba i drobny zarobek. - Aksmajlow uśmiechnął się do mnie.
Racji nie mogłem mu odmówić.
- No i do tego zyskuję w ten sposób nowych stałych klientów, którzy przychodzą do mnie bez względu na to, kto akurat rządzi okolicą.
Cwaniurka. Już wiedziałem, z czego postawił tak wystawny dom.
Siadłem z powrotem w swoim kącie i zacząłem kimać. Dzwonek odzywał się raz po raz, ale nawet nie chciało mi się otwierać oczu. Jednak na chwilę przed zamknięciem sklepu rozległo się dzwonienie zupełnie inne. Agresywniejsze, niosące groźbę. Było ich trzech. Takie chłopaki zawsze chadzają w kupie, tak na wszelki wypadek, gdyby ofierze przyleciała z pomocą na przykład żona.
- Dostałeś termin, termin minął. Płać - powiedział ten środkowy. Wyglądał na szybkiego chojraka, takiego, który w bójce potrafił zrobić użytek i z rąk, i z nóg, kiedy było trzeba.
- Wyciągaj broń, do cholery! - wrzasnął na mnie Aksmajlow, po czym sam uskoczył w najdalszy kąt.
- Kiedy nie mam - odparłem, pokazując puste ręce.
Ożywili się w mgnieniu oka, ani się człowiek obejrzał, a już trzymali w dłoniach długie na przedramię pały. Widocznie nie byli zainteresowani uczciwą walką. Błąd. Ich szef się wycofał, pewnie nie chcąc odbierać przyjemności kolegom.
- Idę, idę już - mamrotałem, kiedy zgarbiony człapałem w ich stronę. W moim długim płaszczu musiałem wyglądać jak jakiś tłusty safanduła. - Bandarillo nic nie mówił, że będzie was trzech - marudziłem niezadowolony.
- Nie bój się, grubasie, jeden z nas wystarczy, żeby ci dać nauczkę - powiedział ten po prawej, uderzając pałką w otwartą dłoń. Moment później już za nią chwyciłem i szarpnąłem krótko do siebie. Siła bezwładu obróciła go i wypchnęła ramię do góry, wystarczyło oszczędne uderzenie drugą ręką i złamałem bandycie łokieć. Zrobiłem krok w bok, aby uciec przed pałą drugiego, co mi się prawie udało. Poczułem ją na brzuchu, ale na tym się skończyło, uderzenie nie było zbyt silne. Zanim zdołał zamachnąć się po raz wtóry, zdążyłem już do niego przyskoczyć i zyskać taktyczną przewagę za pomocą zaciśnięcia palców na jego gardle. Musiała to być przewaga wystarczająca, bo natychmiast przestał się rzucać.
Ich szef nie dał się zaskoczyć. Pozostawił Aksmajlowa, a zamiast tego skoczył na mnie z obnażonym sztyletem o ostrzu tak pofalowanym, że chyba wykuł go ktoś pod silnym wpływem napojów. Nie byłem w nastroju na przekomarzanki, więc po prostu naparłem na niego jego kompanem, po czym obu docisnąłem do lady.
Sztylet musiał być ostry, bo przeszedł przez ciało na wylot. Przebity przez chwilę jeszcze krzyczał, zalewając wszystko dookoła potokami krwi, jego kumpel pod spodem jedynie gapił się w szoku, a ten ze złamaną ręką głośno lamentował.
- To by sprawę załatwiało, nie? - Popatrzyłem na Aksmajlowa.
- Przyszli po mnie, a ty jesteś sam jeden! - darł się wniebogłosy, oszalały ze strachu do tego stopnia, iż nawet nie zauważył, że już po wszystkim.
Przywódca tamtej trójki wydostał się wreszcie spod ciała swojego kompana, ku memu zaskoczeniu trzymając w ręku nóż. Musiał ściągnąć z lady jeden z Aksmajlowych, służący do siekania korzonków na nadzwyczaj drobne cząstki, jak głosił wiszący przed wejściem szyld.
Wściekłość dodała mu animuszu, a do tego był naprawdę całkiem szybki. Uniosłem rękę, w którą dla pewności złapałem jakiś zydel, i bezceremonialnie zmiotłem sprzed mojej twarzy jego dłoń z nożem. Zanim się pokapował, co się stało, zarobił cios pięścią, który jeszcze poprawiłem łokciem. Poleciawszy do tyłu, łupnął o ścianę, po czym padł bez ruchu na ziemię.
- Zadowolony? - zwróciłem się znów do Aksmajlowa.
- Zróbcie im coś takiego, żeby już tu na pewno nie wrócili! - domagał się.
Złapałem tego ze złamanym łokciem i skręciłem mu kark. Woń ziółek definitywnie przegrała bój o powietrze ze smrodem wymiocin.
- Już dziś nikt więcej nie przyjdzie, więc się zwijam - pożegnałem się i zostawiłem handlarza sam na sam z trzema trupami na podłodze. Co z nimi zrobi, to mnie już nie interesowało. Ja dniówkę zarobiłem.
- A zatem zabiliście trzech ludzi Hodesza - mruknął Bandarillo.
Jego ochroniarze przyglądali mi się z większą uwagą niż ostatnim razem. Mózg, który mnie tu znów przyprowadził, zażarcie kiwał głową, próbując w jakiś sposób przydać sobie współudziału w sprawie.
Milczałem, bo nie było tu nic do dodania.
- Chodziło o to, żeby go wystraszyć, a wyszło z tego wypowiedzenie wojny. Teraz będzie myślał, że za każdą cenę chcemy go zniszczyć.
Mózg natychmiast ode mnie odskoczył, jakby nie chciał mieć ze mną nic wspólnego.
- Rzekliście, że mam wychodzić naprzód czy jakoś tak - przypomniałem mu. - Znaczy do klienta. Aksmajlow chciał się ich pozbyć i poprosił mnie o pomoc. Możecie mu to policzyć ekstra, za specjalne usługi.