Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 87
Перейти на страницу:

Kiedy ponownie zwróciłem wzrok na Dirka, on również się śmiał. Śmiech ten mówił: jestem rozpalonym do czerwoności przez adrenalinę maniakiem szybkiej jazdy, który tak pragnie niebezpieczeństw, jak inni mężczyźni pragną kobiet i wina. Często podejmuję zawrotne ryzyko i na dobrą sprawę już dawno powinienem był zginąć. Moje dni są policzone.

Powtórzyli to ćwiczenie trzy razy, za każdym podchodząc dodatkowy metr w górę stoku, aż wreszcie Dirk przegrał z własną tuszą i małżonkowie wycofali się do restauracji na lunch. Kiedy ruszyli ciężkim krokiem w dół stoku, ja spojrzałem w górę, szukając wzrokiem córek. Miałem nadzieję, że uda mi się ocenić poziom ich umiejętności narciarskich, a co za tym idzie odległość, na jaką przeciętnie mogłyby się oddalić w ciągu dnia. Gdyby jeździły dziwnie wyprostowane jak tyczki, spodziewałbym się, że zostaną na niższych stokach, trzymając się w pobliżu rodziców. Gdyby potrafiły jeździć i gdyby nienawidziły — Dirka i Rhony choć w połowie tak, jak na to wyglądało, znajdowałyby się już na Węgrzech.

Nigdzie ich nie dostrzegłem. Już miałem się odwrócić i zjechać w dół, kiedy zauważyłem mężczyznę stojącego na wierzchołku nade mną i patrzącego się w dolinę. Znajdował się za daleko, abym mógł wyczytać coś z jego twarzy, ale mimo wszystko w idiotyczny sposób wyróżniał się z tłumu. I to nie tylko dlatego, że nie miał ani nart, ani kijków, ani butów narciarskich, ani okularów przeciwsłonecznych, ani nawet wełnianej czapki.

Tym, co wyróżniało go z tłumu, był brązowy płaszcz przeciwdeszczowy kupiony z ogłoszenia znalezionego na ostatnich stronach „Sunday Express”.

Rozdział 18

Ta noc schorzały dzień mi przypomina.

William Shakespeare

— Kto pociągnie za spust?

Solomon musiał poczekać na odpowiedź.

Tak naprawdę musiał czekać na każdą odpowiedź, ponieważ w przeciwieństwie do niego znajdowałem się na lodowisku. Wykonanie jednego kółka i udzielenie odpowiedzi zabierało mi około trzydziestu sekund, tak więc co rusz nadarzała się okazja, aby go zirytować. Nie żebym potrzebował wielu okazji, rozumiecie. Dajcie mi tylko tycią okazję, a doprowadzę was do szału.

— Masz na myśli spust w znaczeniu przenośnym? — zapytałem, mijając go.

Zerknąłem przez ramię i zobaczyłem, że Solomon uśmiechnął się i podniósł lekko podbródek niczym pobłażliwy ojciec, a następnie wrócił do oglądania curlingu.

Kolejne okrążenie. Z głośników ryczała radosna szwajcarska melodia umpaumpa.

— Mam na myśli spust, panie. Właśnie ten…

— Ja.

I znów odjechałem.

Bez wątpienia udało mi się załapać, o co chodzi w jeżdżeniu na łyżwach. Zacząłem naśladować finezyjną przeplatankę sunącej przede mną młodej Niemki i wychodziła mi — ona zupełnie dobrze. Zacząłem też powoli za nią nadążać, co sprawiało mi przyjemność. Musiała mieć około sześciu lat.

— Karabin? — to znów Solomon. Mówił, zasłaniając usta dłońmi; wyglądało, jakby w nie chuchał.

Tym razem na odpowiedź musiał zaczekać dłużej, ponieważ przewróciłem się na drugim końcu lodowiska i przez jedną czy dwie chwile miałem wrażenie, że złamałem sobie miednicę. Okazało się jednak, że nie. A szkoda, bo rozwiązałoby to wszystkie moje problemy.

Węszcie dojechałem do niego.

— Przyjedzie jutro — powiedziałem.

Prawda wyglądała akurat nieco inaczej. Ale w okolicznościach towarzyszących tej szczególnej formie składania meldunku powiedzenie całej prawdy zajęłoby około półtora tygodnia.

Karabin nie przejeżdżał jutro. Jego części znajdowały się już na miejscu.

W dużej mierze za moją namową Francisco zgodził się na pm L96A1. Wiem, nazwa nie brzmi specjalnie efektownie, a nawet niespecjalnie wpada w ucho, ale pm nazywany w armii brytyjskiej „zieloną pukawką” — przypuszczalnie dlatego, że jest zielony i jest pukawką — wystarczająco dobrze wypełnia swoje zadanie. Zadaniem tym jest wystrzelenie naboju 7, 62 milimetra z dostateczną celnością, aby zapewnić wyszkolonemu, choć okazjonalnemu strzelcowi, którym z całą pewnością miałem zostać, pewność trafienia w cel z odległości pięciuset pięćdziesięciu metrów.

Poinformowałem Francisca, że nie zdecyduję się na karabin, jeżeli jego rozrzut, niezależnie od gwarancji producenta, wyniesie choć cal na dystansie dwustu metrów (mniej w razie bocznego wiatru).

Udało mu się zdobyć „zieloną pukawkę” w wersji rozkładanej lub, jakby to woleli określić producenci, w postaci „dyskretnego karabinka snajperskiego”. Innymi słowy, przewozi się go w częściach, a większość części znajdowała się już w Mürren. Skrócona luneta dotarła jako dwustumilimetrowy obiektyw w aparacie Bernharda z ukrytą w środku oprawką; zamek występował w roli rączki brzytwy Hugona, podczas gdy Latifie udało się przewieźć dwa naboje Remington Magnum w obcasach idiotycznie drogiej pary butów z lakierowanej skóry. Brakowało nam jedynie lufy, która miała przyjechać do Wengen na dachu alfy romeo Francisca — razem z innymi podłużnymi przyrządami, których ludzie używają do uprawiania sportów zimowych.

Cyngiel przywiozłem sam w kieszeni spodni. Zapewne nie wykazałem się specjalną pomysłowością.

Postanowiliśmy obejść się bez osady i muszki, ponieważ trudno je ukryć, a szczerze mówiąc, nie są konieczne. Podobnie jak dwójnóg. Broń palna to w ostatecznym rozrachunku rurka, kawałek ołowiu i odrobina prochu. Obłożenie jej dużymi ilościami włókien węglowych i przyczepienie na dole kilku pasków nie sprawi, że osoba, do której się strzela będzie bardziej martwa. Jedynym koniecznym dodatkiem, który czyni broń naprawdę śmiercionośną — a na szczęście trudno go zdobyć, nawet w naszym podłym Starym Świecie — jest ktoś gotowy wymierzyć i wystrzelić.

Ktoś taki, jak ja.

Solomon nie powiedział mi niczego o Sarze. Ani słowa. Jak się czuła, gdzie przebywała — wystarczyłaby mi nawet informacja, co miała na sobie, kiedy widział ją po raz ostatni.

Być może Amerykanie zakazali mu przekazywania mi jakichkolwiek informacji. Dobrych albo złych. „Słuchaj, Dawidzie, słuchaj uważnie. Przeprowadzona przez nas analiza profilu psychologicznego Langa sugeruje negatywną reakcję na przychodzące dane miłosne”. Coś w tym stylu. Z dodatkiem kilku zwrotów w rodzaju „Skopmy im tyłki”. Ale z drugiej strony Solomon znał mnie na tyle dobrze, żeby samodzielnie podjąć decyzję, co może mi powiedzieć, a czego nie może. Nie powiedział nic, więc albo nie miał żadnych informacji na temat Sary, albo nie miał dobrych wieści. Możliwe jednak, że głównym powodem, dla którego nie powiedział mi nic na jej temat, a główny powód to zawsze powód najprostszy, był fakt, iż go o to nie zapytałem.

Sam nie wiem dlaczego.

Zastanawiałem się nad tym, leżąc w wannie w swoim pokoju w Eiger. Odkręcałem kurki stopami i dolewałem sobie co kwadrans pół litra lub litr gorącej wody. Możliwe, że bałem się tego, co mogę usłyszeć. A może brałem pod uwagę ryzyko związane z sekretnymi spotkaniami z Solomonem; wydłużając je pogaduszkami na temat ludzi, którzy zostali w domu, narażałem na niebezpieczeństwo jego i swoje życie. Ten powód wydał mi się jednak odrobinę wątpliwy.

A może po prostu los Sary przestał mnie obchodzić? Do tego wyjaśnienia doszedłem na końcu, krążąc wokół niego ostrożnie, przyglądając mu się, trącając je od czasu do czasu zaostrzonym patykiem, aby przekonać się, czy wstanie i mnie ugryzie. Być może tylko udawałem przed sobą, że zaangażowałem się w operację z powodu Sary, podczas gdy w rzeczywistości powinienem w końcu przyznać, że odkąd przystąpiłem do Miecza Sprawiedliwości, poznałem ciekawych ludzi, odnalazłem głębszy cel w życiu i miałem więcej powodów, aby wstać rano z łóżka.

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)