Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
To oczywiście było kompletnie nieprawdopodobne.
To czysty absurd.
Położyłem się z powrotem do łóżka i zasnąłem snem zmęczonego.
Było zimno. Na to właśnie zwróciłem najpierw uwagę, kiedy rozsunąłem zasłony. Zimne, szare, „nie zapomina), że jesteśmy w Alpach, synku” zimno. Na naszą korzyść przemawiał fakt, że niska temperatura mogła zatrzymać bardziej opieszałych narciarzy w łóżkach, ale jednocześnie spowolniłaby moje palce do 33 obrotów na minutę i niezwykle utrudniłaby, jeżeli w ogóle uniemożliwiła, celowanie. Co gorsza, odgłos strzału niósłby się na większą odległość.
„Zielona pukawka” nie jest szczególnie głośną bronią — w odróżnieniu od ml6, którego wystrzał śmiertelnie przeraża ludzi, zanim w ogóle doleci do nich pocisk — kiedy jednak trzyma się ją w ręku i ustawia celownik na szanowanym europejskim mężu stanu, zaczyna się zwracać uwagę na takie drobiazgi jak hałas. W istocie zaczyna się zwracać uwagę na wszystko. Pragnie się, aby ludzie łaskawie odwrócili wzrok w inną stronę. Kiedy naciska się spust, wiedząc, że w promieniu pół mili filiżanki zatrzymają się w połowie drogi do ust, otworzą się uszy, podniosą brwi, a z kilkuset ust wyleją się w kilku tuzinach języków słowa: „A co to, kurwa, było?”, to taka świadomość zaczyna odrobinę przeszkadzać. W tenisie nazywa się to paraliżem przed wykonaniem uderzenia. Nie mam pojęcia, jak się na to mówi w przypadku zamachu na czyjeś życie. Prawdopodobnie paraliż przed oddaniem strzału.
Zjadłem obfite śniadanie, uzupełniając zapasy kalorii na wypadek, gdyby moja dieta miała się radykalnie zmienić w ciągu następnych dwudziestu czterech godzin i pozostać na niższym poziomie do czasu, aż broda mi posiwieje. Następnie zszedłem do piwnicy, gdzie znajdowała się narciarnia. Zastałem tam uchachaną rodzinę Francuzów, sprzeczających się, kto ma czyje rękawiczki, gdzie się podział krem do opalania, dlaczego buty narciarskie tak bardzo uwierają. Usadowiłem się jak najdalej od nich i zająłem się przygotowaniem sprzętu.
Aparat fotograficzny Bernharda dużo ważył i dziwnie wyglądał. Sprawiał mi ból za każdym razem, kiedy obijał się o moją klatkę piersiową, przy tym wydawał się dwa razy bardziej fałszywy niż w rzeczywistości. Zamek karabinu i jeden nabój schowałem do nylonowej torebki uwiązanej w pasie, a lufę wcisnąłem w jeden z kijków narciarskich — oznaczony czerwoną kropką na rączce na wypadek, gdybym nie potrafił odróżnić kijka ważącego sto siedemdziesiąt gramów od tego ważącego ponad półtora kilograma. Pozostałe trzy naboje wyrzuciłem przez okno w łazience, wychodząc z założenia, że jeden musi mi wystarczyć, w przeciwnym razie znajdę się w jeszcze większych tarapatach — a nie sądziłem, abym mógł sobie poradzić z większymi tarapatami. Zmarnowałem minutę na wyczyszczenie paznokci czubkiem cyngla, a następnie owinąłem starannie ten mały kawałek metalu w papierową serwetkę i wepchnąłem go do kieszeni.
Wstałem, wziąłem głęboki oddech i przeczłapałem obok la familie do toalety.
Człowiek skazany na śmierć zwymiotował solidne śniadanie.
Latifa zatknęła okulary przeciwsłoneczne na czubku głowy, co znaczyło „bądź w pogotowiu”, co nie znaczyło nic. Brak okularów — rodzina Van Der Hoewe gra w pchełki w hotelu. Okulary na nosie znaczyły, że udali się na stok.
Okulary na czubku głowy znaczyły: oni mogą, ty możesz, ja mogę, cokolwiek może.
Przeciąłem podnóże oślej łączki, kierując się ku stacji kolejki linowej. Zastałem tam Hugona ubranego w pomarańcze i turkusy. On również miał okulary przeciwsłoneczne na czubku głowy.
Pierwsze, co zrobił, to popatrzył na mnie.
Mimo wszystkich pogadanek, całego szkolenia, ponurego przytakiwania wskazówkom wygłaszanym przez — Francisca — mimo tego wszystkiego, Hugo patrzy! prosto na mnie. Zorientowałem się natychmiast, że nie przestanie, dlatego odwzajemniłem spojrzenie, licząc, że w ten sposób zakończę sprawę.
Oczy mu błyszczały. Nie da się tego inaczej opisać. Błyszczały z radości, podniecenia i gotowości, jak u dziecka w Wigilię.
Sięgnął dłonią do ucha i poprawił słuchawkę walkmana. Typowy entuzjasta narciarstwa, można by się skrzywić z niechęcią na jego widok; nie wystarczy takiemu, że sunie na nartach przez najpiękniejszy pejzaż na ziemskim padole, musi jeszcze przesłonić go sobie piosenkami Guns N'Roses. Prawdopodobnie sam bym się zdenerwował, widząc te słuchawki, gdybym nie wiedział, że tak naprawdę były podłączone do umieszczonej na biodrze krótkofalówki i że po drugiej stronie Bernhard nadawał swego rodzaju prognozę pogody dla statków.
Uzgodniliśmy, że nie będę miał przy sobie radia. Rozumowaliśmy w ten sposób, że gdybym został złapany — Latifa ścisnęła moje ramię, kiedy Francisco to powiedział — nikt nie będzie miał powodu przypuszczać, że mam wspólników.
Tak więc mogłem polegać jedynie na Hugonie i jego błyszczących oczach.
Na szczycie Schilthornu, na wysokości nieco powyżej trzech tysięcy metrów, położona jest, lub postawiona, restauracja Piz Gloria; zadziwiający melanż szkła i metalu. Za równowartość porządnego samochodu sportowego można tam usiąść i wypić kawę, a w bezchmurny dzień rozkoszować się widokiem na co najmniej sześć państw.
Jeżeli mamy ze sobą choć trochę wspólnego, spędzilibyście zapewne większość owego bezchmurnego dnia na zastanawianiu się, o jakie sześć państw chodzi, a gdyby zostało wam jeszcze trochę czasu, poświęcilibyście go — na rozważania, jak u licha mieszkańcy Mürren wznieśli ten budynek i jak wielu z nich musiało zginąć w trakcie. Kiedy widzi się tego typu budowlę, a jednocześnie ma się świadomość, jak długo trzeba czekać, by przeciętny brytyjski przedsiębiorca budowlany przysłał wycenę aneksu kuchennego, zaczyna się podziwiać Szwajcarów.
Restauracja na szczycie Schilthornu znana jest również z tego, że nakręcono w niej kiedyś jeden z filmów o Jamesie Bondzie. Od tego czasu przylgnęła do niej dziwna nazwa Piz Gloria, a najemca uzyskał prawo do sprzedaży pamiątek związanych z agentem 007 każdemu, kto nie zbankrutował, kupując filiżankę kawy.
Krótko mówiąc, każda osoba goszcząca w Mürren po prostu musiała odwiedzić to miejsce, jeżeli tylko miała ku temu sposobność. Rodzina Van Der Hoewe uznała — uprzedniego wieczoru podczas kolacji, na którą podano boeuf en croute — że zdecydowanie taką sposobność mają.
Wysiedliśmy z Hugonem na górnej stacji kolejki linowej i każdy z nas udał się w swoją stronę. Ja wszedłem do środka, westchnąłem i pokręciłem głową, zdumiony schludnością tego wysokogórskiego lokalu, podczas gdy Hugo kręcił się na zewnątrz, paląc papierosa i majstrując przy wiązaniach. Starał się pielęgnować swój image poważnego narciarza, którego interesują wyłącznie strome stoki i sypki śnieg, a w ogóle to nie zawracajcie mi głowy, bo ta solówka na basie brzmi po prostu fantastycznie. Cieszyłem się, że mnie przypadła rola idioty z rozdziawiona gębą.
Napisałem kilka pocztówek — z jakiegoś powodu wszystkie do mężczyzny imieniem Colin — i od czasu do czasu zerkałem na dół na Austrię, Włochy i Francję lub jakieś inne pokryte śniegiem miejsce, aż w końcu kelnerzy zaczęli się irytować. Zacząłem się właśnie zastanawiać, czy dałoby się naciągnąć budżet Miecza Sprawiedliwości na drugą filiżankę kawy, kiedy kątem oka zauważyłem poruszającą się kolorową plamę. Podniosłem wzrok i zobaczyłem Hugona machającego z tarasu widokowego.