Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 95
Перейти на страницу:

Zima tego roku — mroźna i sucha na północnej półkuli — przyszła Wcześnie. Wiatr miotał zmarzniętym kurzem po zabudowanych niskimi gmachami szerokich ulicach Abbenay. Woda do kąpieli podlegała ścisłej reglamentacji; pragnienie i głód stały wyżej od czystości. Pożywienie i odzież dla dwudziestu milionów mieszkańców Anarres pochodziły z fabryk holum, w których przetwarzano liście, nasiona, włókna i korzenie tej rośliny. W magazynach i składach znajdowała się pewna ilość wyrobów włókienniczych, nigdy jednak nie zgromadzono znaczniejszych rezerw żywności.

Woda szła na pola, by żywić rośliny. Niebo nad miastem było bezchmurne i byłoby czyste, gdyby wiatr nie nawiewał żółtego kurzu z południa i zachodu. Czasami, kiedy powiał z północy, od gór Ne Theras, żółta mgła rozpraszała się, odsłaniając lśniące, puste, ciemnoniebieskie przestwory, przechodzące w purpurę u zenitu.

Takver była w ciąży. Chodziła najczęściej śpiąca i łagodnie usposobiona.

— Jestem rybą — mówiła — rybą w wodzie. Pływam w dziecku, które w sobie noszę.

Bywała też przeciążona pracą i głodna z powodu zmniejszonych racji żywnościowych w stołówce. Kobiety ciężarne, podobnie jak dzieci i starcy, otrzymywały codziennie o jedenastej dodatkowy lekki posiłek, ale Takver z powodu napiętego rozkładu swych zajęć często te posiłki traciła. Ona mogła zrezygnować z posiłku, ryby w jej laboratoryjnych zbiornikach — nie. Przyjaciele znosili jej często to, co zdołali zaoszczędzić przy obiedzie albo co zostało w ich stołówkach — nadziewaną bułkę, kawałek owocu.

Pochłaniała te dary z wdzięcznością, dręczył ją jednak stale apetyt na słodycze, tych zaś było jak na lekarstwo. Kiedy była zmęczona, łatwo wpadała w złość i byle co mogło ją wyprowadzić z równowagi.

Późną jesienią Szevek ukończył rękopis Zasad jednoczesności i dał go Sabulowi do akceptacji przed drukiem. Ten trzymał go dekadę, dwie, trzy, ani słowem nie wyrażając swego zdania. Szevek zapytał go na koniec, co sądzi o jego pracy. Tamten odparł na to, że był zbyt zajęty i nie zabrał się jeszcze do lektury. Szevek czekał.

Była połowa zimy. Dzień w dzień wiały suche wiatry; ziemię skuwała zmarzlina. Zdawało się, że wszystko stanęło, zastygło w niepokojącej martwocie, czekając na deszcz, odrodzenie.

W pokoju było ciemno. Światła w mieście zapalono dopiero przed chwilą; jarzyły się słabym blaskiem pod wysokim ciemnoszarym niebem. Weszła Takver, zapaliła lampę i kucnęła w płaszczu przy nagrzewnicy.

— Ale ziąb! Okropność. Stopy mi tak zmarzły, jakbym szła po lodowcu, byłam bliska płaczu po drodze, tak bolały. Przeklęte spekulanckie trepy! Czy my nie potrafimy wyprodukować przyzwoitej pary butów? Dlaczego siedzisz po ciemku?

— Tak sobie.

— Byłeś w stołówce? Ja zjadłam trochę po drodze do domu w Nadwyżkach. Musiałam zostać, wykluły się kukuri i musieliśmy usunąć narybek ze zbiorników, żeby go dorosłe nie pożarły.

Jadłeś coś?

— Nie.

— Nie bądź taki ponury. Błagam, nie bądź dziś ponury. Jeśli coś się dziś jeszcze nie uda, chyba się rozpłaczę. A mam już powyżej uszu tego wiecznego mazania się. Przeklęte głupie hormony!

Chciałabym rodzić dzieci tak, jak to robią ryby — złożyć ikrę, odpłynąć i po wszystkim. Chyba żebym wróciła ją pożreć… Nie siedź tak jak figura z brązu. Nie mogę tego znieść.

Bliska łez, siedziała w kucki w strudze gorącego powietrza z nagrzewnicy, próbując zgrabiałymi palcami rozwiązać buty.

Szevek milczał.

— O co chodzi? Nie możesz tak siedzieć i milczeć!

— Sabul mnie dziś wezwał. Nie zarekomenduje Zasad do opublikowania ani do wysłania.

Przestała się szamotać ze sznurówką; znieruchomiała. Spojrzała na niego przez ramię. Wreszcie spytała:

— Co dokładnie powiedział?

— Recenzja leży na stole.

Podniosła się, szurając jednym butem, podeszła do stołu i — pochyliwszy się nad nim z rękami w kieszeniach palta — przeczytała dokument.

— ”Co do tego, że fizyka następstw w społeczeństwie odońskim leży u podstaw myśli chronozoficznej, zgadzali się wszyscy od Osiedlenia na Anarres. Egoistyczne odstępstwo od tej solidarnie przyjętej zasady doprowadzić może jedynie do jałowego snucia niepraktycznych hipotez bez społecznie organicznego zastosowania bądź do powtarzania zabobonnych, religijnych spekulacji nieodpowiedzialnych, płatnych naukowców z paskarskich państw Urras…” Och, co za spekulant! Ograniczony, zawistny gnojek z gębą pełną Odo! Czy on wyśle tę recenzję do gazet?

— Już to zrobił.

Przyklękła, żeby ściągnąć but. Parę razy zerknęła na Szeveka, ale nie podeszła do niego; przez jakiś czas trwała w milczeniu.

W końcu odezwała się, ale już nie podniesionym ani jak przedtem napiętym głosem, lecz swoim zwykłym, szorstkim od chrypki.

— I co teraz zrobisz, Szev?

— Nic nie można zrobić.

— Sami wydrukujemy tę książkę. Założymy syndykat wydawniczy, nauczymy się składu i wydrukujemy ją.

— Papier jest ściśle racjonowany. Żadnych zbędnych druków.

Wyłącznie publikacje KPR, dopóki nie będą bezpieczne plantacje drzew holum.

— A czy nie mógłbyś zmienić jakoś sposobu przedstawienia swojej teorii? Przemycić swoje twierdzenia w przebraniu. Przybrać je ozdóbkami z teorii następstw, żeby Sabul mógł je przełknąć.

— Nie przebierzesz czarnego za białe.

Nie zapytała, czy nie mógłby obejść Sabula albo poszukać dojścia wyżej. Na Anarres nikt nie stał wyżej. Nie istniały dojścia. Jeśli nie układała się współpraca z syndykami, trzeba było pracować samemu.

— A gdybyś tak… — Urwała.

Wyprostowała się i postawiła buty koło grzejnika, żeby wyschły. Zdjęła palto, powiesiła je i narzuciła na ramiona ciężki, ręcznie tkany szal. Usiadła na tapczanie, stękając cicho, gdy opuszczała się kilka ostatnich cali. Spojrzała na Szeveka, siedzącego bokiem pomiędzy nią a oknem.

— A gdybyś tak zaproponował mu współautorstwo? Jak przy tym pierwszym artykule, który napisałeś.

— Sabul nie podpisze swoim imieniem „zabobonnych, religijnych spekulacji”.

— Jesteś pewien? Pewien jesteś, że nie do tego właśnie zmierza? On zdaje sobie sprawę, z czym ma do czynienia, wie, czego dokonałeś. Zawsze mówiłeś, że jest przenikliwy. Zdaje sobie sprawę, że to wtrąci jego i całą szkołę następstw do recylkulatora. Ale gdyby mógł podzielić z tobą sławę? Ten facet to chodzące ego.

Gdyby tak mógł powiedzieć, że to jego książka…

— Prędzej podzielę się z nim tobą niż tą książką — powiedział Szevek ze złością.

— Nie podchodź do tego w taki sposób, Szev. Liczy się książka, idea. Weź na przykład: chcemy zatrzymać przy sobie to dziecko, które się ma urodzić, chcemy je kochać. Gdybyśmy jednak chcieli je zatrzymać, a ono miałoby z tego powodu umrzeć, gdyby przeżyć mogło tylko w żłobku, gdybyśmy mieli je nigdy nie zobaczyć, nie poznać jego imienia — jeślibyśmy stanęli przed takim wyborem, co byś wybrał? Zatrzymać dziecko, które urodziłoby się martwe? Czy dać życie?

— Nie wiem — mruknął. Ukrył twarz w dłoniach, do bólu trąc czoło. — Tak, oczywiście. Tak. Ale to… ale ja…

— Bracie, kochany. — Splotła dłonie na kolanach, nie wyciągnęła do niego ręki. — Nieważne, czyje imię widnieje na okładce. Ludzie będą wiedzieli. Prawda jest w książce.

— Ja jestem tą książką — powiedział. Zamknął oczy i siedział nieruchomo.

A wtedy Takver podeszła do niego nieśmiało i dotknęła go tak delikatnie, jakby dotykała rany.

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)